Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Etnografia Lubelszczyzny – obrzędy pogrzebowe na Lubelszczyźnie

Ludzkie życie oceniane z perspektywy kultury ludowej miało sens jedynie wtedy, gdy było wpisane w pewne ramy wyznaczone przez obrzędy. Stanowiły one kolejne etapy ziemskiego bytowania człowieka. Ostatnim z nich była śmierć. Ten moment stanowił ostateczne i nieodwracalne wyłączenie umierającego ze społeczności. Dlatego towarzyszył mu niezwykle skomplikowany i bogaty rytuał, złożony z całego zespołu obrzędowych nakazów i zakazów.

 

 

 

 

 

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Przepowiadanie śmierci

Śmierć postrzegano dawniej jako działanie sił pozaziemskich. Rytuał pogrzebowy był więc instynktowną potrzebą zapewnienia zmarłemu dobrej śmierci. Jednak dzisiejsze znaczenie tego momentu ma niewiele wspólnego z jego ludowym pojmowaniem. Dawniej umierano w domu, wśród bliskich. Śmierć była więc czymś zdecydowanie bardziej namacalnym, nie stanowiła niepoznawalnej tajemnicy i budziła mniejszy lęk. Była naturalną koleją losu ludzkiego, na którą godzono się, i wobec której nie wpadano w rozpacz. Umierający przygotowany był do chwili odejścia. Jego konanie było momentem pełnym powagi, skupienia i wymownego milczenia. Czas nie naglił i pozwalał na rozliczenie się z wszystkimi doczesnymi sprawami. Rodzina doskonale znała złożony rytuał towarzyszący konaniu i miała świadomość, że musi skrupulatnie wypełnić wszystkie jego nakazy oraz starannie przestrzegać zakazów. Czynności w czasie konania, w chwili śmierci i po niej pozwalały rodzinie i znajomym skupić myśli na zapewnieniu odchodzącej duszy życia wiecznego. To pozwalało odsunąć od siebie rozpacz i poczucie osamotnienia. Umierano wśród bliskich i w otoczeniu dobrze znanym konającemu. Dla pozostających śmierć była więc czymś normalnym, może nie codziennym, ale z pewnością naturalnym.
Konanie nie budziło strachu ani przerażenia. Jednak pewnego rodzaju śmierci ludzie bali się bardzo: nagłej i niespodziewanej. Taka śmierć nie była dopełnieniem dobrego, godnego życia. Wszędzie modlono się słowami: „Od nagłej, a niespodziewanej śmierci, zachowaj nas Panie”. W dobrej, czyli spokojnej i łagodnej śmierci widziano nagrodę za godne życie. Dusza, rozstając się z ciałem, liczyła na pomoc i dołożenie wszelkich starań ze strony najbliższych, by zapewnić jej życie wieczne. Z drugiej strony sens wielu obrzędowych czynności polegał na ochronie rodziny i znajomych przed powrotem duszy zmarłego do świata żyjących. Te dwa powody stanowiły najistotniejsze wytłumaczenie wielu działań związanych z pogrzebem.
Rytuał pogrzebowy na Lubelszczyźnie zachowywał wiele cech wspólnych z obszarem całej Polski. Niektóre z wierzeń czy zachowań miały nawet szerszą i bardziej pierwotną proweniencję słowiańską. Niemniej jednak region wykształcił charakterystyczne i odróżniające warianty rytuału. Przedstawione tu czynności i wierzenia związane z pogrzebem na Lubelszczyźnie zostały ułożone według kolejności następowania po sobie etapów obrzędu.

Ludzie wierzyli, że śmierć ostrzegała ich przed swoim przybyciem do czyjegoś domu. Jej znaków doszukiwano się w zachowaniu zwierząt, ptaków, w snach czy spadaniu przedmiotów bez wyraźnej przyczyny.
Pies – wierzono, że może widzieć śmierć, dlatego wyje i w ten sposób ją zapowiada, zwłaszcza gdy podnosi łeb ku górze lub kopie w ziemi koło domu; istniało przekonanie, że aby zobaczyć śmierć, należy spojrzeć między uszami wyjącego psa, który wpatruje się w jedno miejsce. Czasem wycie psa traktowano jako zapowiedź pożaru.

Wycie psa zwiastuje śmierć
Pies jak wyje, proszę pana, to jest prawda. Ja dziś powiedziałam tak do swojego wnuka, mówię: „Wojtuś kochany, spuść psa, weź dobrego kija i ze dwa mu daj porządnie, żeby poszedł. Wygoń go z domu”. Bo mówię: „Wywył mi syna, wywył.” Dwa lata wył. A ja nie wiedziałam co się dzieje. Jeszcze mu jeść w nocy nosiłam. No to jest tam przy stodole, przy budzie. Panie, zaczął wyć, ja dziś całą noc nie spałam. Mówię: „Co, co się dzieje? Mnie pewnie wywyje – mówię – ja już jestem stara. A to mnie wywyje”. I tak żałośnie wyje, ciągnie, mówię panu, że, no torny po człowieku idą, po plecach mnie nawet torny szły w nocy tak zawodzi i tak wyje.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Koń – za przepowiednię zbliżającej się śmierci uznawano grzebanie kopytami przez konia w ziemi.
Kret – żyjący pod ziemią i ślepy; oznajmiał śmierć gdy kopał pod progiem domu.
Sowa – nocne hukanie ptaka odczytywano jako wróżbę; jeśli w głosie puszczyka dosłyszano brzmienia słów: „powij”, zwiastował narodziny, jeśli zaś słów: „pójdź, pójdź”, zapowiadał czyjąś śmierć.

Tak, tak. Puszczyk, to nie sowa, tylko puszczyk. […] A puszczyk tak samo. Ludzie wyganiają tego puszczyka. Jak to prawda, to jest prawda już, to jest prawda. To w to wierzę. Już jak w, tak, tak „pucio, pucio”, a jak kołysze to się coś urodzi. Tak, tak. To też prawda. „Ooo – mówią – będzie miała, będzie miała tam młoda, bo już, już puszczyk kołys, kołys, kołsy, kołys”. O tak, wie pan, kołysze. A tak to „puć, puć” i tak „puuć” wyciąga [na śmierć]
[…] To jest prawdziwe, ten puszczyk to pan przypomniał, ale to jest prawda najprawdziwsza. Bo ja wiem w naszej koloni jak to zaczęło wszystko umierać … to, ile? Siedem lat temu, to wie pan, o z tej małej wioseczki pięć, z tej małej koloni, pięciu chłopów odeszło, pięciu mężczyzn odeszło. […] Ten puszczyk tak się żenił tutaj. Tak, tak, tak puciał. Tak wypuciał wszystkich.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Kruk – ptak kojarzył się ze śmiercią przez swą czarną barwę i przeraźliwy głos; jego krakanie na dachu domu, podobnie jak krakanie wron i kawek, wróżyło śmierć.
Kura – sądzono, że jeśli kura zje okruchy ze święconki, może zapiać jak kogut, a wtedy wywoła czyjąś śmierć, dlatego należało ją zabić.

Pianie kury zwiastuje śmierć
A u mnie to kura, jak mój ojciec miał umrzyć to kura, jeszcze w tamtym starym mieszkaniu. Jedliśmy śniadanie i ta kura tak piała, frunęła w łokno i trzepała skrzydłami, a mnie aż łyżka wypadła z ręki. Tak musi już umrze łojciec, trza będzie pójść i poszłam do domu i przy mnie zmarł. Takie widziadło było takie, to już prawdziwe to jest! Są objawienia takie, są. Pogrzebowe. Ale czarny strój jak się śni, to żałoba.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2009]

Ćma – najprawdopodobniej przez związek z nocą wierzono, że zapowiada śmierć kogoś z domowników.
Inne znaki, które dawniej rozumiano jako zapowiedź śmierci to:
Dym i światło świecy – gdy po wizycie księdza i ostatnim namaszczeniu dym świecy unosił się ku górze oznaczało to, że chory może mieć nadzieję na wyzdrowienie; jeśli zaś dym unosił się w kierunku drzwi oznaczał bliską śmierć; płomień świecy służył jako wróżba już w czasie chrztu noworodka, bowiem jeśli świeca zgasła podczas chrztu sądzono, że dziecko również „zgaśnie”.
Obumierające owoce pracy – jeśli gospodarzowi uschło drzewko oznaczało to zbliżającą się do domu śmierć.
Cień człowieka – cień często łączono z duszą ludzką; jeśli ktoś zobaczył sam cień, najprawdopodobniej widział błąkającą się po świecie duszę; jeśli zaś w czasie Wigilii nie pojawił się na ścianie czyjś cień, spodziewano się śmierci.
Gwiazda przy rogach księżyca – w takim znaku doszukiwano się zapowiedzi śmierci jakiegoś wielkiego monarchy.
Spadające przedmioty – jeśli jakiś przedmiot spadł bez oczywistej przyczyny, traktowano to jak zapowiedź bliskiej śmierci.
Sny – sny traktowano jak wróżby; śmierć także miała swoje miejsce w ludowym senniku; zapowiadały ją sny, w których pojawiły się wypadające zęby, brudna woda, wywrócone drzewa, zawalone nowe budynki, świeżo zaorana nierówna rola, pobielanie wapnem ścian izb mieszkalnych, utrata podeszwy z obuwia, także widok spadającej gwiazdy był zapowiedzią czegoś niedobrego.
Ziemia – niepłodna gleba w przekonaniu ludu jest uzasadnioną zapowiedzią schyłku życia
ludzkiego. Źle wróżyło również powstawanie w ziemi głębokich bruzd, zaklęsłości terenu, osuwania się gruntu w partiach granicznych, nadmierne rycie ziemi przez krety, zjawiska nadmiernego pojawu szkodników. Jeśli kret rył w ziemi w trakcie pracy rolnika, wróżyło to jego śmierć. Ze wsi Łukawka w gminie Baranów, pochodzi relacja mówiąca o tym, że około 1928 roku pewien parobek, który orał ziemię tak bardzo przejął się kretowiskami wokół siebie, że porzucił pracę i poinformował swoich gospodarzy o mającym nadejść zgonie. Był tak przekonany o prawdziwości ludowego wierzenia, iż istotnie zachorował i zmarł trzeciego dnia, w przekonaniu wypełniającego się przeznaczenia.
Zwierzęta leśne – jeżeli zwierzęta leśne gromadziły się w pobliżu zagrody i zachowywały się milcząco, stanowiło to złą przepowiednię. Jeśli w pobliżu zagrody, zwłaszcza z rana, zbierały się dzikie ptaki, hałasując przy tym, wróżyło to mające nadejść nieszczęście.

Istniało m.in. przekonanie, że aby uniknąć mającego nastąpić zgonu, należało zaprzedać duszę diabłu o północy na rozstajnych drogach w wigilię Nowego Roku. Zapewniało to jednocześnie bogactwo.

Konanie

Chwila konania była momentem pełnym powagi i starań o ułatwienie umierającemu odejścia. Lud bał się śmierci zbyt długiej i niespokojnej. Dlatego intencją wielu z czynności podejmowanych przy konającym było ulżenie mu i wyproszenie dla niego szybkiej, łagodnej śmierci. W długim konaniu doszukiwano się kary za grzechy lub czary. Ciężką śmierć mieli np. ci, którzy złamali złożoną przysięgę.
W chwili konania bliscy i sąsiedzi gromadzili się przy chorym. Każdy z odwiedzających musiał zostać poczęstowany kieliszkiem wódki lub piwem. Wierzono, że wśród znajomych może znaleźć się ktoś ze „szczęśliwymi oczami”, które przyniosą ulgę umierającemu. Zgromadzeni modlili się przy zapalonej gromnicy. Zapobiegała ona mękom przedłużającej się śmierci. Gromnicę stawiano przy łóżku lub wkładano choremu do rąk, czasem owijając ją lnem. Gdy jednak śmierć przychodziła powoli, w niektórych okolicach, jak np. w Adamowie i Woli Gułowskiej w powiecie łukowskim, dodatkowo spalano kilka garści lnu, wierząc, że palący się len ułatwi konanie. Zabieg ten stosowano również w przypadku konania grzeszników. Konającemu dawano także różaniec lub szkaplerz. By pomóc choremu odejść, dzwoniono w specjalny dzwonek dla umierających. Jeśli czynności te nie pomagały i śmierć nie nadchodziła by przynieść ulgę, usuwano wszelkie przedmioty, które mogły być tego przyczyną lub też starano się przyspieszyć moment odejścia. W tym celu należało wyjąć spod głowy konającego poduszkę z kurzym pierzem, który, jak wierzono, nie pozwalał umrzeć. Chorego kropiono wodą święconą, okładano święconymi ziołami, myto i układano na rozścielonej na ziemi słomie. Położenie umierającego na ziemi miało ułatwić duszy zejście do podziemi. Aby pomóc jej opuścić ciało otwierano wszystkie drzwi i okna w domu. Dawniej zdarzało się, że w tym celu stosowano specjalne otwory w dachu, a nawet zrywano dach.

Żeby dusza opuściła dom otwierano wszystkie okna i drzwi
A to były zwyczaje; otwierały drzwi wszystko obory, stodoły, kumory, wszystko, pokoje wszystkie na roścież były poostwierane. No i u mnie jeszcze i teraz ja poostwierałam, te taboretki co trumna stojała to przewrócone. [...] A to taka była taka prawda, że ta żeby dusza wyszła, nie była w budynku, tylko żeby jej było lżej wyjść, opuścić te prace swoje, już żeby poszła za ciałem ta dusza, a ja pamiętam jak na Bobowiskach, bo tam u Boreczków, bo byłam na pogrzebie i ksiądz, ale to jeszcze Sosiński ksiądz, tamten staruszek dawny, dawny, zaczęły łotwierać drzwi na podwórku, z ciałem miały iść, i mówi: „Zostawcie to, zostawcie, nie łostwierajcie, do niewierzących zostawcie, niewierzących niech tak otwierają sobie, a my wierzący wiemy, że już dusza poszła za ciałem dawno”. I nie kazał łotwierać ksiądz. Ale ja jeszcze tego zwyczaju nie zagubiłam, tylko jeszcze jak moje połumierały wszystko jak się wyprowadzało kazałam połotwierać.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2009]

Chwili konania towarzyszyć musiała absolutna cisza i spokój, gdyż wszelki hałas i gwar utrudniał duszy odejście. Dlatego obowiązywał zakaz płaczu i lamentowania, na który przychodził czas w porządku rytuału. Cisza ułatwiała skonanie, dlatego czasem wychodzono z domu na tę chwilę, by płaczem nie zatrzymywać duszy, która słysząc go, wraca i męczy się dłużej. Jednocześnie istniało wśród ludu wierzenie, że jeśli konający ujrzy śmierć stojącą przy jego nogach, może mieć nadzieję na wyzdrowienie, jeśli zaś spostrzeże ją przy swojej głowie lub boku, niebawem umrze.
W chwili, gdy śmierć zamknęła oczy chorego, na niebie gasła jedna gwiazda. Wierzono bowiem, że każdy człowiek ma swoją gwiazdę. Sądzono także, że jeśli gwiazda spada, oznacza to śmierć nieochrzczonego dziecka. Jeśli ktoś ją zauważył, powinien się przeżegnać i ochrzcić duszę tego dziecka słowami: „Chrzczą cię Józef i Maryja”.

Moment śmierci

Gdy nadeszła śmierć, rodzina zmarłego musiała zadbać o wszystko, by ochronić jego duszę i spełnić ostatnią wolę, a w ten sposób uniknąć gniewu nieboszczyka. W przeciwnym razie po śmierci jego dusza może jeszcze dać o sobie znać, a tego lud bał się bardzo. Wiele zakazów i nakazów obowiązujących w tym momencie miało także na celu uchronienie pozostałych członków rodziny przed pociągnięciem ich za zmarłym. Czynności te dowodzą, że powrót duszy zmarłego był niepożądany. Istniały za to konkretne dni, kiedy oczekiwano kontaktu ze zmarłymi. Był to oczywiście dzień zaduszny, wigilia Bożego Narodzenia, zapusty, noc świętojańska, wieczór św. Andrzeja. W te dni lud dokonywał wielu czynności, by ugościć dusze zmarłych powracające do swoich bliskich i doszukiwał się znaków i wróżb związanych z ich przebywaniem na ziemi. Jednak powrotów zmarłych spowodowanych niedopełnieniem ich woli, sporami, których nie udało im się wyjaśnić za życia lub też zaniedbaniem jakiejś czynności przy ich pochówku, wystrzegano się. Dlatego cały rytuał pogrzebowy musiał być starannie zachowany.
Po zgonie zamykano nieboszczykowi oczy, bo jak sądzono mógł wzrokiem rzucić urok na kogoś bliskiego i zabrać go ze sobą. Czasem na powieki kładziono miedziane monety. Ręce składano dłoń w dłoń, by zmarły nie pożądał już przedmiotów ziemskich. Należało także zamknąć zmarłemu usta, by nikogo nie zawołał. Ciało myto i ubierano. Jednak nie robiły tego osoby z najbliższej rodziny, a dalsi krewni lub starsze kobiety. Jeśli zmarło dziecko, ubierała je chrzestna matka. Jeśli było to niemowlę, zapewniano mu ubranie jak do chrztu. Często dzieci grzebane były bez obuwia, jedynie w skarpetach, a w okresie międzywojennym w wielu regionach zakładano im tzw. trumienniki – papierowe obuwie wykonywane przez małomiasteczkowych specjalistów. Powszechnym zwyczajem było również wkładanie do trumien dzieci ich ulubionych za życia zabawek. Zmarłego ubierano w czechło, specjalną koszulę z białego płótna przygotowaną na tę chwilę. Należało jednak zadbać, aby na niciach użytych do jej uszycia nie znalazł się żaden węzeł. Wierzono, że w węzłach zawiązywało się grzechy zmarłego i burzyło jego spokój. W węźle przypadkowo można było zawiązać duszę, która nie będzie mogła odejść. Wierzono także, że we wszelkich węzłach i supłach, np. w powrósłach, przebywają dusze pokutujące, dlatego należało je rozwiązać, by dusze te uwolnić.
Zmarłych kawalerów i panny ubierano w strój weselny. Dziewczętom do rąk dawano kwiaty i wianek. Młodych chowano z głową odkrytą, mężatki i wdowy obowiązkowo w chustce i z ramionami zasłoniętymi białym płótnem. Mężczyznom obowiązkowo należało dać czapkę. Strój bywał różny, czasem bogatszy i odświętny, a czasem skromny i bardzo zwyczajny. Chowano raczej bez butów, a jedynie owijając stopy zmarłego w onuce, czyli białą tkaninę. Wierzono, że brak butów uniemożliwi zmarłemu powrót do domu. Pod głowę zmarłego wkładano zioła poświęcone na Boże Ciało i święto Matki Boskiej Zielnej.

Święcone wianuszki wkładano do trumny
[…] A do trumny to ja, do trumny to tych wianuszków, to już teraz nie ma gdzie położyć, bo te trumny takie są zalepione tym białym płótnem naokoło, tylko pod głowe tam pare tych z wiankowego czwartku tych kwiatuszków pare, to tak na podusie pod głowe tak pokrusze. Bo ja tu zawsze tak sobie ziele oprzątałam, tej Zielnej Matki Boskiej, zielów tych z wianuszków, i w podusie tam kładłam swoim rodzicom, żeby na tych ziołach głowe mieli, bo to podusie same sobie robiliśmy kiedyś z białego płótna, i sie koronku jakoś sie obszywało. Teraz w trumnie jest wszystko jest gotowe, i podusia, teraz to nie można do środka nic włożyć. […] A to na tych wianuszkach, już ło że to całe życie był wierzący, to niech śpi w takich świętościach, poświęconych tych ziołach, niech mu pachną! Takie te zioła były ważne, zioła ważne były święcone, a teraz to tam pare pokruszyłam po to i tyle, wianuszków tych.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2009]

[…] A to te wianuszki brało się jak kto umarł, jomu pod głowe wszystko sio brało, nawet jak, jak kto ni mioł, to co mioł mu dać, ale tak to wionku, u mnie wiszczu te wionki moje.
[Cecylia Wójtowicz, Wólka Kątna, 2011]

Do rąk wkładano różaniec, książeczkę do nabożeństwa i święty obrazek z patronem zmarłego. Mężczyźnie oprócz czapki należało włożyć do trumny fajkę, tabakierę, jeśli używał jej za życia i laskę podróżną. Według wierzeń, w ostatnią noc przed pogrzebem zmarły we snach wypowiada się na temat ubioru pochówkowego – czasem domagał się zmian, innym razem dziękował za sprawiony mu ubiór. W praktyce starsi ludzie już za życia szykowali i zabezpieczali sobie odpowiedni ubiór.
Czasem zdarzało się, że zmarłego podejrzewano o to, że po śmierci może stać się upiorem. Lud sądził, że da się to rozpoznać jeszcze za życia człowieka. Wtedy zmarłemu związywano z tyłu ręce lub dwa środkowe palce poświęconym zielem i odwracano go twarzą do dołu. Jeśli te zabiegi nie pomogły podejmowano drastyczne kroki, utrzymywane na ogół w tajemnicy – należało o północy, w trzecią noc po śmierci wydobyć zmarłego z mogiły i odciąć mu łopatą głowę.
Jeśli natomiast podejrzewano, że zmarły będzie strzygą, wsypywano do trumny piasek lub wkładano woreczek z makiem, z myślą iż w przypadku ewentualnego zagrożenia zmarły będzie zajęty liczeniem ziarn. Dawniej w okolicach Kocka obserwowano mogiłę zmarłego, jeśli w ciągu trzech dni od pochówku powstawały osuwy ziemi, mniemano iż pochowany jest strzygoniem
Gdy w domu znajdowały się zwłoki umarłego, należało powstrzymać się od wszelkich prac. Wierzono bowiem, że ciało ma zły wpływ na otoczenie. Zwłoki były w ogóle tematem tabu. Owoce pracy mogły się popsuć lub też sama praca nie dawała żadnych efektów jeśli podejmowano ją w czasie wystawienia ciała. Zakazywano zamiatać dom, gdyż można w ten sposób wyrzucić duszę zmarłego, która, jak wierzono, po zgonie przebywa jeszcze przez jakiś czas przy swoim ciele. Zgubny wpływ zwłok dotyczył także jedzenia i wody, która znajdowała się w domu gdzie spoczywał zmarły. Sądzono, że umarły mógł ją zakazić. Nie należało w tym czasie przygotowywać żadnych potraw. Obowiązywał także zakaz rozniecania ognia, który lud uznawał za święty, a zwłoki mogły go splamić.
Wierzono, że dusza opuszczając ciało krąży gdzieś w pobliżu. To mogło być niebezpieczne dla osób żyjących, które w chwili czyjegoś zgonu spały, gdyż ich dusze, we śnie, także przebywały poza ciałem. Dlatego, by dusza zmarłego nie porwała za sobą dusz ludzi śpiących, należało zbudzić wszystkich domowników, także małe dzieci. Aby zabezpieczyć bliskich zmarłego przed jego zgubnym wpływem należało także bezwzględnie pozasłaniać wszystkie znajdujące się w domu lustra. Zwierciadło mogło bowiem odbijać w sobie ludzką duszę. Jeśli więc ktoś spojrzał w nie gdy w domu znajdował się zmarły, mógł powtórnie przywołać śmierć i umrzeć. Lustra utrudniały także odejście duszy umarłego. Dlatego należało je natychmiast zasłonić lub zdjąć. Inne wierzenie dotyczyło zegara. Jak sądzono odmierzał on godziny życia człowieka. Dlatego w chwili śmierci należało zatrzymać zegar na znak zatrzymania ziemskiego życia i żałoby domowników. Wierzono, że jeśli się tego nie zrobi, tykanie wskazówek może niepokoić duszę zmarłego.

Zegar się zatrzymywało. Godzinę, o który zmarł. I lustro na przykład, jak było, się przykrywało jakiemś obruskiem czy czemś tam, żeby się nie odbijało. […] Żeby śmierć nie wracała.
[Czesława Mitrus, Kozłówka, 2011]

Wodę po obmyciu zmarłego należy wylać, ale w miejsce gdzie nie chodzą ludzie i gdzie nie rosną uprawy. Wierzono, że woda ta stanowić będzie przeszkodę dla duszy, gdyby chciała wrócić do domu. 
Obowiązkiem było także dopilnowanie, aby za duszę zmarłego zadzwonił dzwon, który powiadamiał o jego śmierci i odganiał złe duchy (a także burze). Jego dźwięk chronił duszę i przynosił jej ulgę, jednocześnie płosząc ją i uniemożliwiając powrót do żyjących. Dzwoniono już w domu, gdy chory nie mógł skonać. Zaś tuż po śmierci płacono podzwonne by „dziad” kościelny dzwonił za duszę, zwłaszcza osób dorosłych. Dzwon musiał bić trzykrotnie w ciągu dnia, przez trzy kolejne doby, czyli do pogrzebu, który odbywał się zwykle właśnie w trzeciej dobie po zgonie.
Dom, w którym ktoś zmarł, stawał się na czas przebywania w nim zwłok nieczysty. To dotyczyło wszystkiego co miało kontakt ze zmarłym. Dlatego chatę należało wyróżnić i oznaczyć na okoliczność żałoby. W całej Polsce znany jest zwyczaj wywieszania czarnej chorągwi. Zdarzały się przedstawienia śmierci na chorągwiach w postaci jasnokościstego szkieletu. Lud praktykował także zwyczaj wyrzucania przed domem, na drogę, garści wiórów z przygotowanej trumny, tak, żeby żadne jej resztki nie pozostały w domu.
O śmierci należało zawiadomić całą społeczność wsi. Wszyscy jej mieszkańcy czuli się zobowiązani by uczestniczyć w ostatniej drodze człowieka, którego znali. Istniało kilka sposobów powiadamiania sąsiadów o czyimś zgonie. U sołtysa lub księdza znajdował się specjalny, metalowy krzyż będący własnością ogółu mieszkańców. Najbliżsi zawiadamiali sołtysa lub księdza o śmierci ich domownika, on zaś biorąc krzyż, zanosił tę wieść do pierwszej we wsi chaty. Mieszkaniec tego domu niósł krzyż dalej, aż do ostatniego gospodarstwa. Zamiast krzyża sąsiedzi mogli wraz z wiadomością o śmierci przekazywać sobie różaniec, który później, przy odprowadzaniu zmarłego na cmentarz, zawieszano na przydrożnym krzyżu. Mógł to być także obrazek święty, który wręczano potem zmarłemu, krzyżyk drewniany zrobiony w pośpiechu i zostawiany pod figurką świętego w kapliczce lub brzozowa gałązka spleciona na kształt obwarzanka. W okolicach Abramowa, Marcinowa i Wielkiego w powiecie Lubartowskim znakiem takim była laska obrzędowa, tzw. kraba, krabacha z naciętym na niej krzyżykiem, czasem inicjałami zmarłego. W innych miejscowościach powiatu lubartowskiego laskę taką określano również nazwą „wręby”. W okresie międzywojennym wśród mieszkańców wsi nadwieprzańskich upowszechnił się zwyczaj obnoszenia obrazka o treści religijnej, na którym był wizerunek jednego z patronów „lekkiej śmierci”. Przestrzegano raczej by wymienionych przedmiotów nie przekazywać sobie przed domem, żeby na sąsiadów nie sprowadzić śmierci. Jedynie w przypadku obnoszenia obrazka z patronem, należało wejść do izby i dokładnie opowiedzieć o wszystkim, a nawet skomentować dany przypadek. Obrazek po wsi obnosiły zazwyczaj dwie dziewczyny. Na znak pożegnania zmarłego ze wsią, jego bliski krewny rzucał na progu domu najbliższego sąsiada garść „zimowego ziela”. Sąsiad zobowiązany był podać je dalej, a gdy ziele wróciło do domu zmarłego, mógł wyruszyć kondukt pogrzebowy.       
W gminie Drelów samą śmierć wyobrażano sobie jako widmo, białą postać, mgławicę, szkielet osnuty mgłą. Śmierć w tej postaci widywano podobno w tej okolicy przed latami głodów i przed I wojną światową.
Na znaczny czas całego obrzędu związanego z pogrzebem, dawni mieszkańcy wsi musieli radzić sobie z problemem psucia się zwłok w tym czasie, zwłaszcza w okresie lata.

[…] A jeszcze jak leżał, a było lato ciepłe, to się brało balię, wodę i kamień żeby było chłodno albo lód. Żeby to ciało było chłodne [...]. A najgorzej było właśnie w lecie. To się brało wodę i kamienie się kładło, albo lód się przywoziło, jeżeli to było możliwe. Jak to ciało po prostu ochłodzić. By nie było czuć.
[Czesława Mitrus, Kozłówka, 2011]

Wystawienie ciała

Gdy zmarły był już obmyty i ubrany składano go w trumnie. Wierzono, że dusza jest jeszcze obecna przy swoim ciele, obserwuje co się z nim dzieje. Aby jej nie rozgniewać należało zachować pełną powagę i obchodzić się ze zmarłym z ogromnym szacunkiem.
Trumna zabezpieczała zwłoki i chroniła przed wędrówką duszy umarłego. Dawniej sądzono, że sypianie w trumnie już za życia może zapewnić długowieczność. Lud wierzył, że o cenę trumny nie wolno się targować ze stolarzem, gdyż to bardzo obciąża duszę zmarłego. Pilnie strzeżono, aby w wieku trumny na wysokości głowy nie znajdował się sęk, gdyż jeśli wypadnie, dusza może nim wyglądać na świat i wywołać śmierć kogoś bliskiego. Trumnę zamawiano u stolarza lub proszono o jej wykonanie sąsiadów, którzy robili to za darmo w ramach przysługi zmarłemu. We niektórych wsiach, np. w regionie zwanym „Bagnosze” (obejmującym obecnie osiemnaście wsi, w większości znajdujących się w gminie Drelów) o deski na trumnę starał się sam gospodarz jeszcze na wiele lat przed śmiercią. Deski te układano najczęściej w stodole nad głównymi drzwiami – leżały tam przez całe lata, aż do momentu śmierci. Trumny były zwykle proste, nieozdabiane żadnymi ornamentami i niemalowane. Na płaskim wieku znajdował się jedynie krzyż. Kolor trumny zależał od wieku i stanu zmarłego. Starsze osoby chowano w ciemnych trumnach, dzieci, młodzież, panny i kawalerów w białych.
Lud wierzył, że zmarłego należy obdarować na pośmiertną drogę przedmiotami, których używał za życia i które lubił, stosownie do płci, wieku i zawodu. Jeśli zapomni się o czymś ważnym dla zmarłego, może się o to upominać po śmierci. Do trumny, pod głowę, wkładano święcone zioła, np. lebiodę, kwiaty. Do rąk zmarłemu mężczyźnie dawano święty obrazek, często z patronem, kobiecie zaś chustkę. Wkładano także różaniec i krzyżyk, czasem modlitewnik lub szkaplerz. Jeśli zmarły używał laski, palił fajkę lub zażywał tabaki, bliscy musieli zadbać by wszystko to znalazło się przy zmarłym. Jeśli tak się nie stanie, dusza może wrócić po te przedmioty. Mężczyźnie należało obowiązkowo włożyć do trumny jego ulubioną czapkę, której używał na co dzień. Monetę wkładano na znak ziemskiego mienia zmarłego. Przy trumnie musiała się znaleźć obowiązkowo butelka wódki.
Dawniej uważano, że obcinane paznokcie i włosy oraz wyrwane zęby należą wciąż do człowieka. Dlatego zbierano w woreczku lub kieszeni obcięte paznokcie i kiedy osoba zmarła, chowano je razem z nią.
Bardzo ważnym elementem obrzędu podczas wystawienia ciała było światło świec. Mogło ogrzać duszę zmarłego, oświetlić mu drogę i odstraszyć złe moce. Światło przynosiło zmarłemu ulgę i chroniło żyjących przed jego gniewem. Musiało palić się prawie nieustannie w czasie całego obrzędu: przy konaniu, wynoszeniu ciała, podczas pochodu żałobnego, w kościele. Paliło się także po pogrzebie, na grobie i w domu okrytym żałobą. W symbolice światła nastąpiło więc uzgodnienie wierzeń o proweniencji pogańskiej z religią chrześcijańską. Gdy bliski zmarłego udawał się opłacić podzwonne, otrzymywał od księdza dwie lampy, które w domu musiał umieścić na wieku zamkniętej trumny. Po pogrzebie zwracał je księdzu.
Lud wierzył, że dusza nie odchodzi zaraz po zgonie. Przez jakiś czas jest wciąż obecna w domu. Z tym też wiązało się wiele zwyczajowych zakazów i nakazów. Nie wolno było między innymi sprzątać, zamiatać w izbie przez trzydzieści dni po śmierci by duszy nie wyrzucić. Aby dusza oczekująca na pochówek miała gdzie spocząć zostawiano jej krzesło i ręcznik. Przygotowywano także dla niej poczęstunek złożony z kromki chleba lub ciasta i pieczeni oraz szklankę piwa lub kieliszek wódki. Wszystkich odwiedzających dom zmarłego należało w jego imieniu ugościć kawałkiem chleba i piwem lub wódką, którą otrzymywali po przyklęknięciu i zmówieniu pacierza. Zdarzało się także, że skromny poczęstunek przygotowywano dla ubogich czekających przed domem. 
Skoro zwłoki miały działanie niszczycielskie, wszystko co się z nimi zetknęło, obumierało. Sądzono na przykład, że jeśli człowiek hodujący pszczoły dotknie ciała zmarłego, jego pasieka wyginie. Jeśli zaś umarł właściciel pszczół, należało je o tym poinformować. W tym celu uderzano trzykrotnie w ule kijem. Tak informowano pszczoły i zabezpieczano je przed śmiercią, która spotkała ich posiadacza.

Powiadamianie pszczół o śmierci pszczelarza
No to drzwi to się otwiera i teraz jak gospodarz czy gospodyni umiera, do obory do dobytku, żeby już krowy przykładowo wiedzieli, że gospodarz. A jakby przykładowo ktoś miał pszczoły, to gospodyni musiała podejść do ula i stukała w ul, że gospodarz już odchodzi. [...] w jeden, do jednego tak pukała. [...] to widziałam nawet nie tak dawno u nas zmarł taki, co miał dużo pszczół, to ta gospodyni podchodziła i pukała do tych pszczół, to ona już tak bardzo starsza kobita, bo dziewięćdziesiąt ileś lat miała, on był jeszcze starszy zmarł, ale i ona już zmarła. I obory otwierano też żeby wiedział, że już gospodarza czy gospodyni nie ma już.
[Bronisława Polak, Stary Majdan, 2011]

Człowiek, który ubierał zmarłego nie mógł siać i sadzić drzew, gdyż żadne z nich nie przyjęłoby się. Zwłoki hamowały rozwój i płodność natury, ale także ludzi. Dlatego obowiązywał bezwzględny zakaz dotykania zwłok przez kobiety w ciąży. Nie mogły one także uczestniczyć w pogrzebie.
Ale skoro zwłoki miały takie działanie i wszystko co się z nimi zetknęło obumierało, mogły także niszczyć ludzkie choroby i przypadłości. Lud wykorzystywał te właściwości, by uleczyć kogoś np. z alkoholizmu. Umierającemu wkładano do ust monetę i gdy zmarł wrzucano ją do wódki, którą częstowano osobę nadużywającą alkoholu. Kiedy zdradzono mu jak przygotowano trunek, na zawsze rezygnował z wódki. Ten sam skutek przynosiło podanie komuś do wypicia wody, którą umyto umierającego.
Jak sądzono, ciało zmarłego miało też właściwości magiczne. Wykorzystywali to na przykład złodzieje, którzy używali ususzonej żyły zmarłego lub chusty, którą obmyto zwłoki. Podobno czyniły ich niewidzialnymi.
Pilnie strzeżono, by w domu nie pozostało nic, co miało styczność ze zmarłym. Mogło bowiem przywieść zmarłego z powrotem do domu lub szkodzić domownikom. Koniecznie więc pozbywano się słomy, na której spoczywał zmarły i wiórów z trumny. Wierzono, że są one własnością zmarłego i trzeba mu je zwrócić. Wyrzucano je na drogę przed domem, a po dwóch dniach palono. Dokonać tego musiała starsza kobieta, która przez noc czuwała przy zmarłym. Czasem słomę wywożono po prostu z dala od domu, by ponownie nie sprowadziła śmierci i nie szkodziła żyjącym.

Czuwanie i opłakiwanie zwłok

Pogrzeb następował zwykle w trzeciej dobie po śmierci. W tym czasie bezwzględnym obowiązkiem rodziny i sąsiadów było czuwanie przy zmarłym. Trwało ono zwykle dwie lub trzy noce.

[…] wtedy to zmarły leżał w domu. To było do chwili wyprowadzenia, to ludzie schodzili się i wieczorami, tam ze dwa wieczory modlili się, różaniec odmawiali, śpiewali tam pieśni jakie, te, postne. Aaa tak, no to cóż. Przyszedł pogrzeb, to wynieśli umarłego na wóz. Zawieźli do kościoła. Odprawiło się. Później znowu, jak ludzie byli to wynieśli do, do grobu, to grób był wykopany ziemny. Przysypali ziemią. I już. A dzisiaj wszystko murowane.
[Czesław Maj, Motycz, 2011]

[...] ciało nieboszczyka leżało w domu. Nieraz dwa, trzy dni. Zależy kiedy był wyznaczony pogrzeb. I codziennie od śmierci jego, wieczorem przychodziło się do tego domu na modlitwy. Później już w dniu pogrzebu, to z kościoła, ode mnie na przykład do kościoła był kilometr, przychodził ksiądz, czy przyjeżdżał furmanką, zależy, nieważne, i ksiądz zabierał ciało.
[Irena Zamościńska, Częstoborowice, 2010]

Okres ten zwano „pustymi nocami”. Ich czas wypełniały modlitwy, różaniec i śpiew żałobnych pieśni. Czuwanie prowadziły zwykle osoby obeznane z obrzędem pogrzebowym, które znały modlitwy i posiadały specjalne śpiewniki, często spisywane ręcznie. Śpiew mógł mieć podobne działanie jak światło, a więc przynosił zmarłemu ulgę i chronił go przed złymi wpływami. Towarzyszył żałobnikom w domu zmarłego, w ostatniej drodze i przy pochówku.
Jeśli w czasie konania obowiązywał bezwzględny zakaz płaczu, w czasie czuwania nakazane były akty ogromnego żalu i rozpaczy po zmarłym. Wiara w ich doniosłość i skuteczność wywodzi się jeszcze od plemion pierwotnych. Gesty towarzyszące rozpaczy i głośny lament były obowiązkiem wobec zmarłego i stanowiły jeden z najistotniejszych elementów żałobnego rytuału. Jeśli rodzina nie okazała ogromnego żalu po stracie kogoś bliskiego, utrudniała jego duszy osiągniecie zbawienia, a na siebie mogła sprowadzić niebezpieczeństwo. Pogrzeb, na którym nie słyszano płaczu i lamentu, uznawano za niepełny i lekceważący. Nieboszczyk musiał usłyszeć, że ludzie go opłakują. Dlatego dawniej proszono kobiety zwane płaczkami o śpiew i wykonywanie specjalnych lamentacji w czasie pochodu żałobnego i pochówku. Musiały wyrazić żal po stracie, jaką była śmierć oraz wychwalać zalety i czyny zmarłego.
Czas na okazywanie żalu i rozpaczy był ściśle określony. Nie mógł zakłócać spokoju umierającego i utrudniać mu odejścia. Dopiero po zgonie, w czasie czuwania, rozlegał się głośny lament, który trwał aż do pogrzebu. Wypełniały go żałobne pieśni, wspomnienia o zmarłym, ale tylko dobre, o złych bowiem nie wolno było mówić, oraz modlitwy. Po pogrzebie zaś płacz na powrót był niewskazany, gdyż niepokoił duszę zmarłego i skłaniał go do pośmiertnych wędrówek. Wiara w takie wędrówki jest kulturowym toposem. Zakazywano m.in. płakać po śmierci dzieci, gdyż w ten sposób obciąża się ich dusze. Uważano także, by łzy nie spadły na ciało zmarłego, gdyż to powieli śmierć w domu.
Jednoczesne funkcjonowanie w obrzędzie pogrzebowym nakazu płaczu i jego zakazu nie wyklucza się, a uzgadnia i uzupełnia. Łzy i żałobne gesty były bowiem elementem rytuału, a nie aktem rozdzierającej rozpaczy. Dzięki nim bliscy zmarłego zyskiwali poczucie spełnienia swojego obowiązku wobec zmarłego. 

Wyprowadzenie ciała

Trzeciego dnia po zgonie nadchodził moment pochówku. Rozpoczynał się wyprowadzeniem zmarłego z domu. Na tę chwilę zbierała się cała gromada wsi, w której nieboszczyk mieszkał. Rozstanie miało charakter wielkiego żalu, choć jednocześnie w świadomości rodziny i całej społeczności tkwiło przekonanie o konieczności uwolnienia się od zwłok, które mogły mieć działanie destrukcyjne. Większość z czynności przypadających na ten etap miało działanie zabezpieczające żywych przed powrotem duszy nieboszczyka.
Zanim wyniesiono trumnę przed dom, wszyscy obecni musieli się ze zmarłym pożegnać. Czasem czyniono to przez pocałunek dłoni lub czoła zmarłego. Jednak raczej unikano kontaktu ze zwłokami. Dlatego każdy dotykał trumny na znak pożegnania, ale przede wszystkim na znak pojednania i przebaczenia zmarłemu wszelkich win. Gdyby ktoś nie wyzbył się w ten sposób urazy do nieboszczyka, dusza zmarłego mogła nie zaznać spokoju po śmierci i wracałaby w celu uzyskania przebaczenia.
Znanym do dziś zwyczajem zabezpieczającym przed powrotem duszy zmarłego jest przewracanie stołków i krzeseł, które znajdowały się w izbie. Dusza nie mogła pozostać w domu, siadając na nich. Czasem zmieniano też ustawienie mebli by duszę zmylić.
Na moment wynoszenia zmarłego obowiązkowo otwierano wszystkie drzwi i okna domu oraz pomieszczeń gospodarskich, drzwi mebli, szuflady. Odsłaniano także wieko dzieży. Jednym słowem, otwierano wszystko co było w domu zamknięte, by dusza nie mogła się nigdzie skryć i aby wyszła za wyprowadzanym ciałem, nie szukała niczego w zamkniętych budynkach.

Ciało jak wyprowadzały zmarłego to przewracały stołki do góry nogami i oborę, stodołę, dom roztwarza... roztwarzały drzwi. Żeby ten zmarły co chce żeby se wziął. Żeby nie było nieszczęść i upadku. No to do dziś to, to jest.
[Czesława Mitrus, Kozłówka, 2011]

No jak kiedyś były te kuferki. […] To sie roztwirało ten kufer. [...] żeby ten nieboszczyk wyszedł stąd. A mówią, że jeszcze przez cały rok w tych budynkach ten nieboszczyk urzęduje. [...] Krzesła do góry sie przewraca.
[Zofia Chołaj, Bobowiska, 2010]
 
Sam moment wynoszenia trumny przez próg domu był także obwarowany wieloma nakazami. Próg stanowił wyraźną granicę, której duszy nie wolno było przekroczyć. Dlatego na znak ostatniego pożegnania zmarłego z domem i żyjącymi, trzykrotnie uderzano trumną o próg domu. Zwyczaj ten znany jest jeszcze dziś. Przechowała się wiara, że na progu gromadzą się dusze przodków przychodzące po zmarłego. Od tej chwili tracił on ostatecznie kontakt z ciałem i odchodził ze świata żywych. Z Motycza pochodzi relacja, według której trumnę podnoszono i opuszczano trzy razy na znak tego, że zmarły był wierzący:

[…] na progu od mieszkania na dwór, jak nieśli trumnę to trzy razy podnosili do góry i opuszczali, że to było na pamiątkę Trójcy Świętej, że ten zmarły był wierzący, tego, i w tym mieszkaniu swoim właśnie podnosiło się i opadało. To tak było.
[Czesław Maj, Motycz, 2011]

Zwłoki należało wynosić nogami do przodu aby uniemożliwić duszy powrót i ostatni raz wywieść ją z chaty. Sądzono także, że wdowiec, który żenił się powtórnie, swoją drugą żonę musi wprowadzić do domu oknem, by nie przekroczyła ona progu, przez który wynoszono pierwszą żonę. Wtedy obydwoje małżonków cieszyło się dobrym zdrowiem.
Nie można było wynosić w zwyczajowy sposób osób zmarłych śmiercią nienaturalną, a więc samobójców, zabitych i tych, których podejrzewano o czary. Wobec takich osób obrzęd pogrzebowy nakazywał szczególną ostrożność. Należało przenieść ich trumny pod progiem. To gwarantowało, że nie powrócą do domu, a próg nie zostanie skażony ich nieczystością.
Kolejnym ważnym elementem obrzędu, wobec którego istniał jednoczesny zakaz i nakaz, było użycie żelaza. Żelazo, przez analogię do broni, którą wykonywano właśnie z tego materiału, w wierzeniach ludowych zyskiwało właściwości ochraniające przed złymi mocami. Dlatego mogło także skutecznie wzbraniać powrotu duszy zmarłego. W tym celu krewni kładli na progu domu siekierę, która dla duszy była barierą nie do przekroczenia. Jednak żelaza nie wolno było używać do wykonania trumny ani wkładać go do niej. Mogło bowiem zatrzymać duszę w drodze uniemożliwiając jej odejście.
Wodę, którą umyto zmarłego należało wylać za wynoszoną trumną. Jednak uważano, by nie zrobić tego w miejscu, gdzie rosną uprawy lub drzewa i gdzie chodzili ludzie. Wylana woda stanowiła dla duszy przeszkodę jeśli chciała wrócić do domu.
Stosunkowo mało znanym zwyczajem pogrzebowym, aczkolwiek występującym także na Lubelszczyźnie, było sypanie zboża. Istota tego obyczaju mogła tkwić w wierzeniach, że nastrajał on przyjaźnie duszę zmarłego lub też, że będzie ona musiała policzyć rozsypane ziarna i nie wróci już do chaty. Czasem mogło to oznaczać zjednywanie dobrych duchów. Jednak na Lubelszczyźnie rzucenie garści zboża na trumnę postrzegano jako czynność zapewniającą dobre plony i chroniącą przed obumieraniem zboża.
Jeśli podczas konania i w chwili śmierci otwierano wszystkie drzwi i okna domu by dusza mogła swobodnie odejść, po wyniesieniu zmarłego należało natychmiast pozamykać całe domostwo, poodwracać stołki nogami do góry by dusza nie zawróciła, nie przysiadła i nie została w chacie „na pokucie”. Musiała już podążyć za zwłokami. Wcześniej, gdy ciało znajdowało się jeszcze w domu, wszystkie drzwi musiały pozostać otwarte, aby dusza mogła ostatni raz przejść się po mieszkaniu.

Moment wyprowadzenia był także chwilą powiadomienia bydła i pszczół o śmierci ich gospodarza. Wtedy otwierano stajnię, oborę i inne pomieszczenia gdzie znajdowały się zwierzęta. Pszczoły zawiadamiano przez pukanie w każdy ul trzy razy. Sądzono jednak, że właściciel pasieki powinien sprzedać pszczoły przed swoją śmiercią, gdyż nie będą już one służyły rodzinie, a temu kto kupi ule po zmarłym, na pewno pszczoły umrą.

Odprowadzenie zmarłego

Zwłoki do kościoła nieśli na ramionach przyjaciele i sąsiedzi zmarłego. Jeśli odległość była duża, trumnę wieziono na marach wozem. Zaprzęg stanowiły konie, którymi zmarły jeździł za życia, woły lub krowy, jednak nigdy nie używano klaczy i krów, które mogły już nigdy więcej nie wydać potomstwa. Wozu nie mógł prowadzić nikt z rodziny, a jedynie osoba niespokrewniona ze zmarłym. Zanim wyruszono w drogę, rodzina kłaniała się zgromadzonym i prosiła o wybaczenie win zmarłemu i jego bliskim. Cała zebrana gromada wiejska odprowadzała trumnę do krzyża lub kapliczki przydrożnej. Tu ponownie żegnano zmarłego, modlono się i śpiewano żałobną pieśń. Obowiązkowo należało wygłosić mowę pożegnalną, w której przywołano pamięć o zmarłym, wspomniano o jego dobrych czynach, a śmierć jego potraktowano jak napomnienie dla żyjących. Mowę wygłaszał znany we wsi mówca o dobrym głosie i zdolnościach krasomówczych. W imieniu nieboszczyka przepraszał wszystkich za złe uczynki. Ten werbalny akt pojednania miał duszy zapewnić spokój, a żyjących utwierdzić w wierze, że uczynili dla zmarłego wszystko co było w ich mocy, dlatego nie powinien już wracać. Najstarszy członek rodziny zmarłego ponownie prosił zebranych o przebaczenie, na które każdy musiał odpowiedzieć odpuszczeniem win zmarłemu. Czasem pod krzyżem uchylano po raz ostatni wieko trumny, aby bliscy mogli ostatecznie pożegnać nieboszczyka. Jeśli zmarli rodzice, dzieci obejmowały zgromadzonych za nogi lub całowały w dłonie, prosząc o wybaczenie ich rodzicom. Po „śrataniu się”, czyli pożegnaniu, w dalszą drogę, na cmentarz, wyruszały już tylko dwie osoby z rodziny, a częściej przyjaciele nieboszczyka. Pozostali nie udawali się na cmentarz, a wracali do domu. Sądzono bowiem, że zmarły może zabrać ze sobą kogoś z najbliższych, dlatego nie mogą oni iść na cmentarz. Zwłaszcza nie powinna tego robić matka zmarłego pierworodnego dziecka, gdyż mogłaby w ten sposób ściągnąć śmierć na pozostałe dzieci. Wierzono także, że tym, którzy odprowadzali trumnę na cmentarz, dusze zmarłych odwdzięczą się kiedyś i w chwili jego śmierci wyjdą po niego ze światłem.
Na moment przewozu zwłok przypadało wiele obrzędowych zakazów. Nie wolno wieźć ich przez pola, by ciało zmarłego nie zniszczyło płodności ziemi. Kiedy orszak żałobników przechodził koło domów, nie wolno było patrzeć na niego przez okno. Nie należało jeść kiedy trwał pogrzeb lub gdy dzwoniono za zmarłego. Obowiązywał bezwzględny zakaz oglądania się za siebie, rozpowszechniony w kulturze ludowej i odnoszący się do wielu okoliczności. Oglądanie się mogło ponownie sprowadzić śmierć lub przywołać duszę zmarłego, o której niekiedy sądzono, że podążała za żałobnikami. Gdy koń wiozący trumnę oglądał się za siebie, lud wierzył, że wróży to kolejną śmierć. Gdy orszak jechał przez wieś, słomę, na której leżała trumna należało powyrzucać na drogę. To miało uspokoić duszę, stanowiło dla niej kolejny znak, że wyruszyła w ostatnią drogę, z której nie powinna już zawrócić.
Wiele z wierzeń dawnego ludu dotyczyło przesądów o spotkaniu na swojej drodze żałobnego orszaku. Takie spotkanie nie wróżyło nic dobrego, mogło oznaczać niepowodzenie lub nieszczęście. Zwłaszcza gdy żałobnicy wyszli naprzeciw ludziom zmierzającym do ich wsi, gdyż mogło to oznaczać, że śmierć zawita i do nich.

Tylko, wie pan, u nas to taka była mowa, że jak szła procesja z ciałem do kościoła i ktoś jechał z tej wioski z tamtej strony. To o Jezu! Już będzie pogrzeb zaraz bo wrócił śmierć. […] I tak była prawda, to była też prawda. Mnie to zimno po plecach się robi, wie pan, jak tak, bo, bo ja już się boję tego, tak. Ale to była prawda. Albo znów co. Tego nie wolno znów mówić, wie pan. Taka młoda dziewczynka, szesnaście lat, i szliśmy z … z czuwania, bo u nas jest czuwanie takie w wieczór jak w tym domu coś ktoś umrze, to różaniec się odmawia, pieśni się śpiewa. I później szliśmy, ale ona tak mówi do, no całą taką grupą dużą szliśmy, i mówi tak: „Nie wiadomo kto pierwszy teraz będzie.” A tak jedna taka kobieta tak ją szturchnęła i mówi: „Nie mów, bo tak nie wolno mówić, bo możesz ty być pierwsza”. I ona była pierwsza. To teraz jo ludzie wspominają. Mówią: „Andzia powiedziała kto”. Nie wolno tego mówić, kto będzie pierwszy. Pan Bóg jest od tego. Kogo powoła niech powoła, ale ludziom nie wolno decydować, kto będzie pierwszy. Bo odeszła ona i już.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Kiedy już ktoś spotkał orszak na swojej drodze, pod żadnym pozorem nie powinien oglądać się na niego, aby na siebie jeszcze większego nieszczęścia nie ściągnąć. Jeśli chłop, pracując w polu, usłyszał dzwony oznajmiające czyjąś śmierć lub pogrzeb, musiał zaprzestać pracy, bo nie przyniesie ona żadnych owoców. Jeśli wychodząc z domu zmarłego, spotkało się kogoś z pustymi konewkami, można było spodziewać się jakiegoś niepowodzenia lub nieszczęścia, a jeśli z pełnymi – pomyślności.
O duszy sądzono, że w czasie pochodu szła na jego czele lub siadała na trumnie. Po pogrzebie jeszcze przez jakiś czas dusza mogła błąkać się przy grobie. Znano także przesąd o tzw. duszach na pokucie, należących do ludzi pochowanych bez chrztu lub potępionych. Dusze te bywały złośliwe wobec żyjących, dlatego chronić przed nimi miały sakramentalia: kreda, woda święcona, modlitewnik, różaniec. Dusza należąca do nieochrzczonego dziecka, przez siedem lat błąkała się po świecie, upominając się o chrzest. Jeśli sądzono, że dusza zmarłego będzie zbawiona, w zaświatach na pewno spotka się z innymi duszami. Potwierdzały to prośby o pozdrowienie lub przekazanie czegoś osobie zmarłej wcześniej.

Pochówek

Wśród plemion słowiańskich obowiązywał pochówek przez pogrzebanie w ziemi. Dawniej lud wierzył, że dusza może opuścić grób i wyjść na powierzchnię. Dlatego zawsze pilnie strzeżono, aby grób był głębszy niż wysokość zmarłego, co uniemożliwiało mu wydostanie się. Często chowano twarzą na wschód, by zmarły patrzył wprost na wschodzące słońce. Kiedy już trumna znalazła się w grobie, należało trzykrotnie rzucić na nią garść ziemi. To chroniło żywych przed powrotem zmarłego. Niekiedy sądzono, że dopiero ten zwyczaj kończy przebywanie duszy w pobliżu ciała. Nie godziło się jedynie, aby dzieci rzucały ziemię na trumnę rodziców. Bliscy raczej nie powinni tego robić.
Wśród ludu znana była przysięga na grób kogoś bliskiego. Świadczy ona o niezwykłym, świętym charakterze grobu, mogiły, która stawała się obiektami sakralnymi. Miejsca te darzono szczególnym szacunkiem. Dawniej, tak jak i dziś, pielęgnowany był zwyczaj przystrajania mogiły bliskich zmarłych. Na każdym grobie umieszczano krzyż, który stanowił wskazówkę dla rodziny gdzie spoczywa ich bliski. Na krzyżu znajdowało się imię i nazwisko zmarłego, czasem jakaś piękna inskrypcja o poetyckim charakterze. Krzyże stosowano drewniane, niekiedy z daszkiem, lub metalowe. Często grób znajdował się w pobliżu drzewa, lipy lub dębu. Niekiedy, wbrew wierzeniom, że na cmentarnej ziemi nie przyjmą się żadne kwiaty, na grobach sadzono zioła, np. rutę, lilie lub inne kwiaty. Nigdy jednak nie wolno było tych kwiatów zrywać, czasem zakazywano także ich wąchania. Należały bowiem do zmarłego więc mogło go to rozgniewać. Znaczenie ochronne miało także sypanie maku na grób i przykrywanie go ciernistymi roślinami. Mak usypiał duszę pochowanego, a ciernie uniemożliwiały mu wyjście.
Po jakimś czasie od pogrzebu mogiły były jednak zaniedbywane.
Zwyczaj przynoszenia pokarmów na groby w Polsce nie był dość rozpowszechniony. Częstowano tylko dziadów proszalnych, którzy w zamian za miskę jaglanej kaszy modlili się w intencji poleconej im duszy.
Lud wierzył dawniej, że wędrówka dusz może trwać jeszcze bardzo długo po pochówku, zwłaszcza tych, które nie mogły zaznać spokoju. Sądzono, że dopóki ciało nie złączy się z ziemią, taka wędrówka mogła trwać. Niekiedy jednak ziemia nie przyjmowała zmarłego. Działo się tak w dwóch skrajnych przypadkach:

  • jeśli pochowany był świętym; jego ciało nie ulegało rozkładowi;
  • jeśli pochowany był złym, niegodziwym człowiekiem; ziemia mogła wtedy nie przyjąć jego zwłok.

Po powrocie z pogrzebu zarówno dom, jak i uczestnicy pochówku znajdowali się pod złym wpływem zwłok. Dlatego należało się obmyć lub okadzić. To samo dotyczyło wiozących trumnę zwierząt, które koniecznie trzeba było oblać wodą.

Uczta pogrzebowa

Ostatnim obrzędowym obowiązkiem rodziny zmarłego było ugoszczenie całej wiejskiej gromady. W tym celu zapraszano wszystkich na skromny poczęstunek do domu. Niekiedy przenoszono się z domu do karczmy.
Istotą uczty pogrzebowej, nazywanej stypą, było wyproszenie przebaczenia grzechów zmarłego i pojednanie z całą społecznością. Poczęstunek ten stanowił jeden z najważniejszych elementów obrzędu pogrzebowego. Na Lubelszczyźnie zwany był „bożym obiadkiem”, a także „wmerliny”, „pogrzebiny”. Jego przebieg obejmował na przemian poczęstunek, modlitwę i śpiew żałobnych pieśni. Pierwsza z nich powinna w swej treści nawiązywać do sądu bożego nad człowiekiem. Wykonywano także litanię za zmarłych.
„Bradzczyki”, jak na Lubelszczyźnie określano krewnych i sąsiadów zgromadzonych na stypie, ucztowali czasem bardzo długo, nawet do trzech dni. Toczyli między sobą rozmowy, w których mówić mogli tylko o zaletach i dobrych uczynkach zmarłego. Poruszali także tematy jego majątku, który teraz należało podzielić między najbliższych.
Jedzenie, jakie przygotowywano na ucztę pogrzebową, zależało od zamożności rodziny. Poczęstunek ten był raczej skromny i składał się z: chleba, kaszy jaglanej, gryczanej lub jęczmiennej z miodem. Pokarmy gotowane i podawane na ciepło gościły na stołach tylko zamożniejszych. Częstowano pieczonym plackiem, kapustą z mięsem, barszczem, kiełbasą, pierogami, śledziami z miodem i cebulą. Na stypie zawsze musiała pojawić się wódka i piwo. Każdy z gości pił za spokój zmarłego. Nierzadko zdarzało się, że ilość trunków przekraczała możliwości żałobników. Dbano jednak o umiar. W okolicach Chełma istniał zwyczaj odlewania kilku kropel z pierwszego wypijanego kieliszka dla dusz umarłych. Po wypiciu go resztkę wylewano za siebie na własne zdrowie.
Niekiedy, zwłaszcza w okolicach Biłgoraja, zapewniano poczęstunek także ubogim, których przed domem częstowano hojnie i wręczano im jałmużnę.
Należało także pamiętać o zwierzętach, które odprowadziły swojego pana w ostatnią drogę. Je także trzeba było nakarmić.
Po zakończonej stypie rodzina pozostawiała pełny kieliszek i kromkę chleba lub kawałek ciasta. Jeżeli rano znajdowała je nienapoczęte oznaczało to, że dusza ich bliskiego zmarłego nie została „na pokucie”. W niektórych wsiach od razu pozostawiano wolne nakrycie przy stole, dla mającej tam zagościć duszy zmarłego.
Ucztę podobną do tej po pogrzebie urządzano w każdą rocznicę śmierci bliskiego.
Tak kończył się cały obrzęd pogrzebowy. Od chwili śmierci nieboszczyka upływało zwykle trzy dni, które wypełniała modlitwa za zmarłych i śpiew pieśni. Czas ten, zupełnie niezwykły, był obwarowany wieloma zakazami i nakazami, które jeśli zostały spełnione, gwarantowały duszy spokój, a żyjącym, bliskim i znajomym, bezpieczeństwo i ochronę przed zgubnym wpływem gniewu zmarłego.      

Żałoba

Po śmierci kogoś bliskiego należało podkreślić wyjątkowość stanu, w jakim znajdował się dom i jego mieszkańcy. Obowiązywała ich żałoba. Zmieniała ona rytm życia domowników na określony czas. Nakazywała wyciszenie i zadumę.
Współcześnie oznaką żałoby jest czarny strój i powstrzymywanie się od zabawy przez rok od śmierci bliskiej osoby. Wśród plemion słowiańskich kolorem żałoby była biel. Na znak żałoby przewracano także szaty na odwrotną stronę. Na Lubelszczyźnie stosowano kilka sposobów okazywania żalu po stracie kogoś z rodziny. Przede wszystkim w czasie żałoby nie noszono czerwonego stroju lub chust. Należało stosować ubiór czarny lub biały. Kobiety w żałobie nosiły białe korale i popielate, niekolorowe chusty. W okolicach Tomaszowa dopiero pod koniec żałoby można było ubrać się w coś błękitnego. W Wólce Kątnej po śmierci gospodarza jego strój wynoszono na strych:

Koszulę po zmarłym wynosi się na strych
A tą koszulę co chodził i w ty koszuli co zmarł, to wszystko na strych wyniosłam, bo tak się należało, tak moi rodzice robiły. Wszystko na strych niech tam sobie wisi, że to gospodarstwo nie podupadnie, bo jest tam gospodarza wszystko. To tam wszystko wyniosłam i tam jest wszystko.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2009]

Okres żałoby uzależniony był od tego, po kim była noszona. Jeśli po rodzicach, trwała rok, względnie po ojcu – rok, po matce – półtora roku. W tym czasie osobę w żałobie obowiązywał zakaz zabawy, zwłaszcza tańca. Kobiety obowiązywał dodatkowo zakaz ponownego wyjścia za mąż przez rok po stracie małżonka. Mężczyźni mogli poślubić inną kobietę zaraz po pogrzebie żony.

Pochówek osób zmarłych śmiercią nienaturalną

Dawniej lud nie obawiał się śmierci, która była naturalną konsekwencją życia. Wiedziano, że wszystko co żyje, musi umrzeć. Człowiek również. Dlatego umiano się do śmierci przygotować i spokojnie jej oczekiwać. Jednak tylko naturalna śmierć była postrzegana w ten sposób. Śmierć będąca wynikiem ingerencji z zewnątrz, nagła, niespodziewana i zaskakująca, uważana była za oznakę gniewu bożego. Mogła też oznaczać, że dusza została porwana przez diabła.
Obawiano się zwłaszcza śmierci osób, które targnęły się na swoje życie. Wobec samobójców obrzęd pogrzebowy nakazywał szczególną ostrożność i unikanie kontaktu z ich ciałami. W samobójstwie widziano jeden z największych ciążących na człowieku grzechów, który wykluczał udział księdza w pogrzebie. O duszach ludzi zmarłych nagle, nienaturalnie, sądzono, że są wyjątkowo złośliwe dla osób żyjących. Z czyimś samobójstwem lud łączył silny, porywisty wiatr. Wierzono, że wywołują go diabły lecące po duszę samobójcy. Mógł on także ściągnąć na wieś karę w postaci gradobicia. Dlatego należało go pochować z dala od gromady. Wybierano na to miejsce pustkowia nieuczęszczane przez ludzi, skraj drogi pod lasem lub rozstaje dróg. W późniejszym czasie samobójców zaczęto chować w niepoświęconym fragmencie cmentarza, tzw. przepustku.

Przepustek na cmentarzu
A to, to był przypustek, taki na cmentarzu nie poświęcony. I takich co tam tego, sami śmierć sobie robili, albo coś, to na tym przypustku. […] Tak, oddzielnie. Dzisiaj już nie ma tego. Jak kiedyś był przypadek, że w trzydziestym pierwszym roku chłopak zastrzelił dziewczynę w Kijanach, pod Kijanami na Wólce iii sam siebie zastrzelił późnij, no to… ksiądz nie chciał pochować – tylko na przypustku.
[Czesław Maj, Motycz, 2011]

[…] No to kiedyś to był osobny kątek na cmentarzu i ich osobno chowali. Liczyć na cmentarzu, tylko ka... kawałek był cmentarza niepoświęconego. A teraz już nie. Teraz jest już jednakowo.
[Czesława Mitrus, Kozłówka, 2011]

Jeśli samobójca się powiesił, osoba, która go odcinała stawała się splamiona jego śmiercią i była nieszanowana przez gromadę. Koniecznie musiał to robić ktoś obcy, czasem spoza wsi. Jeśli samobójcę wyprowadzano z domu, nie można było wynieść go w normalny, zwyczajowy sposób, a jedynie przeciągając trumnę pod progiem. Pochówek nie przewidywał wtedy żadnych uroczystości ani udziału księdza.
Osób zabitych lud obawiał się tak samo jak samobójców. Na miejscu, gdzie pochowano kogoś zabitego, lud usypywał kopiec z ułamanych gałązek, słomy i siana. Był to znak ofiary dla jego duszy, a jednocześnie przeszkoda uniemożliwiająca mu powrót.
Za nieczyste uważano także zmarłe w połogu kobiety. Sądzono, że po śmierci zamieniają się w wyjątkowo złośliwe upiory i powracają po swoje dzieci. Chowano je tak, jak samobójców.

Pieśni pogrzebowe

Obrzędowi pogrzebowemu towarzyszyły zachowania werbalne, równie istotne jak podejmowane przy zmarłym czynności. Oprócz pieśni żałobnych, które ściśle wiązały się z momentem śmierci, koniecznie musiały pojawić się modlitwy za zmarłych oraz mowa pożegnalna pod krzyżem. Wszystkie werbalne zachowania pogrzebowe podzielić można za prof. J. Adamowskim na cztery podstawowe grupy:

  • lament – podejmowały go starsze kobiety, spokrewnione ze zmarłym lub specjalnie na okoliczność pogrzebu wynajęte; lamentacje należało rozpocząć zaraz po śmierci lub na cmentarzu w czasie pogrzebu;
  • mowa pogrzebowa – mogła pojawić się kilkakrotnie w czasie obrzędu, np. przed domem, pod krzyżem przydrożnym, na cmentarzu lub na stypie; wygłaszał ją ktoś, kto cieszył się we wsi sławą dobrego mówcy;
  • modlitwy – wśród nich wyjątkowe miejsce zajmował różaniec oraz litania za zmarłych;
  • pieśni pogrzebowe – wykonywane w czasie „pustych nocy”, czyli podczas czuwania przy zmarłym i na cmentarzu podczas pochówku.

Polskie pieśni pogrzebowe wiążą się przede wszystkim z utworami pochodzącymi ze śpiewników kościelnych. Śpiewacy ludowi zbierali pieśni żałobne także na specjalnych „kartkach”, które nabywali w czasie odpustów. Inne z pieśni były autorskimi utworami poetów ludowych.
W czasie obrzędu śpiewom przewodniczyła jedna osoba, która dobrze znała modlitwy i pieśni. Ona intonowała poszczególne utwory. Często była posiadaczem specjalnego śpiewnika, w którym ręcznie notowano żałobne pieśni. Stanowiły więc one wyjątek wśród ludowych utworów wokalnych, które zwykle istniały tylko w przekazie ustnym. Zapisywanie tekstów spowodowało powstanie pewnego zbioru pieśni pogrzebowych najbardziej rozpowszechnionych w Polsce, np. Już idę do grobu smutnego, ciemnego.
Istniały teksty proszące o żywot wieczny dla zmarłego, o modlitwę, odpuszczenie win lub wstawiennictwo świętych. Adresatami pieśni są najczęściej Bóg, Jezus, Matka Boska, ale także aniołowie, święci i w końcu ludzie, wśród których wyjątkowe miejsce zajmują bliscy zmarłego. Inne utwory stanowiły ostatnie pożegnanie, które żałobnicy intonowali w imieniu zmarłego lub też sami się z nim żegnali. Wykonywano także pieśni, które były przestrogą dla żyjących, życzeniem osiągnięcia życia wiecznego skierowanym do zmarłego lub podziękowaniem rodzinie nieboszczyka za spełnienie jego ostatniej woli i podjęcie zgromadzonych gości.

Dusze zmarłych wśród żywych

Według wierzeń ludowych powroty na ziemię dusz osób zmarłych powodowane są często chęcią dopełnienia niedokończonych za życia spraw i zamierzeń, ale przede wszystkim faktem odbywania doraźnej pokuty na miejscu popełnionych za życia nieprawości. Dlatego też powrót zmarłego na ziemię uważany był za rzecz naturalną i nie budził nadzwyczajnego niepokoju. Powszechna była wiara, iż po śmierci gospodarza w gospodarstwie nie będzie się już wiodło pomyślnie – dusza zmarłego może sprzeciwiać się przejęciu gospodarstwa przez nowego gospodarza, pszczoły mogą zginąć w tajemniczych okolicznościach, zwierzęta będą zdychać, ziemia nie będzie już tak urodzajna, gołębie odlecą. Zmarli powracający po śmierci do domostw zachowują się w nich tak jak za życia, stąd widywano zjawy snujące się po budynkach gospodarskich i wykonujące różne prace. Zmarłe matki, pozostawiwszy na świecie swe małe dzieci, miały rzekomo odwiedzać je i pielęgnować jeszcze przez długi czas po swojej śmierci. Karmiły swoje dzieci, przebierały, kołysały – robiły to, co każda matka. Często dbały o dzieci, mimo iż miały one macochy. Wierzono również, że zmarli mogą upominać się o bliskie im przedmioty pozostawione na tym świecie. Najczęściej pojawiający się zmarli przestrzegali rodzinę przed mającymi się wydarzyć złymi zdarzeniami rodzinnymi. Zmarli mogli również zjawiać się po śmierci jako upiory, strzygonie, wampiry – postaci, które jednak nie były pożądane w świecie żywych i zwalczono je na różne, często magiczne, nierzadko drastyczne, sposoby.

Żalniki i cmentarze

U dawnych Słowian miejscem grzebania zwłok były „żalniki”. Słowiański zwyczaj grzebania ciał wiązał się pierwotnie ze składaniem duchowi zmarłego ofiar, a rytuałem ofiarnym w owych czasach zajmował się tzw. żyrzec (żerzec). Obecna nazwa cmentarz jest tylko spolszczeniem łacińskiego wyrazu „cimentarium”. Po wprowadzeniu chrześcijaństwa ciała zmarłych zaczęto grzebać przy kościołach, wtedy do powszechnego użycia wszedł wyraz cmentarz – jako poświęcone miejsce pochówku chrześcijan. Natomiast pogańskie miejsca pochówku utrzymały nazwę „żalów”, „żalników” – miejsca żalu dla rodziny i przyjaciół zmarłego. Kościół katolicki sukcesywnie zwalczał pogańskie zwyczaje chowania zmarłych w polu lub lesie. W mocy synodu wileńskiego z 1744 roku za pochowanie ciała w wyżej wymienionych miejscach, zabraniano winnemu wstępu do kościoła na trzy miesiące. Z czasem cmentarze, ze względów sanitarnych, zaczęto przenosić poza obręb miast.

 

Opracowanie: Ilona Gumowska, Piotr Lasota

 



Tekst niniejszy został opracowany głównie w na podstwawie książki Zwyczaje pogrzebowe ludu polskiego A. Fischera, oraz tomu XVI i XVII Dzieł wszystkich O. Kolberga obejmujących Lubelskie. Fragment dotyczący pieśni pogrzebowych powstał w oparciu o artykuł Polskie pieśni pogrzebowe prof. J. Adamowskiego, zamieszczony w „Twórczości Ludowej” 1994, nr 3–4.

Rozmówcy


Zofia Chołaj – Z.Ch., ur. w 1924 r. w Bobowiskach, gmina Markuszów. Nagranie – Magdalena Wójtowicz,  2010.
Czesław Maj
Cz.M., ur. w 1923 r. w Motyczu, gmina Konopnica. Nagranie – Piotr Lasota, 2011, Katarzyna Smyk, 2001 – relacja z 2001 publikowana w „Twórczości Ludowej” 2001, nr 1.
Czesława Mitrus – C.M., ur. w 1928 r. w Kozłówce, gmina Kamionka, gdzie nadal mieszka. Nagranie – Magdalena Pietrzak, 2011.
Bronisława Polak  – B.P., ur. w 1935 r. w Konstantynówce, gmina Hańsk, po wyjściu za mąż zamieszkała w Starym Majdanie, gmina Wojsławice, gdzie nadal mieszka. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011.
Janina Woch – J.W., ur. w 1925 r. w Abramowie, gmina Abramów. Po ślubie zamieszkała w Wólce Kątnej, gmina Markuszów. Nagranie – Piotr Lasota, 2011, Magdalena Wójtowicz, 2009.
Cecylia Wójtowicz – C.W., ur. w 1923 r. w Wólce Kątnej, gmina Konopnica, gdzie przez całe życie mieszka. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011. 
Irena Zamościńska – I.Z., ur. w 1929 r. we wsi Częstoborowice, gmina Rybczewice. Od 1944 r. mieszka w Lublinie. Nagranie – Emilia Kalwińska, 2010.

Literatura

Adamowski J., Pieśni pogrzebowe z okolic Biłgoraja, „Twórczość Ludowa”, 1994, nr 3–4.
Adamowski J., Polskie pieśni pogrzebowe, „Twórczość Ludowa” 1994, nr 3–4.
Aries P., Człowiek wobec śmierci, „Polska Sztuka Ludowa”, 1986, nr 1.
Bartmiński J., Dusze rzewnie zapłakały. Odmiany gatunkowe pieśni o wędrówce dusz szukających miejsca wiecznego spoczynku, „Etnolingwistyka” 1998, nr 9–10.
Bogucka M., Staropolskie obyczaje w XVI–XVII w., Warszawa 1994.
Bystroń J., Dzieje obyczajów w dawnej Polsce w. XVI–XVIII, Warszawa 1994.
Decyk J., Ludzki i boży wymiar śmierci w świetle kultu zmarłych, Warszawa 2000.
Fischer A., Zwyczaje pogrzebowe ludu polskiego, Lwów 1921.
Gajda T., Zanikające zwyczaje i wierzenia związane ze śmiercią, „Polska Sztuka Ludowa”, 1986, nr 1–2.
Kolberg O., Dzieła wszystkie, Lubelskie, t. XVI, XVII, Warszawa 1962.
Kukier R., Ludowe zwyczaje, wierzenia i obrzędy pogrzebowe mieszkańców pogranicza Powiśla Lubelsko-Podlaskiego, [w:] „Studia i materiały lubelskie” t. 2, „Etnografia”, Lublin 1967.
Niebrzegowska S., Dusze na pokucie. Lubelskie opowieści wierzeniowe, „Etnolingwistyka” 1998, nr 9–10.
Olesiejuk F., Zwyczaje i obrzędy ludu Międzyrzecczyzny, Miedzyrzec Podlaski 2000.
di Nola A.M., Tryumf śmierci. Antropologia żałoby, Kraków 2006.
Petera J., Tradycyjne obrzędy i zwyczaje pogrzebowe na Lubelszczyźnie, „Etnolingwistyka” 1998, nr 9–10.
Renik K., O kontaktach ze zmarłymi – ludowe wyobrażenia, „Polska Sztuka Ludowa”, 1986, nr 1–2.
Szromba-Rysowa Z., Uczta pogrzebowa w zwyczajach i wierzeniach ludowych, „Polska Sztuka Ludowa”, 1986, nr 1–2.
Szymańska J., Pieśni „pustych nocy”, „Etnolingwistyka” 1998, nr 9–10.

Powiązane artykuły

Zdjęcia

Wideo

Audio

Historie mówione

Słowa kluczowe