Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Etnografia Lubelszczyzny – magia i folklor magiczny na Lubelszczyźnie

Sfera wierzeń magicznych towarzyszyła kulturze ludowej od zawsze. To niezwykle istotny składnik światopoglądu i egzystencji ludu, który obecnie znajduje się w fazie zaniku. Kultywowana przez setki lat „tradycja magiczna” odchodzi powoli w niepamięć, wraz z powolnym wymieraniem najstarszych mieszkańców wsi.

Spis treści

[RozwińZwiń]

Magia ludowa

Magię rozumieć można jako zespół praktyk i technik opierających się na specyficznym światopoglądzie, celem ich jest spowodowanie pożądanych zmian w otaczającym świecie. Działania te charakteryzują się wysokim stopniem zrytualizowania wynikającym z potrzeby wsparcia ich przez moce „innego świata”.


Praktyki magiczne, czyli czary uprawiały zarówno osoby szczególnie do tego predysponowane (posiadające w opinii społecznej niezwykły dar – moc sprawczą, osobliwą znajomość technik magicznych), takie jak czarownice, czarodzieje, wróżbici, jak i zwykli ludzie, którzy zgodnie z tradycją i przekazaną im wiedzą o świecie stosowali magię we wszystkich sytuacjach życiowych i codziennych zajęciach – pieczenie chleba, rozpoczęcie orki, zbiory plonów, polowanie, hodowla inwentarza itp. Magię stosowano również w okolicznościach pewnego zagrożenia – w niebezpieczeństwie, obliczu klęsk żywiołowych, chorób, w przełomowych momentach życia jak chrzciny, małżeństwo, śmierć itp. Dawała złudzenie kontroli nad światem, życiem, różnymi zjawiskami.
Magia ludowa polega na założeniu istotnego związku pomiędzy człowiekiem a światem zewnętrznym, na wierze w możność oddziaływania na przyrodę przez odpowiedni system praktyk. Jeśli owe praktyki przedsięwzięte są we właściwym miejscu i czasie, za pomocą skutecznych w tym celu przedmiotów, i z zachowaniem koniecznej formy, wtedy pociągną za sobą pożądane następstwa.


Współcześnie magia jest pewnym rodzajem świadomości społecznej i w dalszym ciągu spełnia w obrębie doświadczenia potocznego ważną funkcję systematyzującą i wyjaśniającą. 

 

Folklor magiczny jako składnik kultury ludowej

Folklor magiczny to najgłębszy pokład i najstarszy czynnik kształtowania wzorów życia, współżycia z ludźmi i naturą, wyraz wszelkiej działalności będącej także aktem kulturowym. Towarzyszył on zawsze człowiekowi w różnych okolicznościach życia, tak osobistego, jak i gospodarczego oraz społecznego, stwarzając iluzję panowania nad nieznanymi siłami poprzez rytualne słowo i działanie; specyficzny dla określonych okolicznościowych aktów zamówieniowo-zaklęciowych, polegających na odwróceniu zła (czarna magia) i przyswojeniu dobra (biała magia), choć czasem celem było osiągnięcie efektu odwrotnego. To nieodłączny składnik kultury ludowej, towarzyszący mieszkańcom wsi od zamierzchłych czasów.


Magia ludowa jest pewnym pozatechnicznym działaniem na świat zewnętrzny, a więc na człowieka, zwierzę, roślinę czy przedmiot. Oddziaływanie to może być bezpośrednie i wówczas mówimy o magii naturalnej lub pośrednie – przez wezwanie czy też zmuszenie do działania sił demonicznych, które następnie wywołują pożądany skutek. Magia naturalna jest bardziej pierwotna i prosta, magia oddziałująca na duchy jest już formą wyższą, opierająca się na koncepcji świata rządzącej przez siły ponadnaturalne.


Światopoglądu ludowego nie można oczywiście w całości nazwać systemem magicznym, ale niektóre jego elementy czy płaszczyzny kontynuują magiczną wizję świata. Należy do nich niewątpliwie słowo wypełnione mocą. Słowo, które jest bytem realnym, ma realną moc oddziaływania na świat fizyczny – może powodować w nim zmiany, stwarzać nowe stany rzeczy. Światopogląd magiczny przypisuje słowu moc kreacyjną – jest ona konsekwencją ontologicznego statusu słowa i charakteru jego związków z rzeczywistością.

 

Moc słowa i czynu w folklorze magicznym

Zaklęcia, zamawiania, uroki i inne zabiegi, zawierały olbrzymie przekonanie o wartości słowa, jego boskim i cudotwórczym pierwiastku. Owa magiczna część folkloru często była wiązana z zabiegami leczniczymi, sprawami miłosnymi, zapobieganiem różnych niechcianych sytuacji itp. Były to wypowiedzi z samej zasady zastrzeżone, dla wybranych – czarodziejów, wróżbitów, znachorów, „mądrych bab”, przekazywane pod warunkiem zachowania tajemnicy, zazdrośnie chronione jak wszystkie pierwotne zabiegi magiczne. W związku z ich tajnością, niewiele dostało się do materiałów etnograficznych, to chyba nadal najmniej zbadana cząstka folkloru.


Lud uważał, że same słowa, a nawet myśli mogą osiągnąć zamierzony skutek. Skuteczność danej akcji magicznej zostaje wzmocniona dzięki temu, że przy jej wykonywaniu jednocześnie opisuje się ją lub wyraża w słowach. Taka niezachwiana wiara w moc słowa prowadzi do rozwoju wszelkiego rodzaju zamówień.


Wypowiedź magiczna posiada trwałą spójność wewnętrzną, wygłaszaniu słów towarzyszy wiara w ich siłę sprawczą, czyli wiara w zamawianie. Lecz tekst słowny w folklorze magicznym to tylko część pełniejszego scenariusza, któremu jest podporządkowany, z kolei cały obrzędowy scenariusz podporządkowany jest określonej, konkretnej sytuacji. Wykonawca rytualnej roli, przewidzianej w scenariuszu, w mniemaniu własnym i powszechnym w danej społeczności, obdarzony jest władzą kreatora – oczekiwano, iż po wykonaniu aktu nastąpi spodziewana zmiana (przestanie bądź zacznie padać deszcz, opuści człowieka określona choroba lub lęk itp.). Ów scenariusz znamienny jest dla starych wierzeń  i zwyczajów, obecnie z braku wykonawców zanika. Z całego scenariusza szanse przejęcia może mieć tylko rytualny śpiew, akceptowany ogólnie jako motyw folkloru, odpowiadający też modą kultury pop.


Dzieje magii ludowej to także historia poszukiwania skutecznych technik i środków zaradczych. Czasem zabieg „zaczarowania” odbywał się bez słów, zawarty był w samym scenariuszu magicznych działań, kiedy indziej cała moc sprawcza zamykała się w wypowiadanych słowach, którym nie towarzyszyło żadne działanie. Te zamówienia można określić jako psychotropowe, działające uspokajająco na psychikę ludzką. Osoba, o której sądzono, że dysponuje „specjalnymi” mocami raczej nie zatrzyma burzy ani nie sprowadzi deszczu, ale człowiek mógł pokładać w tym akcie jakąś nadzieję, szukać w nim pewnego uspokojenia, wierzyć, że jest jakaś szansa. Było to o wiele lepsze niż poczucie niemocy i bezradności. Są również wypowiedzi przystosowane do leczniczego działania, które wpływają na psychikę jednostki porażonej strachem. Jeśli dana osoba po przodkach odziedziczyła sprawną sztukę magii, wówczas we własnym scenariuszu stosowała równocześnie sprawczą siłę wypowiadanych słów i sprawczą technikę, np. nastawiania nogi, wierzyła w skuteczność tego związku. Zamówienie na przestrach niemal całą swą moc opiera na słowach, a więc musiały to być słowa wyposażone w siłę sprawczą, mogące rzeczywiście uspokoić przestraszonego, skoro tak długo utrzymały się w tradycji.


Wypowiedzenie słowa w praktyce magicznej jest jednoznaczne z przywołaniem nazwanego. Z tego powodu pewne kategorie słów zostają objęte tabu, aby przez nieuwagę nie sprowadzić nieszczęścia do świata realnego, ludzkiego.

 

Składniki światopoglądu magicznego

Wierzenia – najkrócej ujmując wierzenia są to poglądy i wyobrażenia utrwalone w mitach o istotach i zjawiskach nadprzyrodzonych, obecnych w przyrodzie i rządzących nią, decydujących o ludzkim życiu i losie. W polskich wierzeniach ludowych wątki chrześcijańskie łączą się z elementami wcześniejszego, magicznego, fantastycznego pojmowania świata, racjonalna obserwacja łączy się z niczym nieskrępowaną wyobraźnią. To poglądy i przekonania o występowaniu w przyrodzie i życiu ludzkim zjawisk nadprzyrodzonych. Gdy poglądy zgodne są z zasadami wyznawanej religii, wtedy mówimy o wierzeniach religijnych, jeśli natomiast zachodzi niezgodność, mówimy wtedy o wierzeniach magicznych, przesądach lub zabobonach. Pierwiastki wierzeniowe odgrywają w każdej kulturze ludowej, w każdym folklorze rolę niesłychanie doniosłą, bez ich znajomości niezwykle trudno zrozumieć świat owych kultur. Wierzeniu zazwyczaj towarzyszy jakaś wskazówka, która mówi, co należy zrobić, aby osiągnąć jakiś wynik realny.


Wierzenia dotyczyły różnych sfer życia człowieka. Dzięki nim próbowano w pewien sposób tłumaczyć i interpretować rzeczywistość. Częstokroć połączone z nimi działania magiczne miały zapobiegać bądź też odwracać skutki ingerencji sił nadprzyrodzonych.


Zabobony i gusła to wierzenia i praktyki, relikt magicznego myślenia i działania, uprawiane przez jednostki i grupy społeczne, uznawane za przejaw tradycjonalizmu, niskiego poziomu wiedzy i rozwoju kulturalnego, potocznie określane jako „ciemnota”. Zabobonem jest np. wiązanie czerwonych tasiemek od uroków czy stosowanie cierni, smoły, kredy i wody święconej w walce z rzekomymi czarownicami. Zabobony wynikały ze specyficznego pojmowania świata, który często był niezrozumiały, próbowano więc w jakiś sposób go ogarnąć i usystematyzować, aby móc choć w niewielkim stopniu zapobiegać niepożądanym sytuacjom.


Przesądy to potoczne, irracjonalne, nieusystematyzowane, chaotyczne poglądy, wyobrażenia, oceny, zakazy i nakazy, utrwalone w stereotypie, przyjmowane bardzo stanowczo i bez należytego uzasadnienia, niepoddające się racjonalnej argumentacji, niesprawdzalne empirycznie, oparte na błędnych przesłankach i wnioskach, zazwyczaj niezgodne z faktami. W kulturach tradycyjnych przesądy wynikały ze swoistej wizji świata i interpretacji rzeczywistości. Były nieodłącznym, fundamentalnym elementem wiedzy ludowej, w której empiria łączyła się z magią, rzeczywistą wiedzę i racjonalną obserwację weryfikowały wierzenia i mity. Zdolność oceny związków przyczynowo-skutkowych była więc ograniczona. Zachowania i praktyki, które dziś można uznać za przesądne, miały zapewniać ludziom realne korzyści, wywierać wpływ na siły przyrody, zgodnie z nimi współistnieć, kontrolować rzeczywistość i usuwać z niej czynniki niekorzystne dla człowieka – czary, uroki, nieszczęścia. To nieusystematyzowane wyobrażenia, oceny, poglądy przekazywane w wiedzy ludowej z pokolenia na pokolenie. Przesądy wykraczają poza właściwy danej kulturze zasób doświadczeń i rygory logiki, nie stanowią rezultatu przyjęcia konsekwentnego systemu światopoglądowego, religijnego czy magicznego. Praktykowanie przesądów uśmierza lęki przed siłami niedającymi się opanować ani zrozumieć lub ma na celu pozyskanie z realnym skutkiem przychylności tych sił. Sądy i zachowania określane jako przesądy w odróżnieniu od obrzędów nie muszą się przejawiać publicznie i uroczyście, dlatego więc nie podlegają nigdy pełnej kontroli społecznej. Przesądy ujawniały się niemal w każdym aspekcie życie codziennego, były stałym elementem kultury, przyjmowano je bezkrytycznie, niejako automatycznie, bez głębszego zastanawiania się nad ich autentycznością bądź fałszywością.

 

Magia w relacjach – uroki na Lubelszczyźnie

Uroki to różnego rodzaju formuły słowne, gesty i różne irracjonalne praktyki, wynikające z myślenia i działania magicznego, a przede wszystkim wiary w magiczną moc słowa, spojrzenia, mogące rzekomo wywierać wpływ na ludzi, zwierzęta, rośliny, świat zewnętrzny. Znane powszechnie powiedzenia „rzucać urok”, „zauroczyć”, „zadać urok” oznaczają niezwykłe, wywołane przez uroki stany fizyczne, psychiczne i emocjonalne. W tradycyjnej medycynie ludowej uroki uważane były za główną przyczynę wielu chorób u ludzi i zwierząt. Tradycja ludowa dysponowała wielkimi zasobami środków i sposobów przeciwdziałających urokom, znanych jako „odczynianie uroku”. Należą do nich różne formuły słowne, odliczanie „na wspak”, przekraczanie chorego przez pierworodne dziecko, różne praktyki magiczne z użyciem m.in. rozpalonych węgli wrzucanych do wody, roztopionego wosku, okadzanie dymem z poświęconych ziół itd.


Ludzie mogą świadomie lub nieświadomie rzucać urok poprzez spojrzenie, niektórzy mieli również „ciężką rękę” – szkodzili przez dotyk. Według podań osobą mogącą rzucać urok staje się najczęściej dziecko, które zostało odstawione zbyt wcześnie od piersi i nie potrafiło przystosować się do nowego sposobu pobierania pokarmu, więc na powrót było karmione piersią.

Kiedy dziecko stawało się urokliwe
A to babcia ta zawsze mówiła, jak dziecko pierś ssie jest odsadzune i późni jak jeszcze płacze i matka mu da z powrotem, to jest takie dziecko, które późni jest urokliwe. Tak starsze ludzie mówiły. Ja tak powtarzum takie rzeczy, co kiedyś usłyszałam.
[Marianna Gajda, Zabłocie, 2010]

Najczęściej zauroczenie dokonywało się poprzez „złe spojrzenie” osób, które w społeczności wiejskiej znane były ze swych właściwości, dlatego starano się ich unikać.

Tak, to, to, te uroki. To mówią to ślipy, ślipie takie ma co już z nim to się lepiej nie spotykać, nic nie mówić, bo jak ozionie ślipiami człowieka to jus, to trudno, to albo choroba będzie, albo jaki upadek w domu, to tego […]. Tak, to, to ludzie wierzyli w to, bali się, no bo. A, a może wtedy było takich… takich, co się nie bali i osukiwali drugich. Ale te, na tych wierzeniach, to, to, to tak było. To naród żył z tym
[Czesław Maj, Motycz, 2011]

No były nieraz takie też była tutaj taka niedaleko mieszkała u nas kobieta, która po porostu urzekała. Jak weszła na podwórek, ona może tego nie chciała, ale jak tylko mówiła tak: Yyych, ale prosię – ona przeważnie lubiała wchodzić do obory i na cielę, na prosięta patrzeć jak były małe. Zaraz zdechło. Ona odeszła i zaraz zdechło. Że latało zdrowe i o, tego. Tak hyknęła, to ja byłam koło studni, takich boleści dostałam, że się wiłam z boleści.
[Maria Gleń, Zakręcie, 2011]

Podejmowano również starania, mające na celu zapobieżenie zauroczeniu, w tym celu m.in. zakładano ubranie na lewą stronę, „żeby było coś na opak”:

Ubranie zakładane na lewą stronę chroniło od uroków
Na opak to tak sio robiło, jak dziecko żeby nie urzekło, jak kto takie mioł ocy, to brało sio bluzke, przewrócone, sfeter czy coś na te innu strune, to już nie urzykł. Dziecko to dziecko obłucył żeby kto nie… [...]. Tak to sio przewlokło bluzecke czy tam sukienecke na lewu strune i juz ze urok nie złapał. Było to było, tak obłucyły, jak dzieci wynosiły, jakiś tom sweterek czy coś, żeby nikt nie urzykł, bo kiedyś to bardzo w te urzeki wierzyły, urzeki, że to jak płakało, to ktoś urzykł. To jak wynosiły dzieci, jak miało coś przewlecune, to że nikt nie urzeknie. To było, to już pamiątum.
[Wacława Wiczołek, Bobowiska, 2010]

W mniemaniu ludu jednym z najlepszych i najbardziej rozpowszechnionych zabiegów chroniących przed urokami było wiązanie dziecku czerwonych wstążek:

Czerwone wstążeczki chroniły od uroków
Czerwune wstunżeczki to od uroku, żeby nie urzec, takie w warkocze. E to tak zaplatały, tera cie nikt nie urzeknie. […] w warkocze, w warkoczyki, każdy mioł kokardki ładne, czerwieniuchne. Teraz cie nie urzeknie nikt. Każdy nusił cerwune. Ale nosiły, zaplatały. Tak mówiły: O już teraz cie nie urzeknu!. Kiedyś to każde dziecko miało warkoce, dziewczynka to już zaplatono była, mało tako. Każdy zaplatał, wstążeczki wplatał i tak chodziły.
[Wacława Wiczołek, Bobowiska, 2010]

Również pewne czynności, jak np. wylewnie wody po kąpieli dziecka czy zbieranie suszonych ubranek dziecięcych, należało wykonywać przed zachodem słońca, gdyż w przeciwnym razie można sprowadzić na dziecko urok:

Czynności wykonywane przed zachodem słońca
[…] jak dzieci kumpały, to wody nie wylewały przed zachodem, tylko jeszcze jak słunko było na niebie, bo też mówiły, że uroki dziecko łapie, ale jak to było, to nie robiłam, to nie wiem, ale wiem że tak było. A to tych, jak się uprało takich z dziecka takich to już po zachodzie to już po zachodzie to nie zbirało się, to babka zawse, tylko już wisiało przez noc i na drugi dzień zebrone były, jak nie zebrane były to po zachodzie już się nie zbierało tych szmatów. […] A no bo mówią, że na dziecko już to działało, no.
[Cecylia Wójtowicz, Wólka Kątna, 2011]

Aby nie zauroczyć dziecka lub zdjąć z niego urok, starano się „przenieść” go na jakiś inny obiekt, najczęściej zwierzę, zazwyczaj psa, stąd mawiano „na psa urok”.

Na psa urok
A jak zobaczyła dziecko: A na psa urok! Brzydalu ty! Taki brzydki, tfu, fu jesteś, brzydki! Ło tak żeby cie nie urzeknąć, splunęła tak tfu, to nieładny był zwyczaj, ale. To na psa urok najpierw, żeby na psa urok był, a nie na dziecko, ale tam nie urzekły, nie!
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2009]

Możliwe było również przeniesienie uroku na drzewo – należało wówczas w nowiu księżyca obwiązać chustą zmoczoną wydzielinami chorego (krwią, potem) pień, a drzewo przejmie chorobę.
Na działanie uroku, co wnioskować można już z powyższego materiału, najbardziej narażone były dzieci. Dodatkowo na podstawie przeżyć własnych lub swoich najbliższych potwierdzają to informatorzy:

Kobieta rzuciła na mnie urok
W urok to wierzę, bo mnie urzekła jedna kobieta. Jeszcze byłam panienką, to mnie chłopcy przynieśli prawie na rękach do domu mojego. Wie pan? Nosiliśmy i patrzyła się ta kobieta i już tam ludzie wiedziały. Jeszcze moja koleżanka mówi: Pokaż jej język, bo cię urzeknie. A ja tam nie wierzyłam w żadne gusła. Mówię coś ty? Ja bym język starszej pani od siebie pokazywała? Jakie wychowanie, by powiedziała ja mam? – Ale zobaczysz, będziesz miała boleści brzucha zara. Bo już mnie oziorała – mówi – raz. A mówi: Jak się patrzy na ciebie. Ja pare kroki, Boże! Na wymioty mnie, brzuch boli, a ja przecie nie mogę zwymiotować, brzuch. Jezu kochany. Chłopaki pod rękę mnie, to była niedziela, do domu mnie przyprowadziły. Na podłodze mnie, na chodniku położyli w pokoju i: Ratujcie ma, ratujcie Janowa córkę, bo umiera. Ratujcie.  – A co?A widziała ją ta i ta o kobita. I zaraz powiedziały, że: Będzie ją brzuch bolał. Oziorała ją. No i co? Mamusia zawołała starszego brata ode mnie, trzy razy przeszedł przeze mnie i splunął za każdym razem i nie oglądać się trzeba. I przeszedł, i wody święconej i mi dała się napić, i brat mnie przeszedł trzy razy. I jak ręką odjął. Było tak, to była prawda. To w to wierzę, bo doświadczyłam na swoim ciele, na sobie. To było tak, że i kwiatek urzekła, iii co tam w oborze było urze, urzeczone było i tak było, no.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Zauroczenie małej dziewczynki
Wiesia była tako niedużo, ile miała, może cztery latka, może pińć. […] Pojechaliśmy do Garbowa, ubrałam ją w tego, to było w tygodniu, ale ubrałam ją w taką aksamitową sukieneczke miała bordową, wyszywaną, kokarda na głowie, w no rzymkach, skarpetkach. Wzięła ju ciotka Stacha, wzięła ju poszła nad staw z niu. Poszła nad staw. My później z pola przychodzimy, a łona leży, śpi, ale tako była spocuna i okręcuna sznurkami. Jo się pytamy: co się stało? A łon teściowa mówi: „Poszła Stacha z nią na staw, szła Jędrejkowo, i mówi: Stacha czyjeż to takie ładne dziecko?” – Jak przyszły z nju, jak się zaczeła drzeć, to jej nie mogły rady dać. I ta babcia nawiunzała sznurków, okręciły tymi sznurkami i usneła i to przeszło. Ale tako była spocuno jak nie wiem. No to takie rzeczy.
[Marianna Gajda, Zabłocie, 2010]

Sąsiadka urzekła moją córkę
Była taka sąsiadka, która do mnie po mleko przychodziła, no to urzekła mi moją córkę. Córka miała dwa latka. Wybieraliśmy się do kościoła i, a zawsze moja córka to taką ma jasną do dziś karnację, buzię ma taką jaśniutką, a tu czarne oczy takie piwne i tutaj takie włoski miała ładne, kręcone loki, a jeszcze ja jej uszyłam taką sukieneczkę czerwoną w białe kropeczki, naprawdę jak aniołeczek tak wyglądała. I ta przyszło po mleko. I mówi: Yych, jak ty ślicznie wyglądasz. Ona zabrała mleko i wyszła, to dziecko no piszczało od godziny dziewiątej do pierwszej po południu. Nic nie pomagało. Nie poszliśmy do kościoła z mężem, przyszedł sąsiad, pomagał bawić, nosiliśmy na ręcach, nic nie pomagała. I takaż znowu starsza pani mówi tak że: Weź, znajdź – mówi – oj masz tam – mówi – mieszka niedaleko znajduszka. To znaczy, że nie ma ojca prawda. Panna miała dziecko i to ta dziewczynka. Mówi: Zawołaj ją i niech weźmie na ręce i splunie i coś tam powie. Ja zapomniałam, powinnam była zapisać, ale człowiek był młody, miał te osiemnaście, czy dwadzieścia lat, no to nie przywiązywał wagi. I tylko ta dziewczynkę nie mogę zwołać, ona ma dziesięć lat, jak to dziecko, bawiła się, no wreszcie. Irciu, Irciu – wołam ją. Do dziś żyje, ona w Łodzi mieszka ta Ircia. I tego, i wołam ją. Przybiegła – Co pani chciała?. Ja mówię weź – mówię – Alinkę na ręce i tak i tak powiedz i weź tak spl, chuchnij i spluń. I ona to zrobiła, a ona mówi: Irciu, a gdzie ty byłaś?. Od razu dziecko, no od razu zdrowe się zrobiło. To było autentycznie u mnie po prostu w domu, na podwórzu takie rzeczy były. Także ludzie kiedyś mieli jakieś coś w oczach, że, czy w słowie, czy w oczach, że urzekali.
[Maria Gleń, Zakręcie, 2011]

Powyższe fragmenty relacji sygnalizują ważną kwestię – w jaki sposób można zwalczyć działanie uroku. Zabieg taki zwany odczynianiem jak również zamawianiem, realizuje się poprzez czynności magiczne mające na celu unieszkodliwienie czegoś lub kogoś. Wiedzę na temat metod odczyniania posiadały zazwyczaj osoby starsze – tzw. mądre babki, zielarki, a czasami nawet kobiety, które podejrzewano o bycie czarownicami. Jednym z bardziej znanych sposobów odczyniania uroków było przechodzenie (trzykrotne) nad chorą osobą przez pierworodne dziecko w rodzinie:

Pierworodne dziecko może odczynić urok
[…] to jak pierwszy, kto się urodzi, to te uroki odczynia. Przechodzili przez niego i tak spluwali trzy razy, trza było przez to przejść dziecko i te uroki odeszły. Tak mówili stare, dawniej. I tak było, bo jak ten teścio, Leszka, nie wiem którego złapały uroki, to on tak robili, tak teścio mój robili i przeszło. […] A uroki złapały, to krzyczało, no nie wiadomo co się zrobiło, człowiek się bał, przestraszył się i to mówiły, że to uroki, albo jakieś urzeknięcie, niektórzy tak mówili, że jakieś urzeknięte jest. […] Tak przechodzenie i spluną, pamiętam jeszcze moja mama, to była pierwsza i łuna zawsze mi łopowiadała, że ju wołały i łuna przechodziła przez to dziecko i tak się spluwa. To to pamiętam. Ale i mojego chłopaka, któregoś nie powiem którego, czy Leszka czy Darka, to teścio przechodzili, u nas o tu.
[Kazimiera Gawron, Wólka Kątna, 2011]

Przechodzenie przeciw urokom
No to jak kogoś uroki złapały. To ja pamiętum, tu sąsiadka, to tego to ja przechodziłam z lewej strony na prawu trzy razy. […] No ona wtedy jakiś boleści dostała. I to wtedy tak... Miały takiego psa suchego i podobno ta tego psa zabiła i późni ju takie boleści ujeły. Pierwszu z rodzeństwa, a ja byłam pierwsza. To pamiętum to było w lecie. Łona leżała pod jabłunku i kazały mi przechodzić, to ja taka nie duża jeszcze i tak z lewy struny na prawu, trzy razy. Nie wiem, czy to pomogło? [...] Ona leżała, bo boleści miała. Boleści miała i leżała. Po prostu tak, aż przytomność straciła. I łony zawołały mnie, żeby te uroki odczynić i tak z lewy struny na prawu.
[Marianna Gajda, Zabłocie, 2010]

Wierzono również, że poza pierworodnym dzieckiem w odczynianiu uroku pomóc może również dziecko, które urodziła matka będąc jeszcze panną. Podobną moc miała mieć również dziewczynka, u której nie wystąpił jeszcze okres. Znanym i często stosowanym sposobem w walce z urokami było również okadzanie:

Okadzanie przeciwko urokom
A włosy to, co tak miarkowały kadziły, to święcunu wodu pokropiały. [...] Troszki włosów, żeby zapalić i że to pumogało, ja tego nie pamiątum, ale tak było. […] Jak dziecko płakało czy coś, to przyszła do mieszkania, przyszła urzekła. Może to co i miało. [...] Chore może było. I takie ziela były takie tom zapalały, poświęciły, podymiły koło tego dziecka i że to pomagało. To to było, jo to pamiętum. […] to nie było tu takiej, żeby się tu tego, tylko w dumu, jak tak uznały, że urzeknięte, to odczyniały dymem tym, kadzeniem, kadzeniem. Włosy albo ziele święcone.
[Wacława Wiczołek, Bobowiska, 2010]

Stosowano również zamawianie uroków za pomocą specjalnych modlitewek, które często pozostawały tajne i przekazywane były z pokolenia na pokolenie, rzadko trafiając do obiegu społecznego. Jedna z takich modlitewek brzmi następująco:

Modlitewka na odczynianie uroku
A uroki to też zamawiają. Moja mama umiała te uroki zamawiać. [...] No te zamowe, to bardzo krótka modlitewka jest. To mówiła tak: Obłoki, obłoki zabierzcie z tego dziecka, tam imie musiała wymówić, te uroki, chłopskie pod czapeczke, babskie pod czepeczek, żydowskie pod warkoczyk. Proszę Matkę Boską do pomocy!. I to przeżegnała i to trzy razy tak. I zdrowaś Mario i znowu trzy razy to samo.
[Bronisława Polak, Stary Majdan, 2011]

Pomocne były również pewne rekwizyty – uważano, że zauroczonej osobie może pomóc „coś ze ślubu”:

Coś ze ślubu zapobiegało urokom
Były, były sposoby inne, bo jak tam nieraz ktoś ślubne coś jeszcze jak było, to, to ślubnym tym o tak krzyż zrobili, obkręcili wkoło i to tak ło. I to też pomagało. Coś ze ślubnego, co ślub się brało.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Takim rekwizytem o magicznej mocy sprawczej było również końskie chomąto, przez które przekładano osobę będącą pod wpływem uroku:

Uroki rzucali, moja bratanica po ciotecznym bracie opowiadala, że na nio urok rzucili, był rzucony urok i ona zachorowała, to tak ten urok trzeba było odczynić. […] To tato nakładał chomąt i na konia, i jechał, ten chomąt był aż spocony i ona musiala przez ten chomąt spocony koński przeleźć, to wtedy byla zdrowa. Tak ona mi opowiadala, że takie uroki rzucali kiedyś
[Jan Ignaciuk, Dańce, 2011]

Oprócz ludzi zauroczeniu ulegały również zwierzęta gospodarskie:

Niektóre tak jak świnie to takie były ciekawe, jak to mi świnie rosły, to poszły do chliwa, taki był człowiek niektóry, że nie można go było puścić do chliwa, bo jak spojrzoł na świnie, to świnie jak wariaty się zrobiły, skikały przez płoty, ucikały, a takie był Stacho Jaśków, to wiom, że tak zawsze mówił, że u Smoloka tu tu tego Tadków, to też takie miały, że nie było na nich płota, ale godo, Tadkowo, una tyż taka była gaśnica, zawołała go i mówi: Choć zoboczysz te świnie, co nasze świnie wyrabiają!. I poszedł a uny płot taki wysoki jak prawie jemu po szyje i fiust i go ni ma. I późni ja zaczunem godo pluć na nich takie świnie puśta niech lecu. I mówi późni leżały za jednu desku i urosły nie wiadomo kiedy, no widzis to to pamiętam, to u nas się to dzioło w nasy wsi, no.
[Cecylia Wójtowicz, Wólka Kątna, 2011]

Odczynianie zauroczonych krów
Mieliśmy dwie krowy, wyprowadziłam w pole, jeszcze tam z półtora kilometra. I kiedyś się sadziło po burakach groch, tak tylko buraki w rzundki, tak w poprzek się sadziło. Poszłam tego grochu sadzić, a ona [sąsiadka] sadziła tam. I ona się mnie pyto: Nie macie wy czasem wody, bo mi język całkiem spuchł? – mówie mum. Ale łuna tak przyszła ty wody się napiła i tak mówi: Oj te krowy to musi – a łuny były na koniczynie powiunzane una mówi – te krowy to musi po wiadrze mlika dadzu, bo w koniczynie stoju!. Ja mówie – ile maju tyle dadzu! Łuna zabrała się i poszła do dumu. Myślisz, że te krowy jadły? Nie jadły, ryczały. No i tego posadziłam, zagnałam do dumu, nie mogłam nastarczyć za niomi. Przygnałam do dumu. W południe doić. Ani jedno, ani drugo nie da do siebie dostumpić. Siadłam pod jednu – jak trzepneła wiadro, poliwać przestała, bo to poliwone było. Trzy dni rześmy się mordowali i mamusia i tatuś, bo to krowy dostały. No nic nie radziło. Mojego dziadka babcia w Garbowie to ona zamawiała. […] I łon poszedł, pojechała w niedzielu [...] mówi babciu tak i tak. Czekoj jo ci nawiąże sznurków! No i wis co, ta babcia mnie chciała nauczyć. Umarła w sierpniu, a ja w czerwcu piełłam buraki i przyszła ta babcia do mnie i mówi: Czekaj Maryś jo cie Maryś naucze wiązać węzełków. A jo wtedyśmy mieli mularzy i jo mówie – babciu nie zawracać mi głowy! Jo chce dziś buraków dopleć, kiedy indzi. A mieli ci taku zapaske, jak to kiedyś była takie ze lnu zgrzewne, takie dłuzieńkie troczki. [...] Na rence, na sznurek, na rence, jak ci poprzekładała, dwadzieścia cztery jeden od drugiego w taki łodległości. I wtedy dziadek przywiózł te sznurki i mówi: Weź tak po wymionach i zawiunż im na grzbiecie. I tak zawiunoł. […] Popatrz siadłam pod jednu pod drugu, wydoiłam, nie ruszyła się. I wierze. W to to wierze.
[Marianna Gajda, Zabłocie, 2010]

Znano również inne metody mające na celu uzdrowienie zauroczonych zwierząt:

Odczynianie zauroczonych prosiąt
Jak ktoś urzekł prosięta, to się badało to rzucało się takie węgle z drzewa, tam szło się do chlewika, rzuciło się takie węgle z drzewa [do szklanki wody] i jak te węgle poszły do dna, to znaczy że ktoś świnię urzekł. I wtedy małe prosięta, to się brało takie spodnie męskie i przez nogawicę się przesadzało na opak właśnie trzy razy, a jak już prosięta były takie większe i nie mieściły się to się z tymi spodniami trzy razy na opak obchodziło ich.
[Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2009]

Rzucanie żarzących się węgli na wodę służy rozpoznaniu uroku, wykryciu osoby, która rzuciła urok, albo stwierdzeniu czy dane chorobowe objawy należy przypisywać urokowi. Woda, w której zgasły węgielki zostaje zużyta do obmycia „uroczonego” lub podana jest do wypicia.
Aby zdjąć urok ze zwierzęcia wykorzystywano również magiczną moc, jaką w mniemaniu ludu posiadały wianeczki z ziół wite w okresie Bożego Ciała. Wianuszki palono, a dymem okadzano chore zwierzę.

Wianuszki pomagają chorym zwierzętom
Jak do ocielenia go mąż zawołał, to później nie dała cielęciu ssać, ani wydoić się tylko przednimi nogami na ścianę wyłaziła i tak beczała przeraźliwie, nie daj Boże, myśli pan, przelękliśmy się, ale mój mąż to wiedział, że on ma, mówi: To paskudne oczy ma, po co było go było wołać. I co zrobić? No i co zrobić? Tak samo, okadzona była wianuszkami, te co, rozchodnik ten co ja mam te wianuszki tam w pierwszym tym jak to w Boże Ciało, co w wiankowy czwartek to się święci, to rozchodniku tego ukrzyć na w pudełeczko jakieś i zapalić i krowę po, okadzić jo trzy razy w koło wymienia. I przeszło panie iii i ani, bo ona nigdy nie kopała i ona nigdy nie na ściany nie wyłaziła. Tylko to były takie…
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Natomiast aby chronić bydło przed rzuceniem uroku, przy pierwszym wiosennym wypasie wianeczki zakładano na rogi:

Magiczna moc wianeczków
Wianeczki były robione i jak te wianeczki to jak krowy się wyganiało pierwszy raz po zimie, to te wianeczki były i żeby miały krowy na rogach te wianki, bo znaczyło, że jak ktoś bedzie szed, to spojrzy na wianki, na wianek najpierw, a później na krowę, to nie urzeknie. Tylko pierw na wianek, a potem na krowę.
[Czesław Maj, Motycz, 2011]

W Zabłociu (gmina Markuszów), aby uzdrowić zauroczone zwierzę, stosowano zabieg okadzania wymion dymem z zabitej łaski:

Okadzanie zabitą łaską
A znowu jak zabiły łaskę, jak szczur takie coś, to nazywała się łaska, jak złapały te łaskę, to jak tam krowie spuchło to wymie, to kadziły tu łasku okadziły troche i to wymie miało zelżeć. […] Ususzyły i zapaliły ogień, na takim blaszce i tą łaskę trzymały nad tym i ten dym z ty łaski szedł na to wymie i to się wszystko miało rozejść. To to to jesce moja babcia robiła, nie to tylko moja, nie to, że druga, odczyniała, to się nazywało, że odczyniała, kadziły, te uroki odczynili, ale czy to miało znaczyć to nie wiem na sto procent, bo byłem mały, ale takie to było.
[Henryk Pacek, Zabłocie, 2011]

W sposobach zabezpieczania przed urokami i ich leczeniu dostrzec można kontaminację różnych wpływów i tradycji – dawnych wierzeń pogańskich, swoistej wiedzy i medycyny ludowej oraz tradycji chrześcijańskiej (święcona woda, znak krzyża, modlitwa do świętych). Wszystko to w mniemaniu ludu stanowić miało skuteczną broń przeciwko otaczającym człowieka nadnaturalnym złym siłom, w które na równi z istnieniem dobrych wierzyli dawni mieszkańcy wsi.

 

Magia w relacjach – zamawiania i magiczne formuły

Zamawianie zmierza do usunięcia zjawisk negatywnych, w przeciwieństwie do zaklęcia, czy zaczarowania. Najczęściej stosowane jest podczas chorób tak ludzkich, jak i zwierząt. Funkcjonują tu słowne formuły magiczne, a słowo uznawane jest za czynnik zasadniczy, skuteczny – gdy jest właściwie wypowiadane. Zamawianiami najczęściej zajmowali się znachorzy, znawcy medycyny ludowej, wtajemniczeni przez poprzedników w łagodną magię zamówień, często dziedziczoną od rodziców, bądź najbliższych krewnych.


Magiczne formuły słowne zamówień niekiedy połączone z pewnymi symbolami religijnymi – znakiem krzyża, modlitwą, prośbą o wstawiennictwo patrona – połączone są prawie zawsze z gestami, czynnościami: dmuchaniem, spluwaniem przez ramię, paleniem, nakłuwaniem itp. Zaklęcia miały najczęściej na celu przeciwdziałać złu – chorobom, nieszczęściom, czarom, urokom zwierzęcym i ludzkim, mogły przynosić też różne pożytki – zaklinano np. na dobrą pogodę, urodzaj. Przynieść mogły także skutek negatywny – czarownice za pomocą zaklęcia potrafiły np. odebrać mleko krowom sąsiadek. Bywały również wyrazem kary, sankcji, np. rodzinnej, religijnej.
Często osoby potrafiące zamawiać były ostatnią deską ratunku, do nich zwracano się z pomocą:

Zamawianie wścieklizny
No i to było ciekawe do dziś dla mnie. Był człowiek. Nazywał się Zawada Maciej,  w Sporniaku. I ten człowiek skąś nauczył się i zamawiał wścieklizne. Przecież to dzisiaj to się śmiać chce z tego i na… to lekarze, i zastrzyki, i tego, a wtedy nikt nigdzie nie chodził, bo nie było lekarzy i tego. To pamiętam, że u nas tam przychodził taki sąsiad, ojcu pomagał w robocie. To jeszcze przed wojną gdzie, w Starej Wsi tam. Mały byłem. I przyszedł rano, gryzły się psy w nocy. Jakieś tam psy, bo tych psów było pełno po wsi. To nikt nie szczepił tego, ni co. No, ale na, nasz ten pies był kudłaty, on wziął te, te włosy zaczął mu rozgardywać, zobaczyć te rane, tego. A on z bólu złapał za rękę, przejął, krew się zaczęła lać. No, trzeba do Zawady iść. To ja się pytałem później – jak to było? To piętnaście minut przez zachodem słońca trza było być. I on wstał, a ten pacjent jego siadał na stołeczku i coś odmawiał z książki z jakiejś. I trzy razy trzeba było się za nim przeżegnać. To poszedł ten na, na wieczór to mówi: „Dziś jeszcze prześpisz się u mnie na strychu, tam w, w tego, na słomie, a rano, jeszcze piętnaście minut przed wschodem słońca jeszcze zrobim ten zabieg”. I jeszcze się tam odmodlił nad nim. No to możemy powiedzić, że były gusła. Ale nikt nie zachorował na wściekliznę jak on zamawiał. To przecież ten człowiek by na swoje sumienie nie brał, że może mi się uda, a może mi się nie uda. On zamawiał każdemu. Nie wiem.
Syna, syna jego pytałem się to: „Eee, to – mówi to – co tam dziadek. Nieprawda to. Bajki były”. Zbył mnie. Nie, nie chciał powiedzieć nic. Ale przecież takie rzeczy to powinno się przekazać komuś. No, jak na przykład to jak yyy… krwotok był, człowiek skaleczony był, cy wypadek jakiś to zalecali odmawiać taką modlitewkę: „Niech ta krew ustanie, jak woda w Jordanie, kiedy Pana chrzcili”. I trzy razy splunąć przez lewe ramie. Że to wtedy krew się tamowała. No, tak było dawniej.
[Czesław Maj, Motycz, 2011]

Dawniej porywisty i niespodziewanie wiejący wiatr uznawany był za przyczynę chorób, a jego wywoływanie i działanie przypisywano siłom demonicznym. Mawiano wtedy, że wiatr „trącił” człowieka. Często w zamawianiu upatrywano jedynego skutecznego sposobu wyleczenia osoby „owianej” przez wiatr:

Zamawianie gdy wiatr trąci
Moja mama to umiała zamawiać, nie powiem że nie. To do niej dużo ludzi przyjeżdżało. […] przychodziła do mojej mamy, bo ją wiater trącił, taki wir, jak lata, i tak na niego naszła, czy na nią naleciał, bo ten wir jak lata to wie pani. I ten wir naleciał, wykrzywiło ji buzie mocno. I ona wiedziała, że ta Gusika, to była Gusowa, dała mamie, i ona przyszła i mówiła może ty masz, bo zobacz. Ślina jej bez przerwy z buzi leciała, tak. No i mama mówi, ja mam ale na pamięć tego nie umiem, bo się nie uczyłam i wzięła czytać z ty książki z ty zeszytu co ji przepisała, nad nią, mówi może ci pomoże, bo to koleżanki jakieś tam były. I poszła ta kobita do domu. Następny raz mówi: Już mi ślina nie leci!. A to leciała bez przerwy, buzia tak była wykręcona. I pani trzy razy przyszła, buzia się naprostowała. Jak już trzeci raz przyszła mówi popatrz. Tak. To jak wiater podwiał, to tak ja wiater. I to byli te zamowy, jak mama zmarła i to Nawrotowa wzięła to spaliła. Spaliła, bo mówi sprzuntała, bo mama była z bratową u syna razem. A to co mnie nauczyła, jak jeszcze żyła, to to zostało...
[Bronisława Polak, Stary Majdan, 2011]

Do jednych z bardziej znanych zamówień należą te stosowane na przestrach. Uważano że przestrach spowodować może jakieś zdarzenie, bądź najczęściej zwierzę, pies, kogut itp., którego przestraszy się człowiek, najczęściej małe dziecko.
Ważną i często stosowaną metodą pozwalającą zwalczać przestrach było palenie rośliny zwanej przez lud przestrachem i okadzanie nią:

Okadzanie dzieci od przestrachu
[...] tom kadziły pamiątum takie było ziele, przestrach się nazywał, to jak się szło do Wunwelnicy, to tom na skarpie to tam tego było. Ja się znałom, u nas jakby była staro chałupa, to jeszcze bym ci wyjona i pokazała, ale jak rozebrały, zepsuły, zmarnowały można powiedzieć. Ale jakbym tak mogła jak kiedyś chodzić, to jeszcze może bym napotkała przestrach, bo jo też taki byłam przestrach, przestraszuna, czy czego się bojałam, to nie pamiątum, tylko babka mnie zawse kadzili tom przestrachem, a to to takie były przestrach ten takie były szyszki kolunce, tak jak te, nie wiem czy ty widziałaś, te co te takie macki rosły, uny tak rosły, i u nas teraz nie ma, a pirw to tak były, na piwnicy były takie długie jak, a maćki to są okrungłe, to mnie babka, a gdzieś się przes…, a to sio psa zlakło, przestraszyło się, potem się bojało, abo tom rozmaicie było [...]. A to nie poznałaś się, że uno przestraszune, a to poznało się, bo tom się czegoś bojało, psa się bojało, to tom jakiegoś człowieka się bojało, że uno czegoś się boi przestraszune jest.
[Cecylia Wójtowicz, Wólka Kątna, 2011]

Z rośliny robiono również wywar do picia, dodatkowo noszono przy sobie wełnę owczą, która miała odwzorowywać stan zdrowia przestraszonego:

Przestrach – to wim, że łod serca jest dobry. Zaparza sie herbaty trzy łyżeczek, czy sie kadzi. To ziele to rośnie w leśsie. A w Kraśniku, to sami kobiety wpierw sprzedawali, a tera ja nie wim.
Chory na przestrach tak wygląda, że nie wiadomo, jaki człowiek jest. Zrywa sie w nocy, szed by gdzieś. Jak chtoś tym zielem go uratuje, to dopiro jest dobrze. Dochodzi do przytomności, wi co mówi, co robi, jak śpi, jak żyje.
Leczenie – to ziele przestrach pić i wełne z owiec jednocześnie przykładać. Dzie chto chce. Czy na piersiach, czy po tyle, aby niedaleko serca. I nosić trzy dni, czy tam dziewińć dni. Późni odjąć ji spalić. Jak byńdzie mocno przestraszony, to będzie tak zbita jak sukno, jak towar – ta wełna. Tylko nie trza ji rozdzirać, bo byndzie wchodziło w rynce. Tylko łodjuńć ji spalić ju. Nie wyrzucać a spalić! Ji łuna z człowieka wyciungnie. Bo człowiek na łoczy nie bedzie móg dobrze widzieć, jak wystraszuny taki.
[Feliksa Kiełbowicz, Zdziłowice, 1975, TL]

Często łączono sprawcze działanie  wypowiadanych słów z czynnościami magicznymi i gestami, a całość działania magicznego powinna odbyć się w ściśle określonym miejscu. Ta swoista kumulacja bodźców zapewnić miała powodzenie magicznego zabiegu:

Zamawianie przestrachu u dziecka
Byłam raz we Włodawie, do okulisty siedziałam w kolejce, ale tam przyszli ludzie dwoje też do okulisty, ta żona była też do okulisty, no i dziecko przyjechali wypisać ze szpitala, bo dziecko leży w szpitalu już tyle dwa czy trzy tygodnie i przywiązują dziecko do łóżeczka, bo dziecko taki ma strach, boi się tak. I tak łopowiadają mnie to i tam inne panie słuchają […]. Ja słucham, słucham i mówie do tej pani […] pani, mówie ja, to dziecko pani przestraszone jest. - No tak się boi – mówi – że my z mężem z miesiąc, abo mąż na rękach i boje, boje, i trzyma się dziecko nas albo płacze w szpitalu już z miesiąc czasu, nic już nie pomaga. Kazali zabrać. A ja mówie – pani, tu były kiedyś takie kobiety i mężczyźni, co umieli zamawiać – bo ja nie wiem czy wierząca – to by może pomogło. A gdzie takich ludzi teraz szukać – tak mi mówi. Nic jej nie powiedziałam na to, tylko ona poszła przede mną do okulisty i ten jej mąż wyszedł gdzieś na chwilę, zaraz poszedł do dziecka, a ja tak do ty sunsiadki co tam siedziała za mną: Ja teraz wejdę do okulisty, a pani ji powie, że ja takie coś bym ji zamówiła, takie strachy. I ja poszłam, ona wyszła, i ta pani powiedziała. Czekały dwoje na mnie jak ja wyjde, i skąd ja i co ja. Ja mówie, panie, jak nie wierzycie, to nie pomoże, jakbyście wierzyli, to by może i pomogło. Zapisali sobie do mnie adres, a oni aż z Krzywowierzby byli, przywieźli tego chłopaczka, taki był spory. I mówi: Boi się pani wszystkiego!. Na drugi dzień mąż wstał i tak mu opowiadam, ty już te ludzie są koło nas samochodem z tym dzieckiem. Boże rano, no bo już jim dopiekło to dziecko. Dobra, abyście wierzyli, wierzym w to. Dobra. Wziełam dziecko, zrobiłam, to co wiedziałam, postawiłam, tam gdzie wiedziałam i pani poucinałam te strachy i mówie, jak będzie lepi to na trzeci dzień jeszcze przyjedźcie. No mówią, dobrze. Na trzeci dzień, mówi: Pani jak to dziecko spało nam całe noc, my byli jak w wodzie. My z żoną czuwali całe noc, a on spał, a jak zajechaliśmy do domu, to ono się wszystkiego bało i pająka się bało, i kury się bało, a wypuściliśmy z samochodu, a on za patyka i za kogutem poleciał. Takie jesteśmy zadowolone. No i przyjechali do dwóch trzech razy trzeba. Drugi raz jak przyjechali chcieli płacić, ja mówie, że pieniędzy nie wezmę, bo co ja tu zrobiłam. Och pani, był w szpitalu i do łóżeczka był przywiązany, bo się bał i krzyczał i nic i zastrzyki nie pomagało. To mnie miodu przywiózł jak trzeci raz przyjechali. I to dziecko ponoć było zdrowe, już kawaler do tej pory, może sie ożenił. […] Na progu. Na progu wyjściowych drzwi, i to się nożem, bierze noża i tak: Bede wycinała rogi, nogi, żeby sie strachy nie szerzyli, kości nie łamali, czerwone rozganiali, za Bożą pomocą, przykładowo Grzegorzowi spokój dali, jak to dziecko miało na imie, czy Waldek, czy tam jak, i tak trzy razy, trzy razy, żeby na bory, lasy twardą dębinę, na białą brzezinę, twardą dębinę, tam sobie hulajcie, Grzegorzowi spokój dajcie!. I pani pomogło dziecku. Pómogła, przyjechali później już trzeci raz z dzieckiem, to i ten chłopok taki już wesoły, a tak na początku się bał, mimowoli dziecko, obcy człowiek, jak jeszcze z nożem ku niego.
[Bronisława Polak, Stary Majdan, 2011]

Przestrach próbowano wypędzać również za pomocą jaja – symbolu życia, sił witalnych, płodności, które przelewano nad głową osoby przestraszonej:

Przelewanie jajka na przestrach
[...] jajka rozbijały i przeliwały, no, jo to tego to nie pamiątum o tych tego przestrachu to wiom, co babka mnie kadzili, to też się bojałom tak. [...] jakoś rozbiły żółtka z białkomi i przeliwały nad człowiekiem, przecież nie na niego nie naloły go, tylko nad czomś. Mówiły, że to było pomocne, ale jak to było jo nie widziałam tego, co widziałom, co mnie babka robili, to wiem.
[Cecylia Wójtowicz, Wólka Kątna, 2011]

Przelewano również wosk, który przez przybrany kształt mógł ukazać to, czego przestraszyło się dziecko:

Wylewanie wosku na przestrach dziecka
Jak dziecko przestraszone, nie może spać, zrywa sie w nocy, maleńke dziecko i większe, to bierze sie wosku ze świnconej gromnicy i urżnie sie kawałek i na ogniu rozpuści sie. Wzionść wody nienaczenty ze studni, żeby nikt nie zaczynał! No i przeżegnać sie, pacież zmówić i ten wosk wylewać – dziewięć razy po dziewięć albo trzy razy po trzy. I dopiro wylać. A ten wosk nie będzie czysty. Tam będo strachy rozmaite. Czego dziecko sie przestraszyło – czy psa, czy kota, czy wilka, czy zająca – będzie na tym wosku. Takie będzie jak żywe. I tam wylać ten wosk. A wodo dziecko obmyć – twarz, rece i nogi. I wylać jo – albo gdzie na miedze te wode, albo wylać w trzech drzwiach, gdzie zamykajo sie drzwi. Tu troszki, tam troszki i tam troszki. I dla dziecka dać napić sie tyj wody. I przestanie. I dziecko będzie takie zdrowe jak ma być, jak od lekarza. I ja mówie szczerze, że to prawda.
[informator nieznany, Żuków, 1972, TL]

Spalanie róży
Czynnością owianą tajemniczą aurą, wykonywaną przez stare kobiety cieszące się wysokim poważaniem i szacunkiem mieszkańców wsi była magiczna czynność zwana spalaniem róży. Wymagała ona zaaranżowania odpowiedniej sytuacji, niezbędnych rekwizytów (poświęcona gałązka brzozowa, gromnica, kulki lnu, coś czerwonego – chustka, kawałek materiału) i wiary chorego w możliwość magicznego uzdrowienia w tym właśnie wyjątkowym momencie.

Aj spalanie róży, moja babcia spalała. Oj pół wsi tu przyjeżdżało, a może i z drugi! [...] Lon, taki był lon co sio międliło, czesało, wszystko ładne garśtki. I sio to brało i na stole, tylko nie wiem czy łosiom czy siedom tych gałeczków, takie pączuszki z tego lnu uwiła, o to i na stole położyła i tu różowu taku firanku, coś żeby było taka poszewka różowo czy coś założyło sio na twarz. Siedziała se tu tego, kto przyjechał do tego, siedziła sobie na krześle, na twarz sie położyło. To jo przy tom spaleniu to byłom sporom dzieckom, przyjeżdżały ludzie i ta moja babcia. Gałunzka brzozowo wysuszuno na kredensie, na szafie od kredensu, takie były szafy. Nazywały się jak to nasze nazywały sie, no nie kredens się nazywało, no szafa. I to gałunzka brzozowo była do tego, zażegnało sio, tu gałunzku brzozowu przeżegnała sio babka i paliła na twarzy papuszki. Nieraz się sprzeciwiło od ząbów, zapuchlizna była że jaż, dontystów nie było. I łuny rozumiesz paliły ten lon, te papuszki na twarzy i pył, to pyłnono, bo to przecież lon luny taki ło, jak teraz plastry, to to szło w góre, późni sio to firanko czy co przekręciło i na twarzy, to sio potrzymało, potrzymało tu gałunzku przeżegnało, że to pomagało. A przeważnie to przyjeżdżały ludzie, jak zapuchały, jak zapuchały, łod tych ząbów. Teraz jak ktoś to coś, leci daje zastrzyk, wszystko a w kiejś jak ropa sio robiła, czy zapalonie dziunsła, to wszystko się spalało. Ja przy tym spaloniu to była, ja wszystko wiem wszystko, jak to sio robiło. To sio pyrnono to zapałku, to ta papuszka twarda, tylko czy siedem czy osiem, siedem może tych papuszków na twarzy na firance różowy, coś różowe, coś różowe, czy chusteczka, jak to niebieska na czerwono i że to pumogało. [...] No tak żegnała się, przeżegnała się babcia, późni tą gałuszką, W imie Ojca i Syna i zaczona ta babcia polić. Przyjiżdżały do nas ludzie, jak tylko zapuchł, przeważnie z tu opuchliznu. Jak gdzieś coś nie tak było, to już róże, mówili, że to róża nazywało sio. Oj dostałaś róży, czekoj my zaroz poratujemy. To to jo widziałom kilkanaście razy, wiem jak to sio robi. To sio lon paliło na twarzy, kuleczki takie taki pigułki sio robiło ze lnu i że to pomagała. O to to jo pamiętam dobrze, u nas w dumu to było, robiły. A więcy to ja nie wiem, To żeto róży dostał, teraz to jest zapalenie dziąsłów, zapalenie szczęki tak mówi, a wprzódy to oj róża się wdała, tylko opuchlizna była, ale po mojomu, to ta opuchlizna to byłą od ząbów, od ząbów. Ale tak robiły, że się nagrzało troszki tym ciepłem i że to się rozchodziło.
[Wacława Wiczołek, Bobowiska, 2010]

Symbolika chrześcijańska łączy się tu z tajemną magiczną wiedzą ludową oraz symboliką liczb – ważna była ilość spalanych gałeczek lnu. Len ten powinien być poświęcony w święto Matki Boskiej Gromnicznej (okręcona była nim gromnica).

Na spalanie róży robiło się dziewięć gałeczek z lnu
[…] robiło się dziewińć gałeczek takich ze lnu, jak lon wkiedyś był taki ładny i ze lnu, a jak nie było lnu to i z waty można było robić, ale więcy ze lnu, było dziewić gałeczek po trzy, tak na talerzu się położyło, to mnie to Piotrusiowo ta, ty to nie pamiętasz i nie wiesz, tego Stacha Michałowego ton stryjo, co un na Abramowie żonaci byli, ale późni o tutaj su w Marksuszowie i pumogało. [...] nie daj Boże jak mnie ząby bolały, posłam do Pietrusiowy i mówie, żeby mi spaliły róże no i spalili mi, przyszłam do dumu, tak jak rąku odjun widzisz, coś uno było. […] Trza było czerwunu chusteczke na głowe zarzucić o tu, a takich gałeczków się zrobiło dziewić po trzy i na talerzu się położyło, a jak kto nie mioł i nie dał talerza, to i na stole się położyło, zapaliło się zapołke, a jak ni, to swiczke taku mału, bo zapałka, to raz dwa ci zgasła trzy spaliła, wzionaś podpaliłaś, bzyknono ci do góry i ło tak było, trzy razy wzionaś, bo po trzy było, no i jo samo spalałam, Grześkowo przychodzili, Stefanowa matka do mnie, też mieli zapalenie, to nieraz na twarzy coś takie różyca, czerwono twarz taka sie zrobiła i też mówili, że to trza spolić, ale kto umiał, to spolił, a kto nie chciał, bojoł się to nie chciał, bo godo, boi się żeby nie sparzyć, a to gdzie tom sparzyć, pod to chusteczka czerwunu, była salinówke się na głowe zarzuciło, to to już i jo robiłom. [...] jo to przeżegnałam się aby i nic, nic tam nie mówiłam, bo jo nie słyszłam, żeby Pietrowo co tam mówili, tylko nie bój się nie bój się nie sparze cie, bo człowiek tak się łodchyloł bo to bojoł się.
[Cecylia Wójtowicz, Wólka Kątna, 2011]

Liczba lnianych gałek jest zmienna, jednak zazwyczaj ich ilość odpowiada wielokrotności liczby 3.
Poprzez spalanie róży próbowano zwalczać dolegliwości, które koncentrowały ból w okolicy twarzy – bóle zębów, oczu, zaczerwienienia twarzy (stąd być może nazwa magicznej czynności, gdyż takie zaczerwienienia zwykle nazywano różą). 

Stara babcia spalała różę
[...] ja pamiętam jak było Jasia Pocka wesele, to ja wtedy miałam siedemnaście lat. […] I wisz ja dostałam jakiegoś, nos mi spuchł o tak, ocy mi podpuchły. No i co tu. Tu wesele za tydzień, no ni ma mowy nie pójde. Ale ktoś tam mówi, nie pamiętam kto: „Idź do Samoniowy Kaźmirkowy, to ci różo spali!”. I patrz ja w to wierze, jo w to wierze. I poszłam, poszłam. Tako babcia staro, dziewiędziesiuntke miała. Kazała mi się położyć, na krześle siąść, położyła mi jakiuś czerwone znaczy się coś na twarzy, narobiła z ty gromnicy ze lnu gałek takich. To jo i teraz mam przy gromnicy len. I tego dziewić tych gałek mi spaliła. I mówi jesce: „Czekoj to ci zamówie”. No i poszła tam do drugiego pomieszczenia. Jak ona zamawiała, to nie wiem. […] Ona położyła mi taką czerwono jakoś szmatkę, i on kładła te gałki lnu, podpalała grumnicu i zdmuchiwała to. Jak podpaliła tu mi na twarzy to zdmuchneła, tak żeby to poleciało. I ja późni na to wesele poszłam, to mi zgineło.
[Marianna Gajda, Zabłocie, 2010]

Warto również wspomnieć, iż zamawiania mogą przybierać postać niezwykle rozbudowanych rytuałów słownych, a nawet mieć charakter rozpisanego na rolę obrzędu, jak w przypadku pozbywania się nocnic. Słowom zamawiania często towarzyszą dodatkowe, często bardzo skomplikowane, czynności magiczne, a samej formuły zamawiający przeważnie uczy się w specjalny sposób i trzyma ją w tajemnicy.

 

Magia w relacjach – laleczki

Magicznym zabiegiem stosowanym zazwyczaj „na szkodę” było robienie i podrzucanie tzw. laleczek – prymitywnych kukiełek przypominających lalkę, wykonanych ze szmat i skrawków materiałów, które starano się ukryć w zakamarkach chałupy (pod strzechą, w zagacie, w szczelinach ściany itp.) lub zakopywano na rogu chałupy. Miały one powodować u dziecka tzw. płaczki – dziecko ciągle płakało, na nic nie reagowało, nie można było go uspokoić, przez co dopatrywano się działania sił nadprzyrodzonych. Ważna była przy tym ilość laleczek.

Laleczki
Krystyna Maj: Tak. Jakieś lalecki były podrzucane na, to były szyte lalecki podrzucane i takie były…
Czesław Maj: Dziewięć razy dziewięć było lalecek zrobione z gałganków i jedna to matla była, taka duża lalka. I to był razem zwinięte w jakieś gałgan zawiązane i podrzucone nieraz, tam jak dziecko płaka, jak dziecko u kogo było, to podrzucone było. Jak płakało, albo coś to ta matla musiała być.
Krystyna Maj: […] i to te lalecki były dawane yy robione, znowu ktoś naumyślnie temu. […] Naumyślnie, żeby te dzieci dokuczały, płakały, żeby umierały. Takie były to.
[I to podrzucali gdzieś do gospodarstwa?]
Krystyna Maj: Tak, po, po, tam gdzieś zakopywały w jakiemś rogu którymś zawsze tak, żeby…
Czesław Maj: Albo przy krzyżu, przy, na skrzyżowaniu dróg… zakopywali.
[A widziała pani taką laleczkę?]
Krystyna Maj: No nie? Widziałam.
Czesław Maj: Ja to pamiętam. Widziałem.
Krystyna Maj: No z gałganków uszyte takie laleczki, normalnie, z gałganka zrobiony łepek… [...] Chyba najmniej to trzy było tych lalecek i to…
Czesław Maj: Dziewięć dziewięciu – osiemdziesiąt jeden. […]
Krystyna Maj: Bo te lalecki to trzeba było się na kimś zemścić, to z temi laleckami. Tak. […] no było, było. Ja to widziałam już trzy tylko.
[Krystyna Maj, Czesław Maj, Motycz, 2011]

Lalki powodowały płacz dziecka
A to dzieci jak były małe, na przykład u kogoś, to mówiu tak, że kładły jakieś lalki z gałganków, w mieszkaniu, bo kiedyś gaciły mieszkania, zogate za okiennice, teraz za zogate, a to to słyszałam, mówiły […]. A to położyli te lalki za zogate i dziecko płakało w mieszkaniu, a jak późni ktoś zauważył i wyrzucił, to już dziecko nie płakało […]. Z gałganków, okręciły tak gałgankomi, położyły, żeby dzicko płakało, a uno może jaku chorobe miało, no nie?
[Zofia Zdun, Wólka Kątna, 2011]

Siedem laleczek na płaczki
To płaczki, to nie był księżyc. Myśmy szli w pole, jeszcze z mężem, jak żył, to tego, to u Praźmy, ten Pieter co jeszcze żyje przecież, to jak mógł płakać. No ta matka nie mogła go uspokoić. I do góry, na rękach, miał takie... i to co dzień takie, i to co dzień. Nie wiem przez ile to tygodni. To mówiły, że to płaczki su. [śmiech] A to że tam takie siedem lalki ktoś robi i gdzieś tam za tego do tego sunsiada, jak ma dziecko i tam położy, to późni to dziecko tak krzyczy, ale czy to prowda, to ja nie wiem. […] Siedem takich lalków, jakiś takie nie wiem z czego, musi z gałgonków, no i tam gdzieś podsadzi tam gdzieś pod strzeche, ale tam nie musi gospodorz widzić, bo przecież by mu może nie doł za tego. […] z opowiedni słyszałam, że jak te lalki su, to takie to dziecko bedzie przez pare dni płakać, bez przerwy. I tak szkoda najdzie jednego wieczora, to tak bedzie płakać.
[Zofia Chołaj, Bobowiska, 2010]

Według przekazów liczba laleczek powinna być nieparzysta – najczęściej 3, 7, 9.
Jednym ze sposobów odwrócenia płaczek spowodowanych przez laleczki było odnalezienie podrzuconych lub zrobienie nowych laleczek i wyniesienie ich przed wschodem słońca poza granice wsi na rozstajne drogi.

Laleczki wynoszono na rozstajne drogi
Po trzy lalecki. Słychać było, słychać. Lalecki robiły, płaczki podrzucały to dzieciom. O! Takie jedna była niegrzeczna matka to drugiej, że było dziecko jej płakało, w nocy nie spało, to tych lalecek narobiła, to mnie tam nikt nie podkładał, to je moje dzieci było dobre, grzeczne, nie płakały, ale takie były, że później ta gosposia, co jej to dziecko płakało, narobiła tych lalecek z takich szmatek, byle jakich tych lalecek i na rozstajne drogi przed wschodem słońca wyniosła, porozrzucała te trzy lalecki, każda w swoje strone i w następną poszła, nie obejrzała się i przestało płakać. No i to takie były, ro, taka była, no, pomoc. Ale to była prawda. Też. No i co to to było? Tera nikt nikomu tam płaczków nie podrzuca. A to była prawda, te lalecki były robione.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

A to moja mama opowiadała, że jak dziecko płacze, to robili takie lalki i na rozstajnych drogach kładli, że to dziecko przestanie płakać. Ja to tego nie robiłam, tylko mama mi opowiadał to. […] No lalki z gałganków się robiło tam pare lalek i tam kładło się, że to przechodziło.
[Kazimiera Gawron, Wólka Kątna, 2011]

Kto zabrał laleczki, zabierał też płaczki
Na płaczki to były tutaj u nas znane sposoby i tu je stosowano, wiadomo, dziecko płakało to były jakieś dolegliwości różne, ale że niektórzy powtarzali, że akurat płakało o jednakowej porze, no to że przychodziła jedna pora, to już dziecko płakało, że już na pewno ma płaczki, że już przychodzi taka pora dziecko płacze, to ma płaczki. I wtedy matka, czy tam ktoś z rodziny musiał zrobić takie z gałganków, bo kiedyś te lalki takie gałgankowe się robiło, dziewięć lalek, po trzy te lalki związał do siebie, po trzy i potem razem to związał, czyli jakby dziewięć było ich razem i potem ktoś musiał pójść z domu i rzucić te lalki na rozstajne drogi, czyli tam, gdzie się te drogi się krzyżowały, i on to tam rzucił gdzieś. I dopóki nikt tych lalek nie podjął, to to dziecko jakby miało płaczki dalej. A wierzono, że jak ktoś to podejmie te lalki, to wtedy płaczki, płaczków nie będzie, no zabierze te płaczki.
[Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2009]

 

Inne zabiegi magiczne – relacje z Lubelszczyzny

Leczenie guzów
[…] jak się takie te robiły takie guzy w pachach w tych, ale to to nie wiem z czego to uno się robiło, to kazały robić skrzynie, kto mioł taku skrzynie taku za kufer były takie skrzynie, kto tom mioł kufer czy coś, to trzy razy chlapnuć, otworzyć i chlapnuć tak żeby się zamkneło i znowu otworzyć i tak somo zrobić i to to przepadało, te guzy zginony, to to to prowda, to jo samo wiem samo po sobie, to już tak było.
[Cecylia Wójtowicz, Wólka Kątna, 2011]

Leczenie martwej kości
To mówiły, że martwo kość, że jak jo tego nie robiłam, ale że jak wyrastała, to nieboszczyk był posła, wziona sobie, czy chłop czy kobita, wziona sobie nieboszczyka rąk, no trza się nie boić, no i zażegnała sobie i mówi, że zginona jo to nie miałam tego, to nie będę mówić, ale nie trza się boić.
[Cecylia Wójtowicz, Wólka Kątna, 2011]

Zażegnywanie kością
To mówili takie to chodziła taka jedna pani, ona miała taką kość, to mówiła, że ona trzysta razy święcona, trzysta razy ta kość była święcona, to już taka była wyczołgana od tych rąk, i una tą kością przeżegnała, to przestał bolić, to jakoś ta choroba, czy brzuch czy coś. [...] Przeżegnała tą kością, przeżegnała to bolunce miejsce i jak tam gdzieś to tego, tak palcem nakreśliła ten krzyż, łod ty kości, że to miało pomagać i una coś tam buziu ruszała, ale co una mówiła przy tym. [...] Przy tym coś mówiła, ale ty tajemnicy nie chciał zdradzić, cy una sie modliła, cy una kogoś wzywała, cy diabła, cy Bogu, to ja nie wiem tego, tylko wiem, że tu kościu to zażegnała tom jesce późni tego człowieka posmarowała, zażegnała go tak, ale jak to jest to to też trzeba by teraz dojść do tego. […] jak una przeszła przez próg to pierwsze, to tak religijne, pochwalony i od razu wiedziała, że ji się tu odpowi wszystko, wyjęła tu kość, powiedziała, że una jest trzysta razy święcuna. Ile to pokoleń jiu święciło, ale już taka była błyszcząca jak ta rączka, każdy chciał tu kość pomacać, ciekawy był ciekawy [...].
[Kazimierz Błaszczak, Zabłocie, 2011]

Przeciąganie koszuli wokół kościoła
Takie były gusła, że jedna na drugą chciała coś tam źle, to w Wielko Niedziele, w Wielko Niedziele raniutko przeleciała w koło kościoła, niesła, obrzucała koszulo tako. Na co to było? Co to za czary były? To już za moich czasów. Obleciała wkoło kościół i ciągnęła koszule chłopsko, że to miał… [...]. Coś, no ale tego nie wiem na co to było. Czy to było na tego chłopa żeby się trzymał domu? Czy to było na kogoś żeby zginął? No nie wiem na co to było. […] Bo ja już byłam na służbie jak to było, to nie dopiero przecież, to już miałam te czternaście lat. Nie wiem co una robiła z to koszulo. Coś tam się chciało komuś zaszkodzić. No, ale uny mi już tego nie powiedziały, bo ja się nie pytałam po co, ale widziałam jak latały.
[Krystyna Maj, Motycz, 2011]

Leczenie zaognionej rany
Jak to taka rana, że dłuższyj czas, że rok bedzie gdzieś, czy na nodze, czy na ręce, taka rana, że lekarz nie pomoże, to mówio, że to włos tam zaszed. I tak piecze taka rana długo, że nie do wyleczenia, to trzeba wypłukiwać. Dziewięć kłosy wyrwać z żyta i przyłożyć do tyj rany. I ciepłoj wodo. I tak wywoływać, wywoływać: „Włos, wyjdź na kłos! Włos, wyjdź na kłos!”. I tak trzeba dłużej, cicho i on wyjdzie i rana sie zagoi. [śmiech] Trzy czy cztery menszczyzny, tak, że już mieli nogi odciąć… Jak Boga kocham! Mieli nogi odciąć, już po jakich lat dziesięć, pitnaście i ja tylko to zrobiła. I tak wyleczyła, że wy nie macie pojęcia. I do tyj pory – już oni poumierali, ale byli zdrowe, nie odczuwali żadnych bólów, żadnych ran.
[informator nieznany, Żuków, 1972, TL]

Zamawianie żółwia
Jak krowa sie wycieli, a nie chce puścić mleka ji cielińcie nie wydoji, to wymie twarde je. To sie tak zamawia – przeżegna sie też, aby „Amyn” nie mówić:
W jimie Ojca i Syna, i Ducha Świntego.
Ty żeś żółw,
mosz dziewińć łbów:
łod dziewińciu do ośmiu,
łod łośmi do siedmi,
łod siedmi do sześciu,
łod sześciu do piunciu,
łod piunciu do cztyrech, do trzech,
łod trzech do dwóch,
łod dwóch do jednego,
łod jednego do nic,
abyś znik,
wyszed z tego wymienia,
a puścił mliko do pożywienia.
A jak kto sobie może życzy, to sie ji paciż mówi. Ji takie wypadki so, że to puszcza.
O ile jest może zapalynie czy zazimbinie, to też lnym podcirać letnim ji tako woda wyjdzie gęsto ji to wodo pocierać wymie.
[Feliksa Kiełbowicz, Zdziłowice, 1975, TL]

O zamawianiu na wodę i kwas chlebowy
Mój tatuś zamawiał liszaji. Ot, wyrzuci sie krosta. Ni jichali do likarzów, tylko przyjeżdżali do taty. I tata zamawiał na wode. I tak ustami [spryskiwał]. I tak było, że gojiło sie i ludzje jichali z okolicznoscji. On już był w starszym wieku. A wtedy tak likarze nie wierzyli o tych liszajach i ludzje szukali takich po wsjach. I pomagało! Tak samo ji krowy. Jak pójdo na pastwisko po lasach ji żmija ugryzje. To już zamawiał na kwas chlibowy. Ludzje jichali, które miszkali blisko lasu ji pasli krowy. Bo już wtedy od żmiji ratunku żadnego nie było. Jak zwiedzili, że tatuś umie to zamawiac, to jichali ji dzjenkowali. I on pomagał ud tego. Jak ktoś ładny, ot, urzeknie jeden drugiego, uroczy to też przyjeżdżali ludzje. I też pomagał. Udmawiał z wody.
[Nadzieja Machnowska, Kostomoły, 1985, TL]

Zawracanie burzy
Moja mama i wiatr zamawiała, i uroki, i strachy, i płaczki. Nawet czasem i burze. Wychodziła, jak była w domu, z to łopato od pieczenia chleba. Wychodziła naprzeciwko burzy na podwórko i coś tam mówiła. No tak, że burza nieraz zawróciła. A jak była w polu a burza szła, to małym palcem z prawej ręki jo przeżegnała i też tam coś poszeptała. I nieraz, no jak ta burza już blisko nad nami, to może sie już nie zawróciła, a jeżeli ta burza tylko wychodziła, błyski były, grzmoty, to wtedy wróciła sie, wróciła. Tak było.
[Bronisława Polak, Stary Majdan, 1994, TL]

Wiara w magiczną moc narzędzi piekarskich wywodzi się jeszcze z czasów pogańskich. Piec u dawnych Słowian miał symbolizować słońce. Wystawienie na zewnątrz łopaty chlebowej czy pociasku miało uchronić przed burzą i gradem. Zwyczaj ten znany jest głównie z Ukrainy. Istnieje pewien magiczny związek między słowami piec, żarzyć – o piecu; a wyrazami piec, przypiekać, parzyć – o słońcu. W wyniku analogii zjawiska te zostały przeniesione na piec i narzędzia piekarskie jako odpowiedniki słońca, żaru, upału. Za pomocą przedmiotów symbolizujących suszę próbowano zatrzymać grad. Praktyki te z czasem straciły swoją motywację i zostały przeniesione na inne żywioły. Nastąpiło również połączenie elementów chrześcijańskich z pogańskimi – łopatę kładziono na krzyż z kociubą, dodatkowo wykładano poświęconą palmę.


Znany był również powszechnie magiczny zabieg „pukania w niemalowane” – wywodzi się on z dawnego kultu zmarłych przodków. Wierzono że dusze zmarłych przebywają w płycie stołu, dlatego gospodarz w razie zagrożenia domu stukał w spód stołu, budząc ich czujność i wzywając do obrony.
Charakterystyczna dla myślenia magicznego była również wiara w tzw. ogniki, błędne ognie. Występowały one zazwyczaj na terenie łąk, pól, cmentarzy, a szczególnie bagien i mokradeł. Wierzenia ludowe podtrzymywały przekonanie, że błędne ognie to duchy ludzi pokutujących po zgonie. Najczęściej utożsamiano ogniki z duchami geometrów, którzy oszukiwali za życia prostych ludzi przy mierzeniu i przydzielaniu gruntów.

Ogniki
[…] ja pamiętam, o tutaj w starej wsi w Motyczu, te błędne ogniki latały. To wieczorami, to myśmy chodzili tam, to było iść, to to wyskoczyło tam pięćdziesiąt metrów dalej. To było pójść tam, wyskoczyło jeszcze tam. To było nieuchwytne coś. Taki no, tłum, kłąb ognia był. [...] to było tam na błoniach przeważnie. Gdzie łąki były. […] Ludzie tłumaczyli, że jak geometra źle zmierzył za życia, to musiał po śmierci zmierzyć dobrze, chodzić po, po ziemi. Tak. I to wtedy tych ogni było. A później…
[Czesław Maj, Motycz, 2011]

Ogniki wiązano również z duszami niegodziwych właścicieli ziemskich oraz ludzi zmarłych bez sakramentów. Spotkanie z błędnymi ogniami może dla człowieka stanowić niebezpieczeństwo:

Światło z bagien
To zawsze mówiono, że z tych bagien czy czegoś, to ogień wychodzi, jakieś świeczki na przykład. Mój ojciec zawsze tak mówił właśnie, że jakieś świeczki z tych bagien wychodzą i biegną tak gdzieś przez pola i jakby człowiek się spotkał z taką świeczką, to by umarł. Że nie trzeba chodzić po łąkach, żeby się nie spotkać. […] Tak mówił, że takie świeczki przeważnie one tam z bagien wychodzą i tak biegną gdzieś tam przez pola.
[Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2009]
 
Współcześnie zjawisko ogników tłuczmy się zazwyczaj samozapłonem gazów, głównie metanu wydobywającego się na obszarach bagiennych z gnijących części roślin. Można tłumaczyć je również występowaniem świecących owadów – świetlików.

 

Postacie związane z magią

Z magicznym sposobem pojmowania świata w mniemaniu ludu wiązały się postacie, które posiadać miały pewne nieosiągalne dla ogółu zdolności. Znały one rytuały, zachowania i czynności magiczne, dzięki którym mogły pomagać lub szkodzić. Do grupy tych osób należały m.in. tzw. mądre babki, zielarki, znachorzy i znachorki, wróżbici, wędrowni dziadowie, tzw. owcarze itp. Słowa, gesty, rytuały przez nich sprawowane miały mieć moc sprawczą, a ich działanie powodowało zmiany  w realnym świecie.


Znachorki były osobami starszymi, zazwyczaj w jakiś sposób wyróżniały się w środowisku wiejskim, często zachowaniem bądź wyglądem. Zdarzało się, że posądzane były o kontakty z diabłem, który mógł zdradzić im pewne tajniki leczenia, co w mniemaniu społeczności postrzegane było jako czary. Stąd też postać znachorki mogła być utożsamiana z postacią czarownicy. Natomiast tzw. babki, były postrzegane jednoznacznie pozytywnie i cieszyły się szacunkiem mieszkańców wsi. Były to zazwyczaj starsze mężatki, które znały się na ziołach, zamawianiu uroków oraz pełniły funkcję wiejskich akuszerek.
Niektórzy ludzie mieli również moc panowania nad zwierzętami; historie o tzw. szczurołapach są znane i opowiadane w wielu wsiach na Lubelszczyźnie i w innych regionach kraju:

Szczurołap
[…] był znowuż taki przypadek, jak między Uniszowicami a Motyczem był młyn. Yyy taki Kulig Michał miał, kulawy był trochę na jedną noge, po powstaniu, to on to pobudował ten młyn. Ale po sześćdziesiątym trzecim roku to okropna zaraza, plaga szczurów się zagnieździła tu w Motyczu. Że te szczury zjadały wszystko, gdzie co było – zboże, słomę. I, i on… zaraz… i, i w, we młynie też ich pełno było, zabili ich, tego – nic nie pomagało, taka plaga była. Ale przyszedł jakiś gość, też taki owcarz. I ten młynarz Kulig zawołał go do mieszkania, coś tam porozmawiały, porozmawiali i później on mówi: Chodźcie, coś się zrobi teraz. I wyjął taką piszczałkę, fujarecke miał za cholewą i zaczął grać. Jakąś melodię, że tam ludzi było we młynie, to powiedział: Nie wolno wyglądać nikomu. To tam jeden chłopak taki młody sty, stypny był – wyjrzał szparo to, to odwrócił się i pogroził mu, aby, nie wolno! I wtedy jak zaczął grać to zaczęły te szczury wyłazić. To podobno około setki było. I jeden był kulawy, bo go młynarz palnął ćwiercią i w nogę trafił tam gdzieś, kulawy był, szedł na ostatku. I po, wykręcił i poszedł do lasu konopnickiego i mówi: Już więcej nie przyjdą. I nie przyszły. Coś ludzie wiedzieli. Jakieś czary, cy coś.
[Czesław Maj, Motycz, 2011]

Znamienne dla tych opowieści jest to, że niemal zawsze wyprowadzanie szczurów ma miejsce w młynie. Często o posiadanie magicznych umiejętności posądzani byli również sami młynarze.


Z myśleniem magicznym wiązały się również wszelakie wróżby, których cechą według Kazimierza Moszyńskiego jest to, że odpowiedź na pytanie dotyczące niewiadomej rzeczy pada w zupełnej niezależności od jasnego, trzeźwego rozumowania i świadomej woli normalnego człowieka. Dlatego odpowiedź dać musi świat pozaludzki – rzeczy martwe, rośliny, zwierzęta. Jeśli ową odpowiedź może dać człowiek, to może nim być młode „nierozumne” dziecko, osoba chora psychicznie, popadająca w anormalny stan psychiczny; lecz jeśli owa osoba jest człowiekiem normalnym, znajdującym się w normalnym stanie psychicznym, wtedy odpowiedź na pytanie dają te przejawy jego życia wewnętrznego, które dzieją się w nim. Wróżono zwykle na urodzaj, na pogodę, w celach matrymonialnych, aby odgadnąć przyszłość i wyjaśnić zdarzenia z przeszłości. Często do tzw. wróżbitów, nazywanych również wróżami, zwracali się ludzie o pomoc w odnalezieniu zaginionych osób, skradzionych dóbr itp.

 

Zachowania magiczne związane z cyklem życia ludzkiego i światem przyrody

Zachowania magiczne obserwować można również podczas wszystkich ważniejszych momentów w życiu człowieka (narodzin, wesela, śmierci; ważniejszych wydarzeń w cyklu rocznym (świąt, przesileń, żniw – czyt. więcej w cyklu rocznym); podczas groźnych dla człowieka zjawisk przyrody (burze, susze, wiatry); wierzeń dotyczących zwierząt i roślin.

 

Rozmówcy

Kazimierz Błaszczak – K.B., ur. w 1931 roku w Zabłociu, gmina Markuszów, gdzie mieszka przez całe życie. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011.
Marianna Gajda – M.G., ur. w 1928 roku w Zabłociu, gmina Markuszów, gdzie mieszka przez całe życie. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2010.
Kazimiera Gawron – K.G., ur. w 1934 roku w Wólce Kątnej, gmina Markuszów, gdzie mieszka przez całe życie. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011.
Maria Gleń – M.G., ur. w 1933 roku, we wsi Zakręcie, gmina Krasnystaw, gdzie całe życie mieszka. Nagranie – Piotr Lasota, 2011.
Zofia Chołaj – Z.C., ur. w 1924 roku w Bobowiskach, gmina Markuszów. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2010.
Jan Ignaciuk – I.J., ur. w 1928 roku w Dańcach, gmina Hanna. Nagranie – Piotr Lasota, 2011.
Czesław Maj – C.M., ur. w 1923 roku w Motyczu, gmina Konopnica. Nagranie – Piotr Lasota 2011.
Krystyna Maj – K.M., ur. w 1930 roku w Motyczu, gmina Konopnica. Nagranie – Piotr Lasota, 2011.
Nadzieja Machnowska – N.M., ur. w 1920 roku w Kostomołach, gmina Kadeń. Nagranie Jan Adamowski – 1985. Relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL, 1993, nr 1-2.
NN – informator nieznany. Nagranie – 1972, Żuków, gmina Włodawa. Relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL, 1993, nr 1–2.
Henryk Pacek - H.P., ur. w 1945 roku w Zabłociu, gmina Markuszów, gdzie nadal mieszka. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011.
Bronisława Polak – B.P., ur. w 1935 roku w Konstantynówce, gmina Hańsk, po wyjściu za mąż zamieszkała w Starym Majdanie, gmina Wojsławice, gdzie nadal mieszka. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011, nagranie, 1994 – relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL, 1997, nr 3.
Feliksa Kiełbowicz – F.K., ur. w 1907 roku, zamieszkała w Zdziłowicach, gmina Godziszów. Nagranie – 1975. Relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL, 1993, nr 1–2.
Wacława Wiczołek – W.W., ur. w 1926 roku w Bobowiskach, gmina Markuszów. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2010.
Cecylia Wójtowicz – C.W., ur. w 1923 roku w Wólce Kątnej, gmina Konopnica, gdzie przez całe życie mieszka. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011.
Elżbieta Wójtowicz – E.W., ur. w 1949 roku w Wólce Kątnej, gmina Markuszów, gdzie nadal mieszka. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2009.
Janina Woch – J.W., ur. w 1925 roku w Abramowie, gmina Abramów. Po ślubie zamieszkała w Wólce Kątnej, gmina Markuszów. Nagranie – Piotr Lasota, 2011.
Zofia Zdun – Z.Z., ur. w 1935 roku w Zastawiu, po wyjściu za mąż zamieszkała w Wólce Kątnej, gmina Markuszów. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011.

Literatura

Adamowski J., Wierzenia i zwyczaje ludowe z północnych obszarów woj. chełmskiego, „Twórczość Ludowa”, 1997, nr 3.
Adamowski J., Adamowska L., Zamawiania, odczytania, modlitewki, „Twórczość Ludowa”, 1993, nr 1-2.
Brzozowska-Krajka A., Między magią a religią. O modlitewnikach ludowych, [w:] Folklor – sacrum – religia, t. 2, pod red. J. Bartmińskiego i M. Jasińskiej-Wojtak, Lublin 1995.
Bystroń J.S., Dzieje obyczajów w dawnej Polsce. Wiek XVI–XVII, t. 1, Warszawa 1994.
Bystroń J.S., Etnografia Polski, Poznań 1947.
Czernik S., Trzy zorze dziewicze. Wśród zamawiań i zaklęć, Łódź 1968.
Czyżewski F., Sposoby zażegnywania burzy, [w:] „Twórczość Ludowa”, 1993, nr 1–2. 
Engelking A., Magiczna moc słowa w polskiej kulturze ludowej, [w:] Język a kultura, t.1, Podstawowe pojęcia i problemy, pod red. J. Anusiewicza i J. Bartmińskiego, Wrocław 1991.
Engelking A., Rytuały słowne w kulturze ludowej. Próba klasyfikacji, [w:] Język a kultura, t. 4, pod red. J. Bartmińskiego i R. Grzegorczykowej, Wrocław 1991.
Kamiński M., O lokalistycznej interpretacji świata w magii, [w:] Język a kultura, t.1, Podstawowe pojęcia i problemy, pod red. J. Anusiewicza i J. Bartmińskiego, Wrocław 1991.
Karabowicz K., Gusła, przepowiednie i zabobony mieszkańców województwa chełmskiego, [w:] „Twórczość Ludowa”, 1992, nr 1–2.
Kolberg O., Lud, t. 34, Chełmskie.
Kotula F., Znaki przeszłości. Odchodzące ślady zatrzymać w pamięci, Warszawa 1976.
Kossak Z., Rok Polski. Obyczaj i wiara, Warszawa 1958.
Kowalski P., Leksykon znaki świata. Omen, przesąd, znaczenie, Warszawa, Wrocław 1998.
Krzyżanowski J., Szkice folklorystyczne, t. 1, Z teorii i dziejów folkloru, Kraków 1980.
Krzyżanowski J. [red.], Słownik folkloru polskiego, Wiedza Powszechna 1965.
Landowski R., Dawnych obyczajów rok cały. Między wiarą, tradycją i obrzędem, Pelplin 2000.
Moszyński K., Kultura ludowa Słowian, t. 2, cz. 2, Kultura duchowa, Kraków, 1934.
Ogrodowska B., Zwyczaje, obrzędy i tradycje polskie, Warszawa 2001.
Pełka L.J., Polska demonologia ludowa, Warszawa 1987.
Podgórscy A. i B., Wielka księga demonów polskich. Leksykon i antologia polskiej demonologii ludowej, Katowice 2005.
Staszczak Z. [red.], Słownik etnologiczny. Terminy ogólne.
Tomicka J., Tomicki R., Drzewo życia. Ludowa wizja świata i człowieka, Białystok 1975.
Zadrożyńska A., Powtarzać czas początku, cz. I, O świętowaniu dorocznych świąt w Polsce, Warszawa 1985.

Zdjęcia

Wideo

Audio

Historie mówione

Inne materiały

Słowa kluczowe