Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Jerzy Bartmiński

Spis treści

[RozwińZwiń]

Rok 1981

Zawód wykonywany: nauczyciel akademicki - Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie;
Funkcje pełnione w "Solidarności":
     - Członek Prezydium Zarządu Regionu NSZZ "Solidarność",
     - Przewodniczący Komisji Zakładowej UMCS NSZZ "S"
Internowany: 13 grudnia 1981 - 31 grudnia 1981
Miejsce internowania: Włodawa.

W dniu poprzedzającym wprowadzenie stanu wojennego jako członek Prezydium Zarządu Regionu zajmowałem się zakupem domu dla samotnych matek. Czynności z tym związane wykonywałem w Lublinie, a następnie w Nałęczowie, gdzie zamieszkiwał właściciel wspomnianego domu pan Gortat. Wraz z właścicielem obejrzeliśmy ośmiopokojowy budynek, który znajdował się przy ulicy Kolejowej. Informacje, jakie docierały do mnie na temat enigmatycznych posunięć władzy przyjmowałem spokojnie, bez paniki i w dniu tym zajmowałem się również przygotowaniem spotkań na następny tydzień, mam tu na myśli wizytę u Prezydenta Miasta w dniu 15 grudnia, w celu omówienia przejęcia pewnego domu na poradnię młodzieżową. Współorganizatorem tego przedsięwzięcia był pan Gaś. Również 15 grudnia miałem przekazać panu Gortatowi drugą ratę na zakup domu w Nałęczowie. W końcu drugiego grudniowego tygodnia nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego, a w myślach planowałem już kolejne dni. Oceniając sytuację pod koniec 1981 roku, nie widziałem możliwości kontynuacji takiego stanu rzeczy, jednakże nie spodziewałem się również, iż wydarzenia, jakie nastąpią, będą miały tak bolesny charakter. Oceniając sytuację w kraju pod koniec 1981 roku, jakkolwiek nie wierzyłem w perspektywę dalszego normalnego funkcjonowania związku, to nie spodziewałem się tak radykalnego i bolesnego rozwiązania. Sądziłem, że będzie to dalsza "przepychanka", jak kiedyś mawiał Janek Bartczak, nasz Przewodniczący Regionu.
Jak wspomniałem, popołudnie spędziłem w Nałęczowie, a następnie wróciłem do domu w Lublinie. Zająłem się dziećmi, ponieważ żona wyjechała do Przemyśla odwiedzić moją mamę. Właśnie odebrałem telefon od Ryśka Jankowskiego, który sygnalizował stan podniesionej gotowości w milicji. Zaniepokojony wyniosłem do znajomych (Eli i Piotra Kołtunowskich) dokumenty, dotyczące działalności w Związku i pewną kwotę w dewizach, otrzymaną z KOR-u od Jana Józefa Lipskiego na zakup wspomnianego domu w Nałęczowie. Było tego o ile pamiętam 2 tysiące 150 dolarów.. Zadzwoniłem /około 00.00/ do Zbyszka Hołdy i podzieliłem się z nim swoimi wątpliwościami, zaproponowałem spotkanie. Zbyszek moje informacje przyjął ze spokojem i zapewnił, że niczego nadzwyczajnego spodziewać się nie trzeba, argumentując to tym, iż dopiero we wtorek, czy w środę ma odbyć się posiedzenie Sejmu, a tylko on może dać specjalne pełnomocnictwa dla rządu. Tuż potem zostały przerwane połączenia telefoniczne. Próbowałem dodzwonić się do Kozłowskiego i Jóźwiakowskiego - bezskutecznie. Poszedłem więc do domu Sławka Kozłowskiego na sąsiednią ulicę- Skrzetuskiego. Przed blokiem kręciło się dwóch lub trzech milicjantów, również w windzie, w drodze na dziesiąte piętro towarzyszyło mi dwóch lub trzech mundurowych. Drzwi od mieszkania Kozłowskich były wyważone, w mieszkaniu znajdowało się kilku milicjantów, słyszałem podniesione głosy żony Kozłowskiego, Ali. Kozłowskiego nie widziałem, jednak wiedziałem, że jeszcze tam jest. Oprócz mnie świadkami tego wydarzenia byli sąsiedzi, którzy wraz ze mną stali na klatce schodowej. Nikt mnie nie zatrzymywał i o nic nie pytał. Zjechałem windą na dół i poszedłem do domu. Po powrocie do domu zastałem moją córkę Agnieszkę i Zosię Strojnowską, które w najlepsze szykowały się na harcerski rajd pociągiem w okolice Gołębia. Wytłumaczyłem im, że nie powinny dzisiejszej nocy wychodzić z domu, a w żadnym wypadku wyjeżdżać z Lublina. Obie Panny próbowały mnie przekonać, że prawdziwe harcerki w każdej sytuacji dadzą sobie radę, i że nie powinienem się o nie martwić. W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. Weszło trzech panów, eden w mundurze, po mnie. Zamieniliśmy się z Agnieszką rolami, córka została, ja wyjechałem.
Aresztowało mnie trzech funkcjonariuszy MO, w tym dwóch w cywilu. Wylegitymowano mnie i poproszono o zejście na dół do samochodu. Niskiego cywila, który sprawiał wrażenie ich szefa, poprosiłem o legitymację. Odmówił, tłumacząc tym, że jest z nim osoba w mundurze i nie widzi potrzeby okazywania legitymacji. Zarządzał, żebym wpuścił go do swojego pokoju, co niechętnie uczyniłem. W pokoju tym miałem duże ilości książek, co go wyraźnie spłoszyło. Rzucił okiem na półki i z wyraźną wprawą wyłowił z nich książki z drugiego obiegu. Ale zabrał mi tylko Statut Solidarności. Prawdę mówiąc, ten wybór zdziwił mnie. Statut ten udało mi się odzyskać już niedługo potem, co mnie ucieszyło - szczególnie, był on dla mnie pamiątką z I Zjazdu "Solidarności" w Gdańsku i znajdowały się w nim podpisy wszystkich członków Komisji Krajowej z Gdańska, również Wałęsy.
Przed wyjściem zamieniłem kilka słów z córką, powiedziałem jej, gdzie znajdują się w domu pieniądze. Zapewniony, że nie wychodzimy na długo, nie zabrałem z domu żadnych rzeczy, jedynie dowód osobisty. Podczas aresztowania nie czułem strachu i nie zamierzałem stawiać oporu, uważałem się za niewinnego. To raczej oni obawiali się mnie, o czym przekonałem się po wyjściu na klatkę schodową, gdzie bez uprzedzenia założony mi kajdanki. Odniosłem wrażenie, że wykonując te czynności, czuli się niezręcznie, brakowało im nieco pewności. Cywilny szef skuwając mnie do tyłu /nieregulaminowo/ przekręcił mi ogniwo kajdanek na prawej ręce i potem musieli mnie rozpiłowywać i bandażować ranę. Muszę jednak przyznać, że smutni panowie zachowywali się wobec mnie kulturalnie.
W samochodzie usadowiono mnie na tylnym siedzeniu między dwoma SB-ekami. Droga na ulicę Północną była dla mnie bardzo uciążliwa, ponieważ niefachowo założone kajdanki obtarły mi nadgarstki do krwi. Niemal każdy zakręt wywoływał ból, ponieważ mając skute z tyłu ręce, nie miałem możliwości oparcia. Jechaliśmy w zupełnej ciszy. Na zadane przeze mnie pytanie: "Dokąd jedziemy?" odpowiedzieli: "Zaraz pan zobaczy". Samochód zatrzymał się na ulicy Północnej. Widziałem wiele samochodów cywilnych i milicyjnych. W pamięci mojej został widok wielu znajomych w towarzystwie obcych, z których niektórzy byli w mundurach. W korytarzach gmachu przy ul. Północnej zobaczyłem m.in.: Julka Dziurę, Sławka Janickiego i Andrzeja Jóźwiakowskiego. Jóźwiakowski i Janicki kontrastowali ze sobą: Janicki boso, przykurczony, z kajdankami na rękach, Jóźwiakowski elegancko ubrany z neseserkiem w ręku, jak przystało na lekarza. Widząc, że wielu internowanych ma wolne ręce poprosiłem o zdjęcie kajdanek, zwłaszcza że sprawiały mi ból. Nie wiedziałem, że kajdanki miałem założone w niewłaściwy sposób, co spowodowało krwawienie nadgarstka. Próbowano mi je zdjąć - bezskutecznie. Leżąc na stole mogłem obserwować naszą obstawę, w której spostrzegłem znajomego ze studiów, Grzegorza Protasiewicza i mojego studenta z Polonistyki UMCS, Stefana Potasińskiego, grafologa z KW MO. Z zabandażowaną ręką zostałem sprowadzony na podwórze, gdzie oczekiwały na nas milicyjne "budy". Lokowano nas w nich dosyć ciasno. Siedziałem naprzeciwko pana Masiaka, działacza "Solidarności" z Puław.1 Wszyscy oprócz Maślaka mieliśmy wolne ręce, natomiast on od momentu aresztowania w Puławach, aż do Włodawy ręce miał skute do tyłu. W przedniej części "budy" znajdowała się obstawa milicyjna, na wyposażeniu której była broń krótka. Pomimo, że eskortujący nie przeszkadzali w rozmowie, to jednak nie kleiła się ona. Zastanawialiśmy się, dokąd nas wiozą, gdzie się zatrzymamy. Nie martwiłem się o dzieci, gdyż wiedziałem, że są już samodzielne. Cieszyłem się, że podczas tej przykrej nocy żony nie było w domu. Mogło to być dla niej przykrym przeżyciem, podobnie jak dla Aldony Kozłowskiej i Renaty Janickiej, które jak lwice broniły swoich ognisk domowych i swoich mężów. Robiły to tak głośno i skutecznie, iż u Kozłowskich wyważono drzwi, a u Janickich użyto gazu. Były to rzeczywiście spektakularne wzięcia.
Po drodze zastanawialiśmy się nad przebiegiem wydarzeń w kraju. Byłem przekonany, że wchodzimy w stan długiej wojny, że to wszystko nie zakończy się prędko. Wydarzenia te rozumiałem jako pewien etap, który chwilowo był dla nas porażką.
Po dotarciu do Włodawy znaleźliśmy się w tamtejszym więzieniu. Odebrano mi rzeczy osobiste. Pierwszą rewizje miałem jeszcze na Północnej i wtedy kazano podpisać mi również decyzję o internowaniu. We Włodawie pozbawiono mnie obrączki i zegarka. Musiałem też podać, komu te przedmioty miały być zwrócone "w razie czego". Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że to nie przelewki, powiało grozą.
 
Z archiwum Zakładu Metodologii Historii UMCS

 


 

 

Biogram

Urodzony 19.09.1939 w Przemyślu. Absolwent filologii polskiej UMCS w Lublinie (1961). Od 1961 r. nauczyciel akademicki. Od 1997 r. profesor. Od 1992 r. kierownik Zakładu Tekstologi i Gramatyki Współczesnego Języka Polskiego w Instytucie Filologii Polskiej UMCS. 1962-1982 w ZSL-u (Zjednoczone Stronnictwo Ludowe). W Związku od 1980, we wrześniu 1980 r. inicjator, współzałożyciel i od grudnia przewodniczący Komisji Zakładowej UMCS. W 1981 delegat na Walne Zgromadzenie Delegatów Regionu Środkowo-Wschodniego, członek Prezydium Zarządu Regionu. W czerwcu 1981 r. inicjator Ruchu Solidarności Rodzin. 13 grudnia internowany, więziony w Zakładzie Karnym we Włodawie, zwolniony 31 grudnia 1981 r. Od stycznia 1982 r. zaangażowany w konspiracyjne struktury "S".
1983-1989 członek niejawnej Społecznej Komisji Nauki w Lublinie. W 1988 r. uczestnik prac zespołu ds. relegalizacji "S" w UMCS. W 1989 współzałożyciel i działacz KO Lubelszczyzny oraz Klubu Katolickiego w Lublinie. W 1988 założyciel i redaktor międzynarodowego rocznika "Etnolingwistyka". 1990-1993 jako prorektor UMCS współautor i realizator reformy systemu dydaktycznego. 1992-2003 przewodniczący Fundacji Ruchu Solidarności Rodzin.
1994-2003 przewodniczący Rady Naukowej Radiowego Centrum Kultury Ludowej. Od 1999 r. członek Rady Języka Polskiego oraz komitetów PAN: Językoznawstwa, Nauk o Literaturze, Nauk Etnologicznych, Slawistycznego. W 2001 współorganizator Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Przemyślu, 2001-2004 dyrektor Instytutu Polonistyki tej uczelni. Od 2003 założyciel i przewodniczący Komisji Etnolingwistycznej przy Międzynarodowym Komitecie Slawistów. Od 1993 r. przewodniczący lubelskiego gremium Katholischer Akademischer Auslander Dienst. 1990-2005 w ROAD/UD/UW. Od 2005 r. na emeryturze, nadal czynny zawodowo. Autor około 300 publikacji z zakresu językoznawstwa polonistycznego, etnolingwistyki i tekstologii, w tym 6 książek. Laureat min. w 1989 r. nagrody POLCUL, w 1991 r. Nagrody Kolberga, w 1999 r. odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.