Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Historia rodziny Siurawskich

Portret rodzinny Stanisławy Siurawskiej to historia rozstań wojennych. Dziadek, Wawrzyniec Włoczkowski, był zesłańcem na Syberii, ojciec Stanisław Bulik – żołnierzem carskiej armii, zaś mąż, Stanisław Siurawski, oficerem, który we wrześniu 1939 roku został wzięty do niewoli niemieckiej, gdzie spędził sześć lat w Oflagu w Murnau.

Na wojnie żegnano się na zawsze, ale nadziei na powrót do domu – do ukochanej osoby – nie mogło zabraknąć nigdy. Uczucia stanowiły żelazną pieczęć wiary, którą się powierza niedoskonałemu przecież człowiekowi. 
Do próby rekonstrukcji zdarzeń, w jakich znalazła się Stanisława Siurawska podczas wojny, służy bogaty materiał epistolograficzny z lat 1939–1944, który, zachowany przez rodzinę pani Stanisławy, jest dowodem wydarzeń osobistych na tle II wojny światowej.
Ten etap w życiu fotografki jest o tyle ważny, iż przedstawia ją jako osobę niezłomną, walczącą o przeżycie, a zarazem realizującą swoją pasję do fotografii.  
W jednym z wywiadów mówi:
„Całe życie o coś walczyłam, podczas okupacji walczyłam żeby się uchować z dzieckiem, [żeby] nie umarliśmy z głodu. Później trzeba było otworzyć zakład, znaleźć dom, walczyłam jak lwica, wszystko to zorganizowałam”.
Należy nadmienić, że coraz częściej współczesne rekonstrukcje wydarzeń wojennych opierają się na osobistych doświadczeniach „zwykłych” ludzi. Ta bezpośredniość daje współczesnemu człowiekowi łatwość w przyswajaniu wydarzeń sprzed siedemdziesięciu lat.
Listy wojenne stanowią swoisty zapis życia codziennego, problemów, skrycie przemycanych informacjach z frontu, a zarazem są to romantyczne spowiedzi z miłości i tęsknoty, obok rzetelnie wyliczanych produktów spożywczych, które były wysyłane w paczkach żywnościowych.
 
 

Spis treści

[RozwińZwiń]

„Całe życie o coś walczyłam”

Stanisława Bulik urodziła się w 1915 roku w Markach pod Warszawą. Była drugim dzieckiem państwa Bulik, jej starsza siostra zmarła w wieku dwóch lat.  
W tym samym roku ojciec, Stanisław Bulik, został wezwany do podjęcia służby w armii radzieckiej. Dzień przed przystąpieniem do wojska rodzice Stanisławy wykonali pamiątkowy portret. 
Podobną chwilę uwiecznili dziadkowie Stanisławy kilkanaście lat wcześniej. Gdy Wawrzyniec Włoczkowski został zesłany na Syberię jego żona, Józefa Aleksandra, wykonała fotografię upamiętniającą rodzinę przez rozstaniem. Po wielu latach fotografię zreprodukowała wnuczka – Stanisława. 
Wawrzyniec nie wrócił nigdy do Polski. Przez kilka lat Józefa Aleksandra i siedmioro dzieci otrzymywały listy i pieniądze od męża, który, mając nieukończone wykształcenie medyczne, trudnił się w syberyjskich tajgach jako felczer, leczył konie i sprzedawał je na jarmarku w Irkucku. Józefa Aleksandra pochowała dwoje dzieci, które umarły na gruźlicę, wkrótce po tym otrzymała wiadomość o śmierci męża w dalekiej Rosji.

„...za te kilka lat szczęścia tak drogo płacimy”

Stanisława poznała męża w zgrupowaniu harcerskim Sokół. W 1933 roku pobrali się, dwa lata później przyszło na świat pierwsze dziecko, Zofia. Stanisława miała dwadzieścia lat jej mąż był o osiem lat starszy. Była to miłość jej życia; jak wspominała po wielu latach „istne przeznaczenie”. 24. sierpnia 1939 roku Stanisława, wraz z Zofią, odprowadziła męża na stację w Grodnie. Obydwoje nie zdawali sobie sprawy, że na kolejne spotkanie będą musieli czekać następnych sześć lat. Siurawski, w stopniu oficera, brał udział w pierwszej ofensywie wojska polskiego (bitwa nad Bzurą), gdzie został wzięty do niewoli niemieckiej.
W korespondencji z okresu obozowego data ta będzie wielokrotnie przypomina w listach, by uchwycić ostatnie spojrzenie, a zarazem przywołać ból rozstania.
 
Pierwszy list od męża dotarł w listopadzie 1939 roku. Do tego czasu Stanisława nie wiedziała, co się z nim dzieje. Gdy nawiązała się między nimi korespondencja, Siurawska tak opisywała pierwsze dni rozpoczęcia działań wojennych:
„Bombardowanie to był dla mnie wielki wstrząs, ale później ta niepewność, to szukanie między rannymi i zabitymi, i ta zapowiadająca się nędza, to było straszne. Sław, ja chodziłam po polach jak obłąkana, podnosiłam każdy skrawek papieru zaglądałam do każdej walizki…”
 
Czas wojny jest czasem tułaczki. Po kilku miesiącach Stanisława musiała zostawić swój cały dobytek w Grodnie, skąd wyruszyła najpierw do Warszawy, a później do Piask Lubelskich, gdzie od 1941 do 1944 roku prowadziła zakład fotograficzny. Technika retuszerska nabyta przed wojną w Warszawie sprawiła, że dość szybko stała się znana w kręgach fotograficznych. W jednym z listów do męża (17 maja 1942) pisała:
„na razie nie wyjeżdżam nigdzie – od 6 maja w Piaskach nie pracuję. Przywożę klisze z Lublina aż z czterech zakładów. Bo, wyobraź sobie, że mój retusz zrobił furorę w Lublinie. Obecnie uchodzę za najlepszą retuszerkę. Byłam tym bardzo zaskoczona”.

„Byle jak najdalej od tych miejsc tragicznych, od tych ofiar bezcelowych”

Korespondencja między Stanisławą i przebywającym w obozie mężem, składa się z 349 listów, pisanych w okresie od 14 listopada 1939 do 6 sierpnia 1944 roku. Tworzy wzruszający obraz, pełen tęsknoty i nadziei na powrót, na tle opisów tragicznych wydarzeń wojennych, w których każdy dzień jest pełen niewiadomych i strachu o życie. Stanisława opisuje rzeczywistość z punktu widzenia samotnej kobiety, matki z dzieckiem, narażanej wielokrotnie na poniżenia. W jednym z listów pisze do męża:
„jak widzisz kochanie nie daję się losowi – pukam i kołaczę wszędzie, byle nie dopuścić do ostatecznej biedy. Zabiegi te nie chybią jednak mojej godności i to mnie cieszy”.
Wielu ludzi pragnęło jej pomóc, ale musiało upłynąć trochę czasu zanim stała się przewidująca, zanim mogła wyczuć, kto tak naprawdę ofiarowuje pomoc z czystych intencji. Świat ludzi okresu wojennego w listach Siurawskiej dzieli się na dwa obozy: ludzi złych, zawistnych oraz obojętnych. Wojna – pisze – zabija w ludziach poczucie wspólnoty, kolektywu, budzi nieuzasadnioną zawiść. Na pewno jest tak w miastach, miasteczkach, gdzie przede wszystkim ograniczony jest dostęp do żywności.
 
Stanisława, mimo biedy, braku jedzenia, starała się regularnie – raz w miesiącu – wysyłać paczki żywnościowe do męża. Często, na dodanie otuchy, dołączała swój autoportret, lub zdjęcie małej Zofii.
20 września 1941 roku Stanisław pisze do żony:
„z tego wszystkiego zostanie tylko trochę inny pogląd na świat. Pogląd głębszy o poczucie wartości życia i wartości dobra (…) obawiam się by czas ten nie wyrył głębszego piętna na Zosi. Sami jesteśmy przecież dziećmi wojny i wiemy, co to znaczy, ale wiem, że robisz wszystko by tego nie odczuła. Zawsze pamiętam jej pytanie: co przywiozę z wojny? Dla Ciebie wiem, ale dla niej jestem trochę w kłopocie…”
 
Gdy nie starczało jej pieniędzy, podejmowała różne prace: zarabiała na wykonywaniu manikiuru, w 1944 roku zatrudniła się jako gosposia w Łańcuchowie, z którego po krótkim czasie musiała wyjechać:
„(12 marca 1944) Kochanie zgadłeś, że ważne powody skłoniły mnie do opuszczenia ciepłych, czystych pokoi w Łańcuchowie – do wyrzeczenia się obficie zaopatrzonej spiżarni i wielu jeszcze przyjemnych rzeczy. Dyrektor uważał, że miał prawo wykorzystać sprzyjające mu okoliczności. Ja jednak jestem innego zdania, mimo naprawdę ciężkich warunków. Podobne przeszkody przytrafiają mi się często tam, gdzie mogłabym polepszyć warunki bytu sobie i dziecku. Do nielicznych wyjątków należy hrabia w okazywaniu pomocy bezinteresownej i w delikatny sposób. Są też i tacy, którzy radzi byliby widzieć mnie w skrajnej nędzy aby potem zjawić się w odpowiednim momencie i odegrać rolę dobroczyńcy i opiekuna. Na szczęście nie jestem już tak naiwna i mogę się przed Tobą Kochanie pochwalić, że nie należę do kobiet przeciętnych. Obyś tylko wrócił szczęśliwie a na pewno zdołam zapomnieć przy Tobie wszystko zło”.

„Obyś tylko wrócił szczęśliwie...”

Niemiecki obóz w Murnau został wyzwolony 29 kwietnia 1945 roku. Przed końcem wojny Stanisława przeprowadziła się do Białogardu – miasto to, ze względu na swoje położenie geograficzne, nie zostało zniszczone podczas bombardowań. Po wielu staraniach i upokorzeniach otrzymała przydział na mieszkanie w którym mogła otworzyć swój pierwszy zakład fotograficzny. We wspomnieniach ze wzruszeniem opisuje: 
„byłam bardzo dzielna, gorliwie się modliłam, żeby on wrócił. Boże do tej pory dawałam radę, ale już chyba nie dam, zlituj się nade mną, ja już sama nie wytrzymam. Gdziekolwiek się nie pojawiałam, to wszystko się załatwiało przez łóżko. Jeden otwarcie powiedział, że mnie przyjmie do zakładu, jak zgodzę się z nim współżyć, przecież to było okropne, wykorzystywać kobietę, która ma dziecko, i męża w Oflagu…” 
 
W magistracie zostały przydzielone Stanisławie trzy pokoje z kuchnią. Ponieważ wcześniejszym najemcą był burmistrz, mieszkanie było już zszabrowane ze srebra i innych cennych rzeczy; z mebli, które pozostały, urządziła pokój, a w pomieszczeniu obok zakład.
Fotografia stała się przede wszystkim głównym źródłem utrzymania, podłożem egzystencji i rozwijającą się fascynacją do zawodu. Z Bydgoszczy przywoziła materiały. Podczas jednej takiej podróży w drodze powrotnej pociąg zatrzymał się w Pile. Stanisława wraz z innymi pasażerami znalazła sobie nocleg w domu u ludzi mieszkających blisko stacji. Tej nocy miała sen, śnił jej się duży mur, przed którym stała drabina, zaczęła wspinać się po jej szczeblach, gdy nagle spostrzegła, że na górze ściany jaskółki lepią gniazdo. Następnego dnia wrócił Stanisław.
W Białogardzie zaczęły się jej pierwsze sukcesy fotograficzne. W 1948 roku wzięła udział w największej powojennej wystawie w Sopocie: I Ogólnopolskiej Wstawie Artystycznej i Amatorskiej, dzięki której weszła do Polskiego Związku Artystów Fotografów, powstałego z inicjatywy ówczesnych twórców powojennej fotografii artystycznej – Jana Bułhaka i Leonarda Sempolińskiego. Założyła Związek Fotografów Amatorów, z którymi organizowała wystawy o zasięgu ogólnopolskim. W tym samym roku przyszedł na świat syn Marek.
W 1956 roku na zakład fotograficzny nakładano coraz większe opłaty za czynsz. Rodzina Siurawskich dostała wiadomość o możliwości przeprowadzki do Lublina, z czego korzystali. Matka Stanisławy otrzymała przydział na lokum przy ulicy Przechodniej, było to wspaniałe miejsce na zakład – wąska alejka, oddalona od wrzawy ulicznej, w centrum miasta.

„Elwika”

Zakład na Przechodniej prowadzili wraz z mężem, który pomagał w przygotowywaniu roztworów chemicznych, potrzebnych do pracy w ciemni. 
„Elwika” – tak został nazwany zakład w Lublinie. Była to kombinacja słów, którymi się pieszczotliwie nazywali wraz z mężem. Zakład szybko zyskał renomę, był też punktem spotkań miłośników fotografii. Gdy wystawiała gablotę, przyszedł Ludwik Hartwig, który powiedział, że po wyjeździe jego syna to ona jest najwłaściwszą osobą, która może prowadzić pracownię fotograficzną w Lublinie. 
Kochała swoją pracę, likwidację zakładu w 1997 roku bardzo przeżyła. 
Stanisław zmarł kilkanaście lat wcześniej: „jak mi ciężko jest pomyśleć, że tak wcześniej mnie owdowiał. Tyle czekałam na niego, sześć i pół roku, a potem tylko tych kilka lat razem”.

Naświetlona historia życia

Stanisława Siurawska od koniec życia mówiła: „stary człowiek jest jak przeczytana książka”. 
Przez ponad sześćdziesiąt lat w zawodzie fotografa chciała dostrzec w każdym człowieku piękno, uchwycić błysk w oku. Jej portrety nie były banalne, były przemyślane w każdym calu, ogląda się je, jak dobrze skomponowany obraz. 
 
Obok dwóch portretów: otrzymanego od babci, uwieczniającego rodzinę przez zesłaniem dziadka na Sybir, oraz portret rodziców Stanisławy, który został wykonany dzień przed przystąpieniem jej ojca do wojska carskiego, jest trzeci – Stanisława i Stanisławy. Zdjęcie powstało tuż po szczęśliwym powrocie Stanisława do domu: uśmiechnięci z lampką szampana w ręku. 
 
Wśród licznych wycinków z gazet z wywiadami ze Stanisławą, dokumentów z zakładu i listów, znajduje się mały zeszycik w czerwonej okładce. Po lekturze pierwszych stron wydaje się, że jest to pamiętnik. Trzeba się wczytać, by dostrzec, że pisany jest różnymi charakterami pisma. Jest to rozmowa dwojga kochanków, nieskażonych cierpieniem, rozstaniem czy wojną, czyste uczucie wypisane zgrabną kursywą, przerywane miniaturowymi rysunkami:
„Ale gdyś już stała się dla mnie wszystkim, to już przecie nie będę się skarżył, bo przecie i dla Ciebie rozstanie nie jest łatwe. A więc do widzenia najdroższa”.
 

 

Opracowała Marta Szarzyńska

Redakcja: Monika Śliwińska

 

Zdjęcia

Słowa kluczowe