Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Julia Hartwig – wiersze o Lublinie

Julia Hartwig podpisuje tomiki poetyckie
podczas uroczystości
wręczenia nagrody Kamień. 2009 rok.
Fot. Joanna Zętar
Motyw rodzinnego miasta pojawia w wielu utworach Julii Hartwig.
 
Elegia lubelska jest najbardziej znanym i najczęściej cytowanym w kontekście Lublina utworem poetki.

Wiersz Niepotrzebne skreślić dotyczy całej rodziny Hartwigów, Przywoływanie Julia Hartwig poświęciła matce, Marii, natomiast Na cześć moich braci, Pamięci W. i Siostra rodzeństwu.
 

Utwór Koleżanki ściśle dotyczy szkolnych lat poetki.

W wierszach Elegia lubelska, Odwiedziny, Pamięci Czechowicza pojawia się postać Józefa Czechowicza.

W 2009 roku z okazji nadania poetce Honorowego Obywatelstwa Miasta Lublina oraz z okazji przynania jej nagrody Kamień, oraz w 2011 roku z okazji 90. rocznicy urodzin Julii Hartwig, Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” wydał okolicznościowe tomiki wierszy zatytułowane Powroty. Tomik zawiera „lubelskie” wiersze Julii Hartwig: Elegia lubelska, Niepotrzebne skreślić, Przywoływanie, Na cześć moich braci, Pamięci W., Siostra, Koleżanki, W drodze, Lublin 1946, Victoria, Odwiedziny, Pamięci Czechowicza, Powrót do domu dzieciństwa, oraz wiersz *** [Mówi akacja z dzieciństwa].

 

 

Przeczytaj >>> tom wierszy Powroty edycja z 2009 roku

Przeczytaj >>> tom wierszy Powroty edycja z 2011 roku


Przeczytaj >>> wydawnictwo Zaułek Hartwigów z wierszami Julii Hartwig i esejem Radość z Zaułka

 

 

Posłuchaj >>> Julii Hartwig czytającej swoje wiersze: Koleżanki, Napiętnowanie jesieni

 

Posłuchaj >>> wiersza Julii Hartwig Elegia lubelska w interpretacji Witolda Dąbrowskiego

 

Obejrzyj >>> fragment spotkania Misterium Wiersza, podczas którego Julia Hartwig czytała swoje wiersze. Misterium Wiersza odbyło się podczas Festiwalu Miasto Poezji w 2012 roku

 

 

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Elegia lubelska

z tomu Nie ma odpowiedzi

 

Więc urodziłam się na tym skrawku ziemi
Co mam zrobić żeby poczuć się tutejszą?

 

1.

Budzi się w klasztornym hoteliku

przez okienko szeroki widok na okolicę

Jest ranek

ranek lubelski

Rozległą łąką nie-łąką między bujnymi lipami

wydeptaną ścieżką na skróty idą do pracy kobiety i mężczyźni

mijają Zamek i miejsce po synagodze

potem cerkiew i targowisko

Lublin

jeszcze nie kresy ale już kresy

haftowane ręczniki na stołach święte obrazki na ścianach

na jednych ikony na innych Jezus o płonącym sercu

pienia nabożne w różnych językach

i nieme powietrze w którym zastygł jęk pomordowanych

wepchnięte w gardła zawodzenie a potem cisza

wielka i ostateczna cisza z odorem duszącego dymu

i roznoszonych wiatrem łachmanów

 

2.

Na cmentarzu matka ojciec i siostra

Matka osobno pod kaplicą prawosławną samotna

tak jak musiała czuć się samotna

porzuciwszy rodzinną Moskwę

jej światła i gwarne bulwary

 

W pobliżu grób Czechowicza

pochowanego wśród żołnierzy „poległych na polu chwały”

Zawsze ktoś przynosi tu kwiaty

bo trwa i nie poległa chwała jego wierszy

ich słodycz naruszona profetyczną wizją przyszłości

 

On jeden potrafiłby opłakać to miasto

on który rzucił na nas czar jego sennej piękności

potrafiłby uczcić pochody widm które się tu snują

znaleźć modlitwę na dusz cierpiących upalenie

 

3.

A ja mała wtedy dziewczynka

chłonąca ten świat ciemny ruchliwy pełen zgiełku

i okrzyków w niezrozumiałym języku

które cichną nagle w piątkowe wieczory

kiedy przez okna połyskują światła zapalonych świec

a w gęstym mroku Grodzkiej i Szambelańskiej staroświecka latarnia

rzuca blade ruchliwe blaski na pochyłe ściany domów

 

4.

Odwróćcie wzrok ode mnie bramy mojego miasta

bramy miejskie żarłoczne bramy

przez które uszło życie z tych ciemnych uliczek

O wieże rodzinnego miasta

goniłyście mnie po świecie groziły

nic wam nie jestem winna nieczułe olbrzymy

które przetrwałyście nie uroniwszy ani jednej łzy

nad miastem mojego dzieciństwa

 

Koleżanki

z tomu Bez pożegnania

 

Głos łacinniczki był jakby trochę ostrzejszy,

kiedy się do nich zwracała.

(Nigdy po imieniu.)

Miriam była zawsze doskonale przygotowana,

Reginka słabsza, ale poprawna.

Trzymały się razem

i razem wychodziły z klasy przed lekcją religii.

 

Ostatni raz spotkałyśmy się niespodziewanie u wylotu Lubartowskiej,

na granicy świeżo utworzonego getta.

Stały tam onieśmielone jakby przydarzyło im się coś wstydliwego.

 

Lublin 1946


Miasto rodzinne pod niebem

jak zatopione na dnie jeziora

oto zapadam znowu w wieczność.

Kołyszą mnie wzdłuż ulicy twe dzwony

odlane z gorącego jeszcze armatniego huku.

Oto przypędziły mnie ku tobie wskazówki słońca

ale już pora odciąć pępowinę co mnie z tobą wiąże

gdy znowu na rynku syci a niezadowoleni mieszczanie

pośród krakania wron, pośród ruin.

Wyciekają tu ze mnie lata o najczerwieńszej krwi.

O, pozwól, by wyjechał wielki głośnik przez Twą Bramę Złotą

i tu, między malarzem malującym rudery

między gruźliczym dzieckiem i cwaniakiem złodziejskim

niech tryśnie pieśń odnowienia!

Niech wali wielkim strumieniem

aż zaczną prychać pod nią uczniaki

i zwilgną oczy starych

a ulicami runie rzeka stokroć czystsza od Bystrzycy.

Po niej płynąc dziewczęta wić będą kaczeńce ze Sławinka

a chłopaki grać na organkach.

 

*** [Mówi akacja z dzieciństwa]

z tomu Czuwanie


Mówi akacja z dzieciństwa

Nie takie bywały pamiętam twoje młode smutki

Dla kogo rzucam teraz mój słodki kwiat

pod balkonem drewnianym na kamiennym podwórku

Na cześć moich braci

z tomu Zobaczone

 

Dziękowaliśmy Bogu żeśmy się uchronili w czasach klęsk

rodzina która mogła się siebie doliczyć

Wyszliśmy z tego i udało się nam żyć dalej

Jeden brat powrócił po dwóch latach z surowej Północy

nie do rozpoznania na zdjęciu zrobionym podczas postoju

w Białej Podlaskiej: widmowa bladość na głowie sowiecka uszatka

obok niego dwaj współtowarzysze z obozu

jednego z najcięższych

Jogła

 

Wepchnięto ich do nor wykopanych w ziemi

i obleczono w niemieckie mundury

żeby nie budzili współczucia miejscowych

Osłabł tak że współtowarzysze wywlekali go siłą z legowiska

i ciągnęli trzymając pod ramiona ku rzece

gdzie pracowali przy spławianiu drzewa

Nogi zostawały mu w tyle gubił w drodze wypchane słomą chodaki

Nie pozwalali mu odstać

Pamięta im to

Dzięki nim jego opowieść o naturze ludzkiej

brzmi bardziej krzepiąco niż inne

Kiedy chorował wynosili go na powierzchnię

żeby mógł podziwiać zorzę polarną

Mówili: głupi ten Hartwig ale uszanowali w nim artystę

 

Drugiego brata – lekarza – sadzano na odwróconym stołku

przesłuchując ze zbrodni leczenia rannych z „Parasola”

Fagas o zatartych rysach zabierał go raz po raz z kliniki na Nowogrodzkiej

i seanse ciągnęły się z przerwami przez długie miesiące

Nie przeszkadzało to między jednym przesłuchaniem a drugim

wzywać go do chorych dostojników

był bowiem jednym z najlepszych w swoim zawodzie

a prawość była jedną z przyczyn dla których go dręczyli

Z własnej już chęci leczył Prymasa Tysiąclecia

który lubił z nim pogwarzyć w korytarzu

z daleka od podsłuchu pytając za każdym razem

Co słychać panie Walenty

Z wdzięczności za powrót brata z obozu

ślubował odbyć pieszą pielgrzymkę do Częstochowy

Kiedy z niej powrócił powiedziano mu:

Może pan zapomnieć o kierowaniu instytutem

Nie przyjął tego jako klęski

 

Przybiegał do nas w roku sześćdziesiątym ósmym

przybiegał w stanie wojennym niepokojąc się czy nas nie wzięto

Pamiętam jak spotkałam go na warszawskiej Pradze

podczas okupacji niemieckiej pogroził mi palcem

zgadując jakieś kurierskie zadanie

Karmił mnie kiedy chodziłam na uniwersytet podziemny

bo przyszedłszy kiedyś do mieszkania które mi wyznaczono

zobaczył goły siennik i łyżkę wetkniętą w garnek z zaschniętą kaszą

 

Nie umiem nakreślić portretu moich braci

Niepotrzebne skreślić

z tomu Bez pożegnania

 

Było nas pięcioro
Skąd przyszło do głowy rodzicom żeby rodzić tyle dzieci?
Nazwiska trojga znalazły się w encyklopedii
Nie ma jednak pewności czy nie znikną w jej następnych wydaniach
ustępując miejsca komuś ważniejszemu
Jeśli jednak same talenty okażą się mało trwałe
być może pozostanie coś co kiedyś
zapewniało dobre imię: przyzwoitość
„bonne souche” mówią Francuzi
a idzie po prostu o mniej więcej czyste rachunki


Wszystko co w nas najlepsze pochodziło od matki
Ale ona szybko nas opuściła
nie mogąc podźwignąć ciężaru cudzoziemskości


Jeśli można tak to nazwać: kochaliśmy się wszyscy
Ale nasze drogi szybko się rozeszły


Jaki był nasz ojciec – nikt z nas tak naprawdę się nie zastanawiał
Jego energia przewyższała energię całej naszej piątki
Wciąż zapracowany nie zajmował się nami zbytnio
ku naszemu zadowoleniu
Nie sprawialiśmy mu zresztą większych kłopotów
życie prowincjonalne nie wystawiało nas na zbyt wiele pokus


Był fotografem starej daty
Zawód ani lepszy ani gorszy od innych
przed rewolucją żył w Moskwie z młodą żoną i małymi dziećmi prawie luksusowo
w Lublinie zdobył sobie należne mu miejsce i szacunek
coś na kształt lokalnej sławy

 

Najczęściej robił zdjęcia rodzinne i portrety
ale jego temperament sprawił że stał się pierwszym fotograficznym reporterem w swoim mieście
Potrafił przed wojną zatrzymać pochód pierwszomajowy
żeby zrobić demonstrantom zdjęcie
z wysokości rozstawionego na chodniku stołu
z którego jak strach na wróble wysterczał statyw jego staromodnego aparatu
nakrytego ciemną płachtą


Kochał teatr i operę
i pracując w ciemni wygwizdywał melodie ulubionych arii
Palce miał zawsze brązowe od kwasów
ale moment ukazania się na papierze obrazu
który utrwalał minioną chwilę
napełniał go wyraźnym zadowoleniem


Miał bibliotekę rosyjskich klasyków w oryginale
i czytał wieczorami leżąc w łóżku
póki zmęczenie nie zamknęło mu oczu


Niechętnie wysupływał pieniądze na mój nowy fartuszek szkolny
i robił to tylko wskutek perswazji wychowawczyni klasowej
Zdarzało mu się jednak wydawać czasem pieniądze na rzeczy najzupełniej zbyteczne
na kryształowy wazon lub staroświecki zegar


Nieraz odprowadzał mnie do szkoły
Bywało też że przynosił mi na szkolną pauzę zakupioną w sklepie bułkę z szynką
polecając doręczenie woźnej która zamiast pilnować porządku
musiała uganiać się za mną po korytarzach lub po boisku szkolnym


Nie miał zwyczaju ani czasu na prowadzenie z nami rozmów
był jednak dumny z naszych postępów w nauce
Wszyscy z nas mniej więcej wiedzieli czego chcą
Tylko mój najstarszy brat bardzo piękny
artysta z temperamentu i playboy w dawnym stylu
nie mógł się zdecydować co będzie robił dalej
kiedy zwiodły go talenty malarskie


Mieliśmy więc do czynienia z przyszłym lekarzem przyszłą pielęgniarką
i młodą mężatką która wydawała się zadowolona ze swego nowego stanu
nie snując dalszych planów
Najmłodsze kurczę nie sięgało jeszcze myślami poza gimnazjalne mury i czytelnię
gdzie równie dostępne były „Wiadomości Literackie” „Pion” i „Prosto z Mostu”


Dziś myślę, że jeśli pozostawieni własnej samowoli
nie zrobiliśmy z niej najgorszego użytku
stało się tak dzięki wyniesionym z domu rodzinnego przekonaniom
że droga prosta jest najkrótsza
Dopiero po latach miało się okazać
że decyzja jest zawsze w rękach tego „co kule nosi”


Wkrótce po śmierci mamy ojciec ożenił się po raz wtóry
Moja starsza siostra wspomina
że do jej obowiązków należało poszukiwanie ojcowskiego kapelusza
który wciąż gubił się w dorożkach załadowanych fotograficznym sprzętem


Czasem zdawało mi się że pod tą rozwianą na wietrze płachtą aparatu
wzleci kiedyś w niebo gdy nadejdzie jego pora


Ale śmierć dosięgła go dopiero po kilku latach choroby
którą spędził unieruchomiony w łóżku
Cios losu jak zawsze celny uderzył go tak żeby najbardziej zabolało
bo ruchliwość jego była przysłowiowa


Lubił wspominać Moskwę Kijów i Odessę
po której ulicach toczyły się zrzucane z wozów ogromne kawony
będące dla niego symbolem dzieciństwa


Co do mnie – zawsze nie znosiłam fotografii
Gust do niej przywrócił mi dopiero mój najstarszy brat
który uczynił z niej dzieło sztuki
i był jedynym chyba znanym mi człowiekiem
który nie znał zawiści i nigdy nie powiedział o nikim złego słowa

 

Odwiedziny

z tomu Pożegnania

 

Na Placu Trzech Krzyży w Warszawie,

na przeciw kościoła Świętego Aleksandra

jest Instytut Głuchoniemych.

Stał kiedyś, dziś  j e s t  tylko.

Tam poszłam

w parę miesięcy po zniszczeniu Warszawy.

 

Była wczesna wiosna. Pył się unosił

z pustych wnęk domów,

nad którymi otworzyło się nieba więcej niż kiedyś.

 

W Instytucie spodziewałam się odnaleźć towarzyszkę pracy Józefa Czechowicza,

poety, którego wśród wielu trzeba pamiętać.

Nam, dorastającym, wiersze jego podały obraz świata

jak liść młody, jak zwierzę jeszcze gorące od narodzin, pełne trwożnych przeczuć.

Nie trzeba ich stroić. Ani mogiły poety na cmentarzu w Lublinie

gdzie ma grób na centymetr nie szerszy od innych,

co zabici od bomby, kamienia, strzału.

 

Towarzyszka pracy pedagogicznej Czechowicza (był on bowiem

nauczycielem dzieci upośledzonych: ślepych, głuchych i niemych,

dla których zarówno kalendarz jak i ważne sprawy życia wraz z posiłkiem

mają wolniejszy bieg)

stała właśnie przed ogrodnikiem w szarym kitlu z gracą

wydając mu zarządzenia. Z boku widziałam jej zamknięte wargi,

nieme z wyboru, nieme z przekonania,

nieme z doświadczenia długich lat. Tylko uskrzydlone dłonie

żłobiły powietrze w arabeskę, której piękno i logika były mi niedostępne.

Tak żyje człowiek, którego karmią dwa światy,

jak ksiądz, jak poeta, jak dozorca więzienia.

 

Najpierw wskazała mi lewą ręką: na boisku bawili się w piłkę chłopcy

czyści, odziani ubogo; zresztą jak inni chłopcy w ich wieku weseli.

Ale ich radość nie udzieliła się mojej; był to najsmutniejszy z niemych filmów jakie widziałam.

 

Tam, gdzie prawą ręką podaną mi na pożegnanie już mi nie wskazała,

tam,

drogą ku wyjściu, wydeptaną wśród odłamków gruzu, szedł pochód równie

godny zapamiętywania jak rytmiczne pochody greckich płaskorzeźb.

I jeśli nie przekaże go ostatni z tego wieku,

słusznie zwali się w gruz architektura spółdomów,

bez żalu niech zapanuje nad ziemią.

 

Z ogrodu, spod drzewek bielonych wapnem, nieśli robotnicy na noszach

polane wapnem ciała pensjonariuszy tego zakładu.

 

Jaka była dla nich ta suita wojny?

Czy bez szmeru walił się świat wśród błyskawic i wstrząsów

i tryskały w górę płomienne fontanny ziemi i piasku,

aż dopiero uderzenie śmierci przyniosło im głos pierwszy

tak oczekiwany?

 

Kto pobielił drzewka wapnem – uchronił je od szkody.

Kto zalał ciała wapnem – nie uchronił ich od rozkładu.

Z ciał niemych ulatując życie

nie potrafiło wydobyć okrzyku, jak wybuch ostatni.

 

Przetrwały mumie faraonów, kąpane w kadzidłach i oleju,

po fellahach wieść tylko.

I o tych tylko wieść zostanie.

Mocniejszym tylko trzeba podjąć ją głosem,

aby mocniejszym zjeżyły się włosy od niemoty słabych.

 

 

Pamięci Czechowicza

I padłeś własnym wierszem powalony
Pod ruinami miasta ze światem umarłym w sobie
Czy ten co słowem grozi wierzy aż do końca
Giń Niniwo i swąd czuć i walą się mury

 

Gdy widzi że się spełnia sen przeczucie wiara
Chciałby cofnąć swe słowa lecz one gonią go ze światem
Chciałby schronić się w domu
Lecz tu właśnie ginie

 

Biedne dziecko maligny synu urzeczenia
Zawczasu twoja sława dziedzicom ogłoszona
Zawczasu sielskość łąk
Wobec popielisk zaświadczona
Zawczasu na grobie własnym
Zielony złożyłeś laur

 

Pamięci W.

z tomu Bez pożegnania

 

Tak

miał z pewnością dobrą pamięć i był świetnym diagnostą

Znakomity lekarz któż to zaprzeczy

Ale ja chwalę dziś dobrą pamięć

jaką po sobie pozostawił

ten dobry człowiek

 

Powrót do domu dzieciństwa

z tomu Chwila postoju

 

Wśród ciemnego milczenia sosen – krzyk młodziutkich nawołujących się brzóz

Wszystko jest jak było. Nic nie jest jak było.

Przemów do mnie, Boże dziecka. Przemów, niewinna trwogo.

Nic nie rozumieć. Wciąż inaczej. Od pierwszego krzyku do ostatniego westchnienia.

A jednak to też było życie. I chwile szczęśliwe wychodzą ku mnie z przeszłości jak panny z

kagankami oliwy.

 

Przywoływanie

z tomu Przywoływanie

Wyrwana prosto z gniazda starowierców,
z rodziny znanej mi tylko ze zdjęcia,
gdzie widać ich wszystkich siedzących za stołem w ogrodzie,
jak u Czechowa.

 

To moi wujowie i ciotki, a ten ponury starzec z siwą brodą
to mój dziadek.
Nie znam nawet ich imion, odróżniam tylko Kolę
którego matka kochała najbardziej
i do którego podobny jest jeden z moich braci.

 

Musiała żyć w niej pamięć o nieznanych przodkach,
o tych nieokiełznanych w głuchym fanatyzmie chłopach,
którzy kryli się w głębi najciemniejszych borów,
przed prześladowaniami wiary,
silniejszej niż ukazy cara i potężne prawosławie.
Ten upór, ta siła musiały tkwić w najtajniejszej głębi jej serca,
szarpanego nieustanną trwogą o los porzuconej rodziny.

 

Pewno lepsza była ta Polska od rewolucji, przed którą uciekła
z małymi dziećmi, za mężem Polakiem.
Polski obyczaj i polska mowa wypełniały jej dni codzienne i świąteczne,
noce mijały w szarpiącym ogołoceniu duszy.

 

W cerkwi gdzie bywała każdej Wielkanocy,
odnajdywała swój język.
Potężne jak organy, głębokie basy
w obłokach kadzidła
rozbrzmiewały w niekończących się błogosławieństwach i błaganiach.

 

Znak krzyża od prawego do lewego ramienia
radość odnalezionej wspólnoty po wyjściu ze świątyni,
w rzeźwym podmuchu wiosny pocałunki, uściski
i niesione z ust do ust Kristos Woskries! Chrystus zmartwychwstał!

 

Mała, zaledwie od ziemi odrosła, przyprowadzana za rękę,
tam poznawałam pierwszy smak oddalenia od tego co najbliższe
i drżeć zaczęłam by jej nie utracić.

 

Ale stało się że odeszła.
Hardość doprowadziła tę duszę do upadku nadziei tak głębokiego,
że postanowiła opuścić nas na zawsze.
Od takich postanowień nie ma już odwrotu.

 

Kiedy znaleźliśmy ją leżącą na dziedzińcu tamtego ranka,
wyglądała jakby po prostu idąc potknęła się i upadła.
O, mamo, jak to się stać mogło?
Z nas wszystkich ty jedna powinnaś była umieć latać.

Siostra

z tomu Nie ma odpowiedzi

 

Po ucieczce z Rosji

tak mało mieli w Polsce bliskich

że wybrali mi na chrzestną moją starszą siostrę

która gdy dorosła zastępowała mi matkę

Myślę że nie miała łatwego charakteru

nie objawiała żadnych talentów

i z trudem ukończyła gimnazjum

 

Ponieważ nasz ojciec był osobą powszechnie szanowaną w mieście

uważano że zdeklasowała się

wychodząc za mąż za skromnego chłopca bez zawodu

Wypłacił się naszemu ojcu z nawiązką pielęgnując go w łóżku

przez długie lata niedołężnej starości

 

Byli najserdeczniejszymi z ludzi

żyli pokornie przyjmując swój los

jako sprawiedliwie odmierzony

nie wspinając się ku żadnym przywilejom ani zaszczytom

 

Owdowiała

chora

już po siedemdziesiątce

jedyna z rodziny która pozostała jeszcze w Lublinie

umarła w szpitalu

Podobno wzywała mnie w ostatnich chwilach

Nieprzytomna wodziła dłonią po ścianie

a kiedy pielęgniarka zapytała ją dlaczego to robi

odpowiedziała: Tam jest Władzio (to było imię jej męża)

Nie może tu wejść.

 

W drodze

z tomu Bez pożegnania

 

Na cmentarzu żydowskim
na najstarsze drzewa

 
Kruk
kantor oniemiały
nie śpiewa
 
Nad drzew wierzchołkami
ciężką jesienną chmurą
przechodzą tysiącami
 
Wychodźcie im na spotkanie
zamknięci w pałacach pomników
 
Razem przez deszcz siekący
przez błyskawice
iść wam dziś trzeba
 
Ci którzy miejsca swojego nie mają
którzy sami są ogniem i deszczem
Teraz się z wami bratają
 
Bo jeszcze
nie koniec ich końca
nie koniec

 

Victoria

z tomu Bez pożegnania

 

Dlaczego nie tańczyłam na Polach Elizejskich

kiedy tłum wiwatował na cześć końca wojny?

Dlaczego to nie ja rzuciłam się w ramiona temu marynarzowi

który schodząc z trapu z płóciennym workiem na ramieniu

biegł ku mnie przepychając się przez rozgorączkowany tłum

gdy z wszystkich megafonów dobiegały już

rozszalałe dźwięki bebopa

na przemian z Marsylianką i hymnem Boże strzeż Królowej?

 

Dlaczego nie rozbiłam butelki szampana

w pobliżu ich obu ubranych jeszcze w angielskie mundury

i nie przeczuwających że kiedyś stanę u końca ich drogi?

 

Dlaczego pisane mi było żebym na głównej ulicy Lublina

na widok wchodzących oddziałów z czerwonymi gwiazdami

płakała z radości że nie usłyszę już znienawidzonego: Raus! Halt!

i z szarpiącego żalu że jest to cena za utracone marzenie

o triumfalnym wjeździe bohatera na białym koniu

i o powrocie tych którzy podwójnie oszukani

tu już wracać nie chcieli

 

Stanęliśmy więc – ci co się zachowali –

na ulicach obróconej w pustynię Warszawy

i dziś po latach odnajdujemy tam siebie

trudnych do rozpoznania

na wyblakłych taśmach starych kronik filmowych

 

 

 

 

Wybór: Tomasz Pietrasiewicz
Redakcja: Joanna Zętar