Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Etnografia Lubelszczyzny - demonologia ludowa na Lubelszczyźnie

Polska demonologia ludowa

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Czym jest demonologia

Mianem demonologii określić można wierzenia demoniczne i związane z nimi praktyki magiczno-religijne. Wierzenia te stanowią istotny składnik doktryn religijnych oraz zajmują określone miejsce w archetypie magiczno-mitologicznych poglądów ludowych na rzeczywistość przyrodniczą i społeczną. To określony zespół poglądów wyjaśniających genezę, istotę i funkcje demonów oraz możliwości i sposoby wykorzystywania lub unikania ich mocy.
Pierwotnie słowo-pojęcie demon oznaczało wyższą, nadnaturalną, bezosobową siłę, pewną moc identyfikowaną zwykle ze złym duchem. Siła ta wywierała wpływ, zazwyczaj negatywny, na człowieka i jego losy. Z czasem pojęcie to zaczęło oznaczać bóstwa niższego rzędu niż ówcześni pogańscy bogowie, następnie terminem tym zaczęto określać istotę pośrednia między bogami a ludźmi. Dawni poganie rozróżniali dobre i złe demony, po chrystianizacji Słowian wszystkie demony (oraz bóstwa pogańskie) zaczęto określać mianem złych. Właśnie w toku procesu chrystianizacji ukształtowało się zjawisko tzw. dwuwiary, które doskonale obrazuje wyobrażenia demonologiczne, będące swoistym połączeniem wątków chrześcijańskich i pogańskich. Dzisiejsze pozostałości wierzeń są więc efektem dawnego synkretyzmu kulturowego, któremu zawdzięczamy  m.in. znaną nam dziś ludową postać diabła czy czarownicy. 

Płaszczyzny pojmowania demonologii

Obecnie wyróżnić można trzy zasadnicze płaszczyzny pojmowania demonologii – potoczną, naukową i teologiczną.
Ujęcie potoczne
Demonologia pojmowana jest tu jako sfera wierzeń w różne istoty duchowe, częstokroć niezindywidualizowane, niekiedy bezpostaciowe. Mają one występować  w otaczającej człowieka rzeczywistości przyrodniczej i społecznej. Istoty te pozbawione są atrybutów boskości, lecz mogą mieć negatywny, bądź pozytywny wpływ na przebieg życia ludzkiego. To sfera określonych poglądów magiczno-religijnych funkcjonujących w sferze świadomości społecznej.

Ujęcie naukowe
Ten sposób pojmowania i rozumienia demonologii przedstawić można w dwu aspektach – religioznawczym i etnograficznym. Jeśli chodzi o koncepcje religioznawczą, mamy tu do czynienia z dziedziną badań nad teoriami wyobrażeń istot bogopodobnych czy antyboskich, ukształtowanymi w poszczególnych doktrynach religijnych. Tu przedmiotem badań są zagadnienia genezy owych wyobrażeń, ich miejsca i roli w danym systemie religijnym, a także uwarunkowań społecznych ich rozwoju, funkcjonowania i obumierania. W przypadku koncepcji etnograficznej, mamy do czynienia z dziedziną badań nad sferą wierzeń ludowych, dotyczących wyobrażeń istot demonicznych, postaci półdemonicznych, a także zjawisk parademonicznych i związanych z tymi wierzeniami praktyk i czynności magiczno-religijnych.

Ujęcie teologiczne
Według tej interpretacji demony nie są tworami wyobraźni ludzkiej, lecz stanowią realnie istniejące byty duchowe, powołane do życia w wyniku działalności sprawczej nadprzyrodzonej istoty boskiej. Tu teologia zajmuje się rozważaniami nad strukturą owych bytów oraz zasięgiem ich negatywnej integracji w życie ludzkie, także możliwościami obrony człowieka przed nimi.

Początki polskiej demonologii ludowej

Polska będąca niegdyś krajem pogańskim, plasuje się w obrębie narodów słowiańskich, u których w tradycyjnym archetypie kultur ludowych, bardzo wyraźnie zarysowują się tendencje do mitologiczno-symbolicznej personifikacji zjawisk i procesów zachodzących w otaczającej nas rzeczywistości tak przyrodniczej, jak i społecznej. Proces poznawczy otaczającego nas świata, który nie zawsze dał się racjonalnie tłumaczyć, poddawany zostawał pewnej interpretacji mającej na celu próbę wytłumaczenia go. Odzwierciedleniem owego faktu w sferze świadomości ludowej stało się ukształtowanie szerokiego spektrum fantastycznych wyobrażeń demonicznych. Cechą polskiej demonologii ludowej jest również jej stosunek do przejętych z religii rzymskokatolickiej wątków wierzeń w diabły i czarownice. W trakcie trwania wielowiekowych działań chrystianizacyjnych wyobrażenia tych postaci przeniknęły do sfery wierzeń ludowych, uległy następnie procesom asymilacji i polonizacji. Następnie doszło do ukształtowania się specyficznie polskich wyobrażeń diabłów ludowych, szlacheckich i miejskich. Stanowiły one połączenie dawnych postaci demonów leśnych, polnych czy błotnych z wizją chrześcijańskiego diabła. Podobnie wygląda sytuacja
z ukształtowaniem się ludowo-chrześcijańskiego obrazu czarownicy.
Mimo upływu czasu, przemian cywilizacyjnych, społecznych i mentalnych wierzenia demoniczne nadal pozostają nieodłącznym składnikiem kultury ludowej, jednakże wraz ze wspomnianymi zmianami ulegają one znacznemu zubożeniu i deformacji, co doprowadzi wkrótce zapewne do ich zaniku w formie, jakiej żyły przez wieki wśród ludu. Wierzenia te zawierają w swych treściach różnorodne aspekty personifikacji poszczególnych zjawisk i procesów występujących w świecie przyrody oraz w życiu społecznym. W swojej mitologicznej wykładni zawierają również pewne wskazania praktyczne, człowiek odwołuje się do nich podczas modelowania, klasyfikacji, interpretacji przyrody czy społeczeństwa. Obecnie polski lud zatracił niemal bezpowrotnie olbrzymią część swych dawnych wierzeń i zwyczajów, zamierających w świadomości społecznej mieszkańców wsi. W reliktowej postaci odnajdujemy je jeszcze w folklorze słownym – baśniach, podaniach, opowieściach, przysłowiach oraz w sztuce ludowej.
Potrzeba poznania, sklasyfikowania i zrozumienia świata była równie silna u wszystkich dawnych kultur, próbowano więc w jakiś sposób „opisać” otaczający człowieka świat, pełen często niezrozumiałych zjawisk i niewytłumaczalnych sytuacji. Niezmiernie ważnym składnikiem światopoglądowym stały się więc z przyczyn naturalnych wierzenia, które współcześnie utożsamiać można z pojęciem demonologii. Człowiek nieznaną mu pustkę wypełnił tworami swej imaginacji. Początkowo wyobrażenia poszczególnych istot demonicznych stanowiły uosobienie zjawisk przyrody, które często były niewytłumaczalne, trudne do zrozumienia, budziły lęk i przerażenie. Za szczególnie groźne i tajemnicze uznawano zjawiska atmosferyczne – pioruny, wiry powietrzne, burze gradowe, zawieje śnieżne itp. Natomiast w tworzonych koncepcjach doktrynalnych rodzących się systemów religijnych, mianem demonów określać zaczęto istoty bogopodobne, częstokroć spełniające rolę pośredników między światem boskim i ludzkim, lub istoty antyboskie, działające na szkodę człowieka..
Najliczniejszą grupę wierzeniową stanowiły demony przyrodnicze, którymi bujna wyobraźnia słowiańska zaludniła lasy i bory, pola, rzeki, jeziora, pieczary, mroczne wąwozy, zdradliwe trzęsawiska, ruiny starych budowli. Tym wyobrażeniom demonicznym nadawano różne postacie - od powabnych dziewcząt, po szkaradne potwory. Prawdopodobnie większość ludowych postaci demonologicznych wywodzi się z czasów pogańskich, z kultury dawnych Słowian. Jednak do czasów współczesnych w wierzeniach ludu przetrwała zaledwie mała część postaci obecnych w kulturze dawnej.

Podziały i klasyfikacje w obrębie demonologii

Klasyfikacja i podział postaci z kręgu demonologii nie jest rzeczą łatwa z racji specyfiki badanego zagadnienia. Spośród kilku propozycji klasyfikacji odwoływać się będziemy do podziału zaproponowanego przez Leonarda Pełkę, który w przystępny, czytelny i logiczny sposób ujął zagadnienie. Postacie charakterystyczne dla danych kategorii, które przetrwały w pamięci mieszkańców wsi przedstawione zostaną w dalszej części opracowania.

I. Demony atmosferyczne
Powszechnie wierzono w nadprzyrodzone siły, które funkcjonowały w przestworzach powietrznych
Siły te miały władać zjawiskami takimi jak tęcze, chmury, wichry, wyładowania atmosferyczne, śnieżyce itd. Za wszystko to w mniemaniu ludu odpowiadały konkretne demony.
Demony wirujące
Gwałtowne wiry i wichury powietrzne uległy w świadomości ludu wiejskiego procesom personifikacji demonologicznej. Zjawisko wiru powietrznego musiało fascynować ludzi i oddziaływać na ich wyobraźnie. Wirowanie wiru, czyli jego „taniec” kojarzony był obrazem wesela – czarciego wesela. Panowała powszechna opinia, że wiry są domeną diabłów i złych duchów, które je tworzą aby zaszkodzić człowiekowi. Na  Lubelszczyźnie wierzono, że wirujący wiatr to taniec diabła, nie wolno się do niego zbliżać, bo może porwać człowieka, unieść w powietrze i cisnąc o ziemię. Z okolic Bełżyc pochodzi opowieść o wydarzeniu z 1824 r., kiedy trąba powietrzna wyłamała znaczną część lasu za Bełżycami - mówiono wtedy, że rozgościł się tam diabeł. Widziano wówczas znacznej wielkości grusze wyrwaną z korzeniami i przeniesioną o kilkaset metrów na pole – nikt nie śmiał tknąć jej siekierą, a rolnik na którego polu leżała przy uprawie roli i siewie omijał ja z daleka. 
Czasami wiry przybierały konkretną postać – czarnego mężczyzny, a najczęściej mężczyzny w eleganckim ubraniu z kapeluszem, bądź ubranego na czarno lub biało. Wiatr mógł również „owiać” lub „trącić”  człowieka powodując chorobę, a nawet śmierć.
W okolicach Bychawy wierzono, że gdy ktoś kosił w polu o zakazanej porze, wtedy pojawiał się wir i rozrzucał snopki. Aby się go pozbyć należało rzucić w niego ostrym narzędziem, np. nożem -  wtedy można było na nim znaleźć ślady krwi.
W okolicach Chełma wierzono, że istnieją cztery tajemne istoty duchowe pod zwierzchnictwem Wiatroduja i sowim dmuchaniem wysyłają wiatry na cztery strony świata.

Latawce
Postrzegane były jako nocne demony powietrzne męskiego rodzaju, najczęściej utożsamiane z takimi zjawiskami jak komety, spadające gwiazdy i meteoryty. Wierzono, że odwiedzają one młode i samotne kobiety, z którymi zażywają rozkoszy cielesnych.
W niektórych regionach latawcami nazywano również złe powietrzne demony rodzaju żeńskiego, wywodzące się z dusz porońców. Utożsamiane były ze zjawiskiem spadających gwiazd. Miały one przybierać postać powabnych dziewcząt i uwodzić mężczyzn, a następnie zabierać im duszę. 
Istniało również wierzenie, że latawce to dusze dzieci zmarłych bez chrztu latające z wiatrem i burzą. Często wyobrażano je sobie pod postacią ptaków, które niekiedy mogły napastować ludzi domagając się ich chrztu. Ich ulubionym miejscem bytowania były figury świętych i krzyże stojące na rozstaju dróg.
We wschodnich regionach kraju w XIX w. dość powszechny był pogląd, że nosząc przy sobie główkę czosnku można uchronić się przed latawcem. Osoba zniewolona przez latawca może wyzwolić się spod jego działania poprzez odpowiednie zabiegi magiczne – np. picie naparu z mieszanki trzech ziół: wonieja, stulika i lastowicznika, należy okadzać nimi także całe ciało, jak również okadzać się dymem ze spalonego suchego łajna świńskiego.

Demony chmur burzowych i gradowych
Uważano że od tych istot w dużym stopniu uzależnione są zbiory płodów rolnych i bezpieczeństwo zabudowań. Do odpędzania chmur burzowych początkowo służyły dzwony kościelne, następnie w tym celu używane były także małe dzwoneczki zwane loretańskimi. Na Lubelszczyźnie podczas zbliżającej się burzy dzwoniono dzwoneczkiem i biegano dookoła podwórza i domu, wtedy burza miała się rozerwać, rozrzedzić i nie wyrządzić krzywdy. Na początku XX w. władze kościelne wydały stanowczy zakaz stosowania dzwonów kościelnych do odpędzania chmur.
Jedną z bardziej znanych postaci z tego kręgu jest płanetnik (szersze omówienie w dalszej części).

II. Demony przyrodnicze
Demony te stanowiły najliczniejsza grupę wierzeniową.
Demony leśne
Demony zamieszkujące rozlegle niegdyś lasy, puszcze i bory przyjmowały rozmaite kształty - ludzkie, zwierzęce, teratologiczne (twór człeko-zwierzęcy) lub były bezpostaciowe.  Występowanie tej kategorii demonów wiązać można ze słowiańskimi wierzeniami, według których  lasy stanowiły obszar przebywania dusz ludzi zmarłych – pogańskie zaświaty. Chrześcijaństwo w duchu tym wykreowało na bazie dawnych wierzeń postać diabła leśnego, co spowodowało proces stopniowego zanikania wątku wierzeniowego w demony leśne.
Demony leśne miały zazwyczaj moc władania nad zwierzyna leśną oraz wodzenia ludzi po lesie.

Demony polne
Oddzielną kategorię istot stanowiły demony zamieszkujące pola. Demony żeńskie mieszkające na miedzach cechowały długie piersi. Poruszały one łanami zbóż, łaskotały i niepokoiły żniwiarzy, trapiły ich jako mary, podmieniały dzieci pozostawione w płachtach na miedzach, hałasowały na polach. Demony polne męskie przybierały postać starego dziada, siadły na piersiach odpoczywających żniwiarzy i dusiły ich. Mogły przybierać również postać psa, wiru powietrznego, bądź też mogły być niewidzialne. 

Demony wodne
Liczna grupę istot demonicznych stanowiły demony wodne przebywające w pobliżu rzek, jezior, bagien, słowem wszędzie tam gdzie znajdowała się woda. Demony żeńskie nocami wychodziły na brzeg, pilnowały skarbów, nękały przechodzących ludzi. Przybierały postacie pięknych dziewcząt, które tańcem wabiły nieostrożnych mężczyzn. 
Z nastaniem chrześcijaństwa zaczęto łączyć demony wodne postacią diabła wodnego, który niejako począł w swojej osobie skupiać i utożsamiać  różne dawne postacie.
Męskie demony wodne zamieszkiwać mają na dnie zbiorników wodnych. Sprawują rządy i piecze nad rybami, mogą przybierać rybie postaci, a jako wiry wciągają ludzi pod wodę, tańczą i swawolą z kobietami. Demony męskie uważane były za groźniejsze.
Demony związane z wodą przybierały zazwyczaj postacie ludzkie, zwierzęce – kot, owca, baran, kudłaty pies, żaba, ptak; teratologiczne – twór człekozwierzęcy, człowiek o bydlęcych nogach, ryba-potwór. Przypisywano im wylewy rzek, topienie ludzi, rwanie sieci rybackich, wywracanie i zatapianie łodzi.
Wierzono, że rzeka Bug ma swojego demona wodnego – jest mały, kusy z rybim ogonem. Gdy wiosną na rzece puszcza lud, nie wolno nad brzegiem przeklinać ani wyzywać głośno, bo diabeł odpowie śmiechem i lud zacznie głośno pękać. Gdy kra łamie się i zaczyna spływać, diabeł siedzi na  niej i pływa po rzece.

Demony górskie
Postacie z tzw. demonologii górskiej w całości niemal należą do omawianych już kręgów wyobrażeń demonologii atmosferycznej, wodnej, polnej, leśnej, jak również do rzędu ludowo-chrześcijańskich istot diabelskich i dusz pokutujących. Dla tego kręgu postaci charakterystyczne jest np. wyobrażenie karkonowskiego ducha gór Liczyrzepka, którego siedziba mieścić się miała we wnętrzu góry Śnieżki, z której szczytu obserwował swe królestwo. Jego władzy podlegały leśne rusałki i duszki, opiekujące się roślinnością górska, a także krasnoludki dostarczające surowców do kopalni i pomagające dobrym ludziom.

III. Demony społeczne
W ludowej demonologii społecznej zarysowały się dwa przeciwstawne kręgi wyobrażeń demonicznych – opiekuńczych demonów losu ludzkiego, domostwa i obejścia oraz szkodliwych demonów nieszczęść, chorób i śmierci. Niemożność znalezienia racjonalnej interpretacji uwarunkowań ludzkiej egzystencji była przyczyną personifikacji demonicznej życia społecznego  i tym samym stworzenia dualistycznego obrazu życia. Istoty nadzmysłowe tym sposobem ze świata natury wprowadzone zostały również w świat ludzki jako uosobienie dążeń i nadziei, losów egzystencji jednostki i społeczeństwa.

Opiekuńcza demonologia domowa -  powszechna wśród ludu była wiara w ubożęta i skrzaty bardzo pomocne dla dobrych i szanujących ich gospodarzy. Znane tu były również postacie diabła-latawca, domowoja i diabła-chowańca, które zabezpieczały dobytek i dobrobyt w gospodarstwie.
Istoty te mogły przyjmować postać zomorficzną – np. szczury, chomiki, węże; postać antropomorficzną – mali ludzie o dużych stopach, mali czarni ludzie z różkami na głowach i z kopytami itp. Mogły pozostawać również niewidzialne. Wierzono, że diabły pomagające w gospodarce przechodziły z człowieka na człowieka – w momencie śmierci konający przez podanie ręki przekazuje swojego diabła następcy. Diabła pomocnika posiadać mieli zazwyczaj ludzie bogaci, którym dobrze się wiodło, często pszczelarze czy młynarze.
Według podań możliwe również było wyhodowanie własnego diabla – należało wziąć jajko od czarnej kury i nosić przez tydzień pod pachą. Po tym czasie z jaja wylegnie się kurczak, a z niego zrobi się diablik.
Gospodarz musiał dbać o demona opiekuńczego sprawując mu m.in. jadło i picie. Najczęściej dla domowego diabła gospodarz sam gotował kaszę jaglaną, często na mleku i nie solił jej, następnie zanosił mu na strych. W wypadku niewłaściwego traktowania istoty te mogły opuścić gospodarstwo i przenieść się do innego, dopuścić do działania złe moce i sprowadzić nieszczęścia, mogły również straszyć mieszkańców.
Na Lubelszczyźnie na określenie demonów opiekuńczych używano nazw takich jak np.: dieduszki, domowyje, domowniki, domowoje, szporuchy.
Duchowieństwo katolickie popularyzowało i upowszechniało również kult istot anielskich, zwłaszcza wyobrażeń aniołów-stróżów, które miały strzec człowieka i pilnować jego domostwa.

Demonologia negatywna – w działaniu demonów upatrywano również wszelakich nieszczęść, cierpień, klęsk żywiołowych i plag. Do demonów wrogich człowiekowi zaliczyć można: demony szkodzące położnicą i porywające niemowlęta, demony duszące ludzi i wysysające z nich krew, demony dręczące zwierzęta hodowlane.
Demony chorób i śmierci
Demoniczna personifikacja chorób (zwłaszcza epidemii) jest głęboko zakorzeniona w tradycjach wielu ludów i kultur. Wierzono, że pojawienie się np. epidemii było spowodowane przybyciem specyficznych istot demonicznych, zwanych często „morowymi dziewicami” - wyobrażano je sobie jako niewidzialne duchy, młode i szczupłe kobiety odziane w białe szaty lub stare szpetne baby. Istniał również pogląd, że choroby mogły sprowadzać czarownice – domniemane po nastaniu choroby wytrwale prześladowano. Również wszelkie dziś już dobrze znane i leczone obecnie choroby dawniej przypisywane były działalności złych demonów chorób, wierzono wtedy m.in. w demony febry, grypy czy wrzodów. (Więcej o leczeniu chorób czyt. w magii ludowej).
Demonicznej personifikacji uległo również zjawisko śmierci.  Przybierała ona zazwyczaj postać kościstej niewiasty z blada twarzą w białym odzieniu, a także postać kościotrupa z kosa w ręku – są to personifikacje nowszego pochodzenia i wywodzą się z kręgu religii chrześcijańskiej. Nie wiadomo dokładnie w jaki sposób śmierć wyobrażali sobie dawni Słowianie.

IV. Zjawiska parademoniczne
Zjawiska parademoniczne wykraczają poza tradycyjne pojmowanie istot demonicznych, jednak nie sposób ich pominąć w kontekście omawianego zagadnienia i zgromadzonych relacji. Do rzędu wyobrażeń parademonicznych zaliczyć można:
1. Strachy bezpostaciowe, często określane jako „coś”. Niepokoją one człowieka, wzbudzają poczucie lęku i strachu. Strachy te ujawniają się poprzez różne odgłosy jak np. stukanie, skrzypienie, kroki, odgłosy itp. Często odgłosy te traktowane są jako sygnały mających nadejść nieszczęść i przestrogi.
2. Zjawy i mary (widma) przyjmujące najczęściej antropomorficzna postać kobiety, dziecka, rycerza itp. Czasami widma przyjmowały również postacie zoomorficzne. Nie są groźne dla człowieka, ale budzą lęk i trwogę.
 
W kulturze ludów słowiańskich zjawiska parademoniczne były silnie zakorzenione, a właściwy ich rozwój wiąże się z przenikaniem do pogańskich wierzeń chrześcijańskich wyobrażeń o błąkających się i pokutujących duszach. Na tym gruncie ukształtowały się ludowo-chrześcijańskie wierzenia o strachach, duchach, widmach i zjawach. Wciąż funkcjonuje mnóstwo opowieści o straszącym „czymś”, co najczęściej straszy w pewnych szczególnie predysponowanych do tego miejscach –opuszczonych domach, cmentarzach, rozstajach dróg, samotnych drzewach, miejscach samobójstw itd.   Dla omawianego zjawiska bardzo charakterystyczną i dającą się wyodrębnić grupę stanowią duchy i widma straszące na zamkach. Często duchy te były identyfikowane z konkretnymi postaciami historycznymi.
W kontekście zjawisk parademonicznych najczęściej przywoływana jest postać ducha – w koncepcji religijnej duch, to istota nadprzyrodzona, pozbawiona ciała, bezpostaciowa, bezwymiarowa, obdarzona rozumem. Duch traktowany bywa często jako synonim duszy ludzkiej pojawiającej się po śmierci człowieka w miejscach, które darzył za życia szczególnym przywiązaniem. Często pojawianie się w określonym miejscu było rodzajem pokuty, bądź podyktowane było koniecznością dokończenia spraw, prac i obowiązków nieukończonych za życia. W ujęciu potocznym, ludowym dusze i duchy straszące ludzi to istoty półdemoniczne wywodzone od dusz ludzi zmarłych. Mogą szkodzić ludziom żyjącym i nękać ich.

Duch kobiety
To mówiu, jak tam gdzie starszało, gdzie śtukało, były strachy, tata opowiedał. Na Korytkowie uny tam gdzieś robiły, tam było takie stare budownictwo, to zawsze coś tłukło. Mówi przenocujta się, ale mówi nie bujta się, tu mówi tak cuś tłuce. No i coś tam było, no i tak nieroz jak tak tłukło, bo tam jedna... a potem posły do tej chałupy a tem takie niby było wypolune, niby takie jak coś tak tego. A tem była tako kubita co przedła, bo downo to się przedło, tam kumuś się przedło, ktoś tam zamówił, nie wiem czy tam widzieliście jak się przedzie, jak te młutki tego to... Ji łuna przedła i zawsze ukradała tego troche lnu se dla siebie, bo to nie było, to ło łukradła se, to późni dla siebie se motek uprzedła i se sprzedała. I po śmierci musiała to doprzudać.
[Janina Oleszek, Kocudza III, 2011]

Strachy w stawie
No ja tego to nie widziałam, tylko słyszałam, że na tym stawie tutaj co przy pałacu … tu był taki staw, tam się często, ze cztery osoby chyba utopiło, to tam mówiły, że straszy jakiś potopielec, ale ja go tam nie widziałam. To, to, to mówiły, że jak ktoś przechodził, to a to światło było, a to pies tego i tam...z tego... […] raz mówiły, że tak jak pies czarny.
[Czesława Mitrus, Kozłówka, 2011]

Postacie z demonologii

Przechowywany w pamięci najstarszych mieszkańców wsi współczesny obraz demonologii jest zaledwie reliktem dawnych wierzeń, małą częścią utraconego bogactwa kulturowego. Postacie z kręgu polskiej demonologii ludowej przynależą do licznej rodziny słowiańskich wyobrażeń demonicznych, o których pierwotnym kształcie posiadamy zaledwie fragmentaryczną wiedzę. Pierwotnie między postaciami występowały zasadnicze różnice pod względem przypisywanego im rodowodu, wyglądu, zakresu działania oraz stosunku do człowieka. Z czasem pod wpływem przemian społecznych i religijnych różnice te uległy zatarciu. Polska demonologia ludowa to w głównej mierze efekt synkretyzmu słowiańsko-chrześcijańskiego. Poszczególne wątki wierzeniowe uległy różnym dalszym przeobrażeniom i przewartościowaniom.
Pustka nieznanego wypełniona została tworami imaginacji ludzkiej. Początkowo wyobrażenia danych istot demonicznych stanowiły uosobienia tajemniczych zjawisk przyrody, często dla człowieka niezrozumiałych, budzących lęk i przerażenie, jak np. groźne zjawiska atmosferyczne. Natomiast w koncepcjach doktryn rodzących się systemów religijnych mianem demonów zaczęto określać istoty bogopodobne, często spełniające funkcje pośredników między światem boskim a ludzkim lub istoty antyboskie szkodzące człowiekowi. Wydaje się, że w wierzeniach ludowych przetrwały gównie te istoty świata nadzmysłowego, których włączenie do nowego systemu wierzeniowego (chrześcijaństwa) było łatwiejsze dzięki modyfikacji ich pochodzenia oraz zmianę z ludzkich zachowań magicznych na magiczno-religijne.
W opracowaniu przedstawione zostaną postacie, o których  wyobrażenia najdłużej przetrwały w kulturze ludowej, o których nadal usłyszeć można opowieści – pełne wiary i autentyzmu przeżyć, subiektywnie prawdziwe, choć racjonalna ich ocena może podpowiadać coś innego – nadal trwają.


Czarownica
Popularność (głównie chrześcijańskiej) wizji czarownicy zawdzięczamy głównie okresowi odrodzenia i kontrreformacji, wtedy właśnie wyraziście nakreślono jej postać i związki z samym diabłem, zapłonęły również stosy na których palono kobiety podejrzane o czary.  Polska dość długo pozostawała krajem bez stosów, a pierwszą rzekomą czarownice spalono na stosie w 1511r. w Waliszewie koło Poznania. Taka wizja czarownicy (pochodząca z Europy zachodniej) zetknęła się na gruncie polskiej demonologii ludowej z funkcjonującymi tu już pokrewnymi jej postaciami – wiedźmami, jędzami, zielarkami, znachorkami, babkami (które miały moc odczyniania uroków, leczenia chorób, odbierania porodów itp.). Na tym podłożu dokonał się proces kontaminacji obu pokrewnych wątków wierzeniowych, w konsekwencji czego powstała ludowo-chrześcijańska postać czarownicy-wiedźmy.
Powszechnie wierzono w tzw. sabaty, czyli nocne zloty czarownic na tzw. łysych górach, gdzie spółkować miały z diabłem. Zloty te miały odbywać się  podczas nowiu, w pierwszy czwartek po nowiu, w noce majowe, podczas pełni księżyca, albo wręcz przeciwnie – w ciemne, bezksiężycowe noce oraz w wigilię różnych świąt kościelnych. W domu i obejściu czarownicy stale kręcić się miał czarny kot, kruk, oswojona mysz (pijąca mleko z jednej miski z kotem), wąż, ropucha lub sowa. Znaczną aktywność wykazywać miały również w tzw. Dni Krzyżowe.

Opowiadali o takich wypadkach, że na Krzyżowe Dni, to wiedźmy pod mostami siedziały nago, albo na krzyż właziły nago, ale nogami do góry, tak jakoś.
[Wojciech Malec, Bukowa, 2005, TL]

Według wierzeń ludowych  w noc świętojańską czarownice włóczą się po łąkach i miedzach, ciągnąc za sobą po rosie sznury, uzdy końskie lub powązki do cedzenia mleka. Można spotkać je na ścieżkach, którymi zwykle pędzi się krowy na pastwisko i rozpoznać po tym, że wykonują ruchy pozorujące zagarnianie czegoś w podwiązany fartuch, wypowiadają jednocześnie zaklęcia. Po takich praktykach mogą przez cały rok, bez żadnego wysiłku i starań doić mleko ze sznurów, wyciskać je z uzdy końskiej, szmatek, troków od fartucha itp.; zjadać masło i tłuste sery, podczas gdy krowy gospodarskie doją się krwią, marnieją, tracą mleko. W niektórych wsiach Lubelszczyzny wierzono, że czarownica może odebrać mleko krowom dzięki magicznemu zabiegowi – bierze starą bronę z drewnianymi kołkami, stawia przy swojej oborze od strony wschodniej, siada przy niej jak przy krowie, a brony traktuje jak wymię – doi z drewnianych zębów mleko do skopka. Dzięki temu czarownica nie może być spostrzeżona podczas kradzieży mleka. Mogą również ukradkiem wyprowadzić konia ze stajni, poplątać mu i zmierzwić grzywę i ogon, a nawet zajeździć go na śmierć podczas nocnych harców.

Czarownica zabrała mleko
No tu to opowiadał mój sąsiad, już nie żyje, że jak kiedyś tam poszedł, wyganiał krowy tak raniutko i poszedł na grzyby później poszedł to, to  latała jedna kobieta koło tych krów i tak rose tak zbierała rose i tak i chowała w fartuch. „Mówię czy jakie kwiatki może una rwała, czy jakie tam?” Tam mówi: „Krowy uciął, mleko nic nie dały później, krowy mleka nic nie dały.  To tak samo jakoś tam miały tam babcie takie starsze miały znów te leki tam, kadziły tam, to to to te krowy i to przywracało znów, ale to, to były, to kobieta zwykła była z tej wioski i, i to, to robiła przy krowach i mówi: „Stanąłem na brzegu lasu i patrzyłem co ona robi. To coś tak zrywała i koło tych krów i zrywała, i zrywała”. Później chodził, kłócili się, co tam było to. […]  Widział co robi i po co ona to robiła i pytał się: „Coś robiła i krowy mi mleka nie dają. Coś ty robiła i coś ty zabrała?” […] A to kluczy szukała, a to zgubiła klucze. „A coś ty na mojej łące z kluczami  robiła, że koło krów szukałaś kluczy?” To to było, było, było wtedy to. Później u nas to przychodził ten sąsiad, co wieczór, to tam opowiadał.
[Janina Woch., Wólka Kątna, 2011]

Spośród wielu szkodliwych dla człowieka działań czarownica może również rzucać uroki i powodować tzw. płaczki.

Czarownica przynosiła płaczki
O czarownicach mówili, ze zaczarowała dziecko miało urok, bo czarownica przyniosła, na przeciw okna położyła płaczki. Do mieszkania, jak było gdzieś małe dziecko, to czarownica przyniosła płaczki, dziecko płakało, nie mogło tam usypiać, tego, a czy go może brzuszek bolał, to nie wiem, ale czarownica. [...] No takich narobiła takich z gałguna takich laleczek, sześć takich malutkich takich jak palec, położyła, bo tak kiedyś jak kłady.
[Karzimierz Błaszczak, Zabłocie, 2011]

Niektórzy ludzie znali również zwyczaje czarownic i ich moc:

Na łące tańczą czarownice
„Słuchaj – mówi – wiesz co? Tutaj na łące – mówi – tam niedaleko mnie – mówi – to tańczą czarownice”. Mówi: „Widziałam ich – mówi - sześć”. Mówi: „I jeszcze jak ktoś jej tam – mówi – wyjdzie o dwunastej w nocy i im przeszkodzi, to – mówi – krzywdę zrobią”. Mówi: „Ale wiesz, co jeszcze? Żebyś o tym wiedziała. Jak nie chcesz, żeby twoje dzieci rodziły dzieci, to konopnymi nićmi pępek zawiąż, to już dziecka nie będzie miała. Ja swoim powiązałam chłopakom”. I do dziś nie mieli dzieci. „Tylko jeden może – mówi – mieć dzieci. A na co te wszystkie trzech będą mieć dzieci?” – mówi. No, mówi i zaczęła tam tego. Ja jej się wogle bałam, bo ona taka straszna była. Ona sama jakby czarownica wyglądała.
[Maria Gleń, Zakręcie, 2011]

Wierzono, że czarownice posiadały mak, którym mogły usypiać ludzi. Do przemieszczania się w powietrzu używać miały: miotły, łopaty, kija, ożogu (symbole falliczne), mogły również przemieszczać się na zwierzętach – czarnym kocie, ogromnym czarnym kogucie, koźle.  

Jej matka to była czarownica. I użenił sie Wrębiak. Jak sie tu łużenił i łona na ty mietle w nocy. To dwunasta godzina taka jest groźna. I łona na tej mietle przez okienko. Chałupka była jeszcze, jak to kiedyś, stara. Przecież ja jeszcze pamiętam te chałupe. Tak i tym oknem, noji na ty miotle. Jej córka to zobaczyła i zgłupiała.
[Maria Gałczyńska., Korchów, 2006, TL]

Dawniej na Lubelszczyźnie mawiano „Nie wdaj się z tą kobietą, bo ma kozła w oczach” - odnosiło się do ludowych wyobrażeń czarownicy – wyobrażano sobie, że oczy ma na wierzchu, wzrok koźli i przerażający, chód ciężki i gnuśny, mówi chropowatym głosem, nigdy prawie nie jest wesoła, ma szyderczy uśmiech, jest złośliwa i niewdzięczna. O północy budzi się i rozmawia z diabłem.
Czarownica może także przybrać wiele postaci - wściekłego psa, wilczycy, sowy, żaby – ropuchy, pięknej panny o czarującym spojrzeniu oraz najczęściej starej niezbyt urodziwej kobiety.
Wierzono, że aby wykryć czarownice należy wziąć garnek z wodą, wrzucić do niego gwoździe lub szpilki  i zagotować. Wtedy kobieta – domniemana czarownica powinna  przyjść do chałupy i prosić o przebaczenie.

Popsuło sie jej to mleko i jej ktoś doradził i tak zrobiłam: wydoiłam krowe, przecedziłam przez te szmatke ale z tym mlekiem wszystkim. I napchałam tam tych igieł, co tam było i w niedziele w samo południe, w same sume kazano jej gotować. I dotąd gotuj, dokąd nie przyjdzie, bo przyjdzie. Patrze sie, gada, idzie ta. Mówi: -„ Kumo, pożyczylibyście mi chleba”. Ja już w nerwach: - nie pożycze. Trzy razy przychodziła. Za trzecim razem to powiedziała synowi gospodyni: - „Janek, gada, weź ten baniaczek, zrzuć z tej blachy. Bo jo straszne kolki kłuli”.
[Karolina Oleszek, Korchów, 2006, TL]

Powszechnie wierzono, że czarownice zdemaskować może ksiądz, który podczas błogosławieństwa najświętszym sakramentem w Boże Ciało spojrzy w tłum przez monstrancję – czarownice miały na głowach skopki do mleka, których nikt nie widział, ponadto w kościele czarownice żegnały się lewa ręką, stały tyłem do ołtarza, nie były w stanie podczas procesji wielkanocnej trzykrotnie obejść kościoła. Można również było zobaczyć czarownice przez rękaw marynarki.

Ji mozna było to carownice zobacyć, tyko trza było bez marynarke i bez rękaw patrzyć. Ale każdy sie bojał, ze go zacaruje. Nikt nie próbował. O, nie rus, bo zacaruje cie i zobacys późni! Bojały sie ludzie. Ale bez rękaw to mozna ju było zobacyć.
[Janina Bąkała, Żyrzyn, 1993, TL]


Diabeł
Diabeł w swych licznych wcieleniach pozostaje wciąż nieodłącznym elementem polskiej kultury ludowej. W niemal każdej wsi usłyszeć można historie dotyczące bądź to spotkania ze „złym”, bądź opowieści o skutkach i efektach jego działania.  Wydaje się, że przedchrześcijańskim prototypem postaci diabła był starosłowiański bies – szkodliwy i złośliwy demon leśny nieprzyjaźnie nastawiony do ludzi, będący personifikacją bliżej nieokreślonych złych sił natury. Podobne przeniesienia znaczenia mogło mieć również miejsce w przypadku czarta -  pierwotnie prasłowiański demon, stanowiący personifikacje bliżej nieokreślonych złych sił, być może związanych z wiatrem - nadal pewne wyrażenia ludowe związane z nagłym wiatrem dają temu związek – np. czort leci, czorcie wesele, czort się żeni.
Wraz z nastaniem chrześcijaństwa działania Kościoła zmierzały do włączenia czczonych dotychczas bóstw słowiańskich do kręgu rodziny istot szatańskich.  Stąd też w wizerunku diabła łączyła się moc dawnej wiary w rozmaite bóstwa wraz z postacią zawartą w religii. Dodatkowo chrześcijaństwo niejako umocniło pozycję diabła w wierzeniach ludowych, narzucając często jego wyobrażenia, skalę działania, podtrzymując wiarę w niego.
Zazwyczaj działania „diabelskich mocy” można było doświadczyć w odpowiednich miejscach – na bagnach i mokradłach, mrocznych i dzikich lasach, na pustkowiach, cmentarzach – słowem w środowiskach budzących w człowieku strach i lek; ale również wśród siedzib ludzkich, gdzie mogły szkodzić, jak i pomagać człowiekowi. Ponadto diabłu przypisana była moc przybierania różnych postaci - ludzkich, zwierzęcych, teratologicznych, mogły także pozostawać niewidzialne.

Diabły wodne
Największa ilość diabłów zamieszkuje bagna, trzęsawiska, torfowiska, tereny podmokłe. Przybierają one najczęściej postacie zwierzęce (barana – zazwyczaj niezwykle ciężkiego, psa, świni, jelenia, sarny, kaczki, ryby) mogły również wcielić się w postaci kobiece lub męskie, przy czym męskie uważane były za znacznie groźniejsze dla ludzi. Często pozostawały również niewidoczne, dając znać o sobie jedynie swym działaniem. Wierzono, ze diabły szczególnie chętnie zamieszkują w pobliżu mostów, a nawet są ich   budowniczymi.  Przebywają również w młynach i spichlerzach w pobliżu wody.

Diabły można spotkac pod mostami
So te duże mosty, tak jak tunele, że tam najczęściej wieczorem można go [diabła] spotkać. Nawet u nas, jak sie jidzie ji stawy..., to tak gdzieś blisko wody, blisko takich krzewów, krzaków, wirzby, gdziej najwięcy rośnie, takiej wikliny; no ji w takich miejscach, żeby ludziom utrudnić, blisko krzaków, tam gdzie mało ludzi.
[Bogusława Dziachan, Garbów, 2002, TL]

Znaną postacią z tego kręgu jest diabeł bagienny rokita - nazwa ta oznacza czerwoną rokicie lub wierzbę giętką. Przebywa on najczęściej w rokicie czerwonej, udziela tam „mleka”, czyli mgieł unoszących się nad bagnami. Wierzono, że krowy niewiast które zaprzedały się rokicie dają dużo mleka. Mógł również odbierać krowom mleko. Rokita zamieszkuje również w starych samotnych i spróchniałych wierzbach.
Mgliste, zalane wodą, niedostępne rewiry oraz tajemnicze i „groźne” w odczuciu ludzi odgłosy przyrody tworzyły niezwykłą, tajemniczą scenerię, w której człowiek nie mógł się odnaleźć i zrozumieć. Stały się wiec te tereny siedliskiem tego, co budziło strach, było niewytłumaczalne i nieuchwytne. 

Diabły leśne
Obok diabłów wodnych występowały również diabły leśne, które miały m.in. moc wodzenia człowieka po lesie, uniemożliwiały mu odnalezienie właściwej drogi. Określano je najczęściej mianem duchów i diabłów. Przybierały różne postacie, czasem zoomorficzne, np. wilka, lisa, sowy, psa, konia, kota, dzika, zająca. Często były również bezpostaciowe. Znana jest tu szczególnie postać boruty - pierwotnie diabła tego wiązano właśnie z dzikimi lasami i moczarami, gdzie występował jako  psotny i złośliwy duch leśny. Zwano go także borowym, błotnikiem, rokitą (bliźniacza postać znana głównie z terenu Podgórza Rzeszowskiego, związana bardziej z terenami podmokłymi). Następnie awansował on do miana diabła ludowego, później szlacheckiego, a  współcześnie utożsamia się go zazwyczaj Łęczyckim Zamkiem oraz okolicami, gdzie jest bohaterem wielu legend i opowieści.

Diabeł w Dołhobrodach
Pamiętam, jak jechać z do, z Włodawy, za Dołhobrodami bylo takie miejsce kolo lasu, w którym straszylo, czort wychodzil, czyli czart po polsku. Wychodzil z lasu i straszyl. I lu, ludzie w Dołhobrodach postawili tam kaplice, tak mnie ojciec nieboszczyk opowiadal. Mówi, że tu strach, strachalo, czyli straszyło, po ukraińsku strachalo, straszylo. I ta ka, kaplica tam przy drodze z Dołchobród do Hanny stoi.
[Jan Ignaciuk, Dańce, 2011]

Diabły domowe
Powszechna w środowisku wiejskim jest wiara w istnienie domowego diabła, zwanego często domowojem, który jeśli jest odpowiednio traktowany staje się bardzo pomocny i pożyteczny dla gospodarza i jego rodziny.  Diabeł taki pomagał przy różnych pracach gospodarskich, zapewniał szczęście i dostatek. Często przez społeczność wiejską o posiadanie  diabła podejrzewani byli bogatsi gospodarze, którym nadzwyczaj dobrze „wiodło się” w gospodarstwie. Popularne i powszechne były wierzenia, które wiązały postać diabła domowego z pszczelarzami. Znajduję to duży oddźwięk w wypowiedziach starszych mieszkańców wsi, którzy zwykli mawiać, że „każdy pszczelarz ma swojego diabła”.
Pierwotnie domowoj był wielkoruskim demonem opiekuńczym domowego ogniska. Postać ta znana jest na Lubelszczyźnie, gdzie domowoj miał przybierać wygląd diabła jako małego człowieka o dużych stopach, małego czarnego człowieka z rogami na głowie i kopytami. Można go zaliczyć do grupy demonów stanowiących personifikację zjawisk życia społecznego.
Domowe demony otaczano czcią i szacunkiem, gwarantowały one bowiem szczęście i dostatek. Dbano więc o nie, dobrze je karmiąc i pojąc.  Wyobrażano sobie je zazwyczaj jako małe postacie zamieszkujące w kątach izby, mysich dziurach  i innych zakamarkach. Zaliczano do nich również m.in. skrzaty, rody, ubożęta. Z domowojem wiązać można również postać ducha pasiecznika – demona opiekuńczego  sprawującego pieczę nad pasieką i pszczołami. Mieszkać miał w starych ulach.

Diabeł pomocnikiem pszczelarza
Tutaj był taki przypadek, że, jak już wspominałem miał Mateła ten pasiekę, z tą, około stu pni  i on służył dawniej we dworze, miał znajomych tam leśników, to zawsze, takiego głupowatego parobka miał z Lublina i nocami jeździli kradli sosny i robili ule z tego. Tak że on stukał  w sosne
i mówi: „Ta będzie dobra”. Tam przeszedł znowu z dziesięć innych sztuki, to mówi: „Te wszystkie na nic”. Czy on się tak znał, czy tak pokazywał – nie wiadomo. A później to za saniami była brzoza uwiązana, zacierała ślad, bo to w zimie, a na rano już, ule, tam dwa ule, czy ile, już były zrobione. Piszkla była taka, taka, taki nóż, co się  dłubało. I te ule były stojące. No i właśnie później, doszło do tego, że – a ten Mateła był strasznie skąpy i nikomu nic nie dał. Ubogiego to wygnał, nie dawał nic. I zachorował. Ale… tego syn pojechał do lasu po drzewo, nie ma nikogo, to ten dziadek zachorował. –„Co tu robić?” Ale, no, mówią: „Nic nie pomoże, tylko umrze”.  To już tak na prawie na skonaniu był, ale mówią: „Trza przywieźć te grubą świece z kościoła, co ksiądz święci przy święconej wodzie – paschał”. No i, bo to taki zwyczaj był. Przywieźli ten paschał…[...] Dotknął się aby – i umarł. No, ale przed samą śmiercią mówi, zawołał pan, tego, syna swojego, już wrócił z lasu i mówi tak: „Ja już dzisiaj zamrę, ale pamiętaj, że on tam jest na strychu. I masz kaszę jaglaną ugotować, bez soli i bez cukru. I raz na tydzień wyniesiesz – mówi – i za kominem postaw w garnku”. A ten chłopak: „A co, komu, co, kto tam bedzie?” Chciał stary jeszcze powiedzieć i umarł już. No to on sobie przypomniał  za jakiś tydzień po, po pogrzebie. No i tak było, że kazał ugotować tej kaszy. Wyniósł na strych, za kominem postawił i schodzi po drabinie. A tu tam garnkiem jak rzuciło coś – mało go nie ubiło. No i przyszedł taki owczarz, do Motycza chodził, co dawno po dworach, to służyli tacy owcarze i się znali na takich różnych sztuczkach. I opowiadali mu o tym, że tak. To on mówi: „Masz szczęście, że cię nie ubił, bo to się nie soli tej kaszy, ale ty zapomniałeś i trochę osoliłeś. A sól się święci. Ten zły nie lubi tego”. No i od jakiś czas niedługi, tam ze dwa lata, mówi, ta pasieka wyginęła. Szkodnik się jakiś rzucił, nie było ratunku. […] No to wychodziło, że to diabeł był jakiś.

[Czesław  Maj, Motycz, 2011]

U nas sie Śmiejo, że jeden gospodarz miał diabła, który nazywa sie domowy. Ale to był przyjazny diabełek temu gospodarzowi. Pomagał, by temu gospodarzowi wszystko sie wiodło: i w zagrodzie, i w polu, i zdrowie mieli wszyscy w domu. Tak, że wyglądało na to, że to jest diabeł ale dobry diabeł. Ale za to, że pomagał tym ludziom, to codziennie musiał dostać garnek kaszy. Wypieczonej, dobrej kaszy. Tylko, broń Panie Boże, ta kasza nie mogła być posolona. Raz gospodyni zapomniała i posoliła kaszę, wystawiła mu ten garnek na strych, bo diabeł siedział na strychu, to wyrzucił za nio ten saganek. Mało jo nie zabił tym garnkiem, bo skosztował, że była posolona. A on posolonej nie jadł.
[Władysława Janusz, Kryłów, 2008, TL]

Opowieści o karmieniu diabła gotowaną kaszą bez dodatku soli i zamieszkiwaniu przez niego na strychu należą do częściej przytaczanych i szerzej rozpowszechnionych w kulturze ludowej.  Diabeł domowy jest zaledwie jedną z wielu istot wchodzących w skład tak zwanej demonologii domowej, która z racji na szczątkowe informacje zachowane w przekazach do dnia dzisiejszego jest już praktycznie nie do odtworzenia.


Bez względu na miejsce w jakim spotkać można diabła, zazwyczaj przybierał on postacie zwierzęce lub ludzkie, rzadziej pozostawał niewidzialny lub trudny do zidentyfikowania i opisania. Często pojawiał się jako niepozorne i niekojarzone z siłami zła zwierzę.

Diabeł w postaci zająca
Tu ze stawu to, taki opowiadał mi taki Smolak staruszek. Konie pasły kiedyś w niedziele, to tam wypuścili konie, bo to woda była mała. To mówił, że zającek taki latał, wyleciał i tak biegał szybko w koło nich, co te mężczyźni, tam siedzieli, tam rozprawiały tam różne swoje rzeczy.  I tego zającka gonić, gonić a ten, ten zającek, niby to już się pozwolił złapać, a to, a to był diabeł – szatan był. I tak, żeby, żeby coś, no zepsuć, żeby co zepsuć i jeden w tym czasie, wie pan, wziął i jakoś tam na źdźbło takie z żyta, z takiego zielonego i założył sobie na szyje i mówi: „Mówio, że na nitce się powiesi, a na tym”. No i jak ten zającek wyleciał, jak te wszyscy zac, nie zainteresowali się tym człowiekiem, co to miał ten do tego źdźbła przywiązał się do, do takiego drzewka małego i już się dusił dopiero ten człowiek zobaczył , co mi opowiadał. „Boże – mówi – my, na ździeble się powiesi człowiek!” I szybko podleciał, wyrwał to, to źdźbło i to tylko aby zawarczał tak ten potwór i, ten diabeł, widzi pan? I tak robił. Pokazywał tak się w postaci zającka. Zającek. To latał zającek, zającek wszyscy go chcieli złapać, a to ten człowiek, ło mówi, tak opowiadali sobie ło wieszaniu, że wieszanie. On w tym czasie by się zadusił, bo ten się pokazał. Ale uratował go i, i nie, tolko za, zahuczał tak, zawarczał tak, bo nie udało mu się.
[…] I na, na  takim ździe, źdźble żyta? Koło szyi sobie ukręcił, opętolił sobie i ło tak założył, mówi, bo tak mówią: „Na nitce się powiesić można i diabeł zadusi. Na nitce! A co myślisz? Bo ci oczy zaćmi i cię porwie, aby tego”.
[J. W., Wólka Kątna, 2011]

Diabeł w postaci czarnego kota
[…] Czarnego kota. […] Przeważnie kota. Tak, tak. To to słyszałam, że kot, to jeszcze kiedyś jak byłam dzieckiem, to tam opowiadali, jak w Abramowie byłam, że to tu, to tu, tam kot tak się wiercił to, to opowiadali ludzie. A później z tego, z tego to się kapelusz zrobił, jak rzucali na tego kota, wie pan, jakiś tam gałgana, albo żeby go tak zatrzymać, albo jakoś kurtkę, albo jakieś coś, to kapelusz się zrobił. Tak. To już był, to był prawdziwy diabeł.
[J. W., Wólka Kątna, 2011]

Diabeł i Wojciech
No, to było tak – ojciec opowiadał mi - Szcześniak Wojciech nazywał się, był na  w... na wojnie siedem lat... jak car wojował z japońcem... to tysiąc dziewięćset trzeci rok gdzieś był. I on wrócił po siedmiu latach, ale... jakiś się zrobił odmieniec. Do kościoła nie chodził... co tam zarobił na pańszczyźnie to przepijał zaraz. No i kobieta tam płakała, że niech, żeby się odmienił, żeby to, on wszystko jedno robił co, co chciał. I raz był w karczmie – tam… co jest kapliczka koło remizy to tam karczma była – był w karczmie i... tam podpił sobie... i to było w, w piątek, ale to było w listopadzie, ciemna noc i potem ten Żyd Bencyna mówi: „No, zabierajcie sie Wojciechu bo ja, tu szabas zachodzi, to nie wolno tutaj siedzieć w karczmie”. No i on wyszedł. Ale wyszedł, uszedł kilka kroków poczuł, że ktoś idzie za nim. No to stanął. To i to stanęło. No to znowu idzie. No to idzie za nim coś. Na czarno coś, jakieś czarne coś. Ni pies, ni co. I tak szed dalej. To skręcił gdzieś w ulicę do kogoś. I to skręca za nim. No i potem... już nie daleko domu był, i ruszył – już otrzeźwiał, bo był pijany był – ruszył szybko, żeby to zostało coś za nim . Ale ii, słuchał, że coś leci za nim też. I dopadł do domu – to szczęście, że były drzwi nie zasunięte – tylko otworzył drzwi, zamknął i coś uderzyło we drzwi tak, że drzwi pękły na pół. Ale ten Wojtek potem to dostał jakiejś choroby, bo ciągle coś zrywał się we śnie, coś mu się wydawało, że coś idzie do niego, że, że nie wiadomo co takie. Pytali się ludzie, to un nie wiedział nic co. I tak w końcu już miało się na śmierć, ale długo nie mógł umrzeć. I... przywieźli z kościoła, ka, ten, skąś to taka moda była – przy, przywozili z kościoła... mmm... zara, zaraz... kancjonał? - nie. To świeco co ksiądz wkładał te pięć yyy, tych, znaków jak wodę chrzcił.  To później ta świeca była do zielonych świąt na ołtarzu. I to świeco przywieźli i aby się dotknął tej świecy i umarł.  Tak. Tak, takie było dawno wierzenie.
[…] nie wiadomo co to było. Czy to chciał go przestraszyć, czy coś takiego było strach jakiś nadprzyrodzony coś – nie wiadomo. Bo to szło z daleka, jak on stanął to i to stanęło. Tak.

[Czesław Maj, Motycz, 2011]


Jeśli natomiast diabeł przyjmował postać ludzką, to właściwie wyłącznie męską. Polska kultura ludowa wykreowała tu trojaką wizje diabła:
1. diabeł ludowy (chłopski) – umieszczony był „na samym dnie hierarchii piekielnej”. Był najczęściej głupkowaty i łatwo dający się oszukać,
2. diabeł szlachecki (pański) – ubrany był w bogate, strojne odzienie. Często wyobrażano go sobie w kontuszu szlacheckim i kołpaku,
3. diabeł cudzoziemski (głównie niemiecki) – na początku przedstawiany był jako śmieszny fircyk w cudzoziemskim stroju. Upowszechnił się on zwłaszcza w czasach rozbiorów. Ubrany był w czerwony lub czarny frak, zawsze w czarnym kapeluszu.

Jak chłop diabła oszukał
To mówiły ze to tys prowda je, i te diabły tak chodziły i tak w rozmaite przemieniały  sie przecież. Tak łopowiadały ze jeden diabuł to z rolnikiem chcioł zawrzyć taku umowe, a tak temu rolnikowi wszystko pomo... pomogało sie tam robota mu tego, jeno tak nie wiedział [diabeł], roz tu jakoś się umówił, łun chcioł, kartofle zasadziły, łun chcioł z wierzchu [diabeł], bo nie wiedział jeszcze skud to tygo, no to se chłop pomogło mu pomogło, wykopoł se te kartofle, a ten [diabeł] jeno chmieline, no i [śmiech] no i tak pore, pore razy było, to łun [diabeł] późni spod spodu, no to chłop zasiał tem coś przenice cy cego znowu se zeźnoł, a ten [diabeł] wziun ze spodu, no późni sie to zlisił, ze nie tego, ze nie było jus tego [że został oszukany przez chłopa], i to tak, tak łopowiadały ze to było to rozpuszczune to te, te diabły.
[Janina Oleszek, Kocudza III, 2011]


Diabeł w postaci pana w kapeluszu
Oj, o takich wydarzeniach to różnych jeszcze to  tam w domu mi opowiadali jak, opowiadali nie mnie tylko słyszałam jak byłam dzieckiem to jak opowiadali, że tam w kilku miejscach to, wie pan, płotek kiedyś drewniane były takie węgły, drewniane domy, to taki pan wchodził po tych węgłach i tak wysoko tam i pod ten dach tam wchodził. Wchodził w kapeluszu w takim. I tak wchodził i ludzie go widzieli, co to, co to, a to był też szatan. To kiedyś to było strasznie żyć na świecie.  Tak samo przychodził i tam, w tym ludzi, w tym jakoś opętał tak tych ludzi, że do trzeciego pokolenia, wie pan, to nie były normalne te ludzie. Nie były.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Diabeł jako pan w kapeluszu ubrany na czarno
Opowiadała mi pani, tylko to spod Gorzkowa, że nikt nie widział, kopali ziemniaki, a ona mówi, że idzie do  nich pan w kapeluszu. I mówi, a mówio tak ci co z nią kopali ziemniaki, mówio - „Gdzie ty widzisz jakiegoś pana?” - „No idzie, o na czarno ubrany w kapeluszu, idzie do mnie i mnie woła - mówi - gdzieś”.  „Po co mi cie woła?” - „No woła mnie” - mówi. A to już ku wieczorowi, i wie pan że ona utopiła się w studni. Coś ją jakaś siła wciągnęła do studni, wszyscy: „No gdzie ona poszła – mówi, gdzie ta Kaśka poszła?”  Nie – mówi, tak mi opowiadała ta pani, i mówi że, i było mówi, i później śmy dopiero się domyślili, że mówi chyba, jo diabeł tak mówi, albo jakiś zły duch, albo diabeł mówi  jo wciągnął, bo mówi my nic nie widzieliśmy, a ona mówi że idzie do niej pan na czarno ubrany w kapeluszu.
[Maria Gleń, Zakręcie, 2011]

Do bardziej znanych i szeroko rozpowszechnionych należą opowieści o spotkaniach z diabłem, który był  niezwykle ciężki.  Mógł on swym ciężarem tak obciążyć wóz, że konie nie były w stanie go pociągnąć.

Diabeł wskoczył na furę
[…]  facet jechał końmi i proszę panią i takie błoto niby było, konie zaczeły pryskać i nie dają rady ty fury ciągnąć, że diabeł wskoczył na fure, że ktoś tam niby siedzi, ale wie pani, to się na pewno przeinaczyło, bo teraz to byle co, i tak jechał duży kawał i późni zeskoczył ten diabeł i konie pofolgowali, ze takie takie było. Albo gdzieś koło krzyżów, to tam się takie różne rzeczy dzieli, to straszyło, to to tego.
[Stanisław Tymoszczuk., Sawin, 2011]

Diabeł siadał na furę
A tam znowu, że tam gdzieś jechał, przez jakiś tam brodek przejeżdżali, to się diabeł siadoł na fure w tym miejscu i koń nie mógł uciągnąć, ja to tam nie wierzyłem, bo może ten kuń, to nie miał siły wyleźć z tego dołka i był, ze diabeł siodł na fure i już koniec nie mógł pojechać, już sie ten koń znoturzył i nie doł sie wyciungnuć. Nie wiem, jak wiózł chłopa to może i diabła by uciungnuł. To tak mówili, jak Boga kocham, o nie przyjechał, późno przyjechał, przeiżdzoł prze tamten brodek i diabeł mu siodł, wieczór siodł mu diabeł na fure.
[Karzimierz Błaszczak, Zabłocie, 2011]

Diabeł na wozie
W niemieckiem lesie, jak tam na tym pokrzywym dole, jak jechał ktoś, to musi to diabeł tam skoczył, bo jakieś takie zwierze, a teraz tego nie ma, to było, ludzie opowiadali. […] No na wóz skoczył, że kuń nie mógł uciągnąć, to takie było jak zwierze, jak coś. To ludzie mówiły, ze to.
[Zofia Kowalczyk, Rokitno, 2011]

Istniało również przekonanie, że diabła (zwykle opiekuńczego) można przekazać w godzinie śmierci innej osobie. Człowiek posiadający go zwykle jednak cierpiał podczas konania i nie mógł umrzeć dopóki nie przekazał diabła.

Diabła można było przekazać
Łopowiadały, że były takie, późni łun ten cłowiek nie mug łumżyć. Jeno, nawet taki, taki cłowiek co nawet, łun nie mioł stycnośći z tem i nie chcioł by tego mić, jeno tyn co łumiroł z tym diabłem, to prosił zeby mu ktoś reke podoł, bo ni mug skunać. Jak mu ktoś reke podoł, to un niby przekozoł tego diabła. I potem to tak ło, tak słyszałam jak opowiadały, ze tak nie chciały jak kto tak bardzo ło tego, to nie chciały ty reki podawać, bo mówi że późni ło ten drugi bedzie mioł tego diabła. Jeden tak prosił, tak godały ze trzy  dni kunoł, nik mu reki nie podoł, i takie były, downo to były takie brogi […] i un poszeł do tego brogu, tam troche było tak tego, i tam leżoł w tym brogu i przyglodały się – że tam taki pies corny leżoł koło niego, a psa niby nie było, nimioł. No i późni skunoł, ale to musi ze trzy dni kunoł.
 [Janina Oleszek, Kocudza III, 2011]

Upowiadali, że jak ktoś miał złego ducha w sobie, na przykład tego diabła, to mówio, ży późni skonać nie móg. To też upowiadali tak, że trapiło, męczyło go bardzo. [...] I kiedyś tak nakazywali, żeby im nie podawać ręki, bo to przechodziło późni na tego zdrowego człowieka. To upowiadali tak.
[Karolina Bazan, Zawadka, 2006, TL]


Południca
Postać ta w demonologii pojmowana jest jako demon polny będący uosobieniem sił przyrody. Na Lubelszczyźnie południce nazywano także żytnicami, rusałkami.  Postać ta wywodzi się z wierzeń słowiańskich, gdzie traktowana była jako duch opiekuńczy wegetacji zbóż i innych roślin uprawnych. Przybierała najczęściej różne kształty antropomorficzne: mała baba ukrywająca się w polnych dziurach, wysoka i chuda, stara kobieta, kobieta ubrana na jasno; rzadko zoomorficzne lub teratologiczne. Mogła być również niewidzialna. Ich byt wywodzono m.in. z dusz kobiet zmarłych po zaręczynach, ale przed ślubem, w trakcie ślubu albo krótko po weselu. Przypisywano im bezwzględność i nękanie ludzi na różne sposoby: mogły załaskotać mężczyzn na śmierć, zadawały zagadki, od rozwikłania których zależał los pytanych, nakazywały tańczyć aż do przyprawienia o kalectwo, dusiły śpiących na polu żniwiarzy, porywały pozostawione na miedzach dzieci. Zazwyczaj pojawiały się w południe w upalne dni na polach, polnych drogach i miedzach - nago lub owinięte w zgrzebne płótno, odziane w zwiewne białe szaty, długie suknie.

Południca chodziła ubrana na biało
Południce? No, to straszały nasz babki zawsze, że południca w południe chodzi na biało ubrana i dzieci łapie. Ale ja nie widziałam.
[Czesława Mitrus, Kozłówka, 2011]

Nosiły chustki lub czapeczki, niekiedy z roślin; miały długie i rozpuszczone w nieładzie włosy, konopiaste i zwichrzone. Ich atrybutem były worki lub lniane płachty noszone na plecach, które służyć miały do przenoszenia porwanych dzieci. W rekach trzymać miały dwa drągi, ożóg lub sierp którymi dręczyły ofiary. Zazwyczaj w ciągu dnia przebywały w ukryciu wśród wysokich zbóż, przesiadywały również na kopkach skoszonych zbóż. Na ludzi sprowadzać mogły omdlenia, bóle głowy, krzyża. Największą aktywność wykazywać miały w południe, dlatego o tej porze należało zaprzestać pracy i zejść z pola.

Południca pojawia się w południe
Nie można też było w czasie żniw położyć sie na miedzy, bo może południca najść miedzo. Pamiętam jak paśliśmy krowy, to było powiedziane, że przed południem mamy przygnać krowy do domu, bo południca będzie chodzić. Zbiera zioła. Nie wolno sie odzywać nic do południcy i blisko podchodzić.
[Czesław Maj, Motycz, 1992, TL]

Południca
Ale tak opowiadały, że południca. Oj, jeszcze co, jak tam się co w południe robiło, a kobiety szły do krów doić to:  – „Uciekaj, bo cię południca porwie, uciekaj”. Jedna do drugiej mówiła tak – „Południca cię porwie”.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Południcę wyobrażano sobie również w postaci delikatnej błękitno-szarej mgiełki unoszącej się w powietrzu i osiadającej następnie na łanach zbóż powodując ich łagodne, lekkie falowanie. Spotykano je wyłącznie w okresie wegetacji zbóż, po żniwach miały znikać z pół i pojawiały się dopiero przy następnym zasiewie. Wydaje się, że cykliczność pojawiania się południc na polach i okresowe tylko przebywanie ich tam stanowi echo dawnego słowiańskiego kultu narodzin i obumierania w świecie przyrody. Początkowo więc mogły być traktowane jako demony opiekuńcze wegetacji zbóż. Z czasem zaczęto przypisywać jej wątek zjawisk atmosferycznych, a następnie, być może pod wpływem chrześcijaństwa, sprowadzono ją do rzędu złych demonów, działających na szkodę człowiekowi.
Południcą przypisywano również porywanie wieczorną porą dziewcząt, które porzucały w miejscach bezludnych i dzikich ostępach leśnych, gdzie pozostawione były na pastwę dzikich zwierząt i złych duchów.


Owczarz
Oczarze/owcarze uważani byli powszechnie za znachorów, zaklinaczy, jednostki posiadające tajemne moce. Znali się na leczeniu zwierząt, zwłaszcza  owiec, często wiedzę tę przekazywali z pokolenia na pokolenie.

Owczarze
[…] to za mnie to już nie było. Nie.  [...] łoni to, to w łachmanach chodzili. Tak jak łoo – tak jak dziady. To, oni tam leczyli krowy jak chodzili, konie, znali się no i tam ludzie, tam płacili trochę. Ale tu chodzili takie dziadki.  Ale było tak że mówili, że lepiej z takim owczarzem nie zaczyniać, bo to się może źle skończyć. Bo on może zrobić… omanić, że zrobi co będzie chciał. I to każdy, tam dobrze z nimi ludzie żyli. Ale jak leżał chory ktoś, albo krowa, czy koń, no to każdy patrzył, żeby ktoś przyszedł, pomógł, bo wtedy przecież nie było lekarzy jak dzisiaj.
[Czesław Maj, Motycz, 2011]

Zazwyczaj opisywani byli jako starsi ludzie w starych, zniszczonych ciuchach i dziadowskich łachmanach, czasem jednak mogli nosić się w sposób elegancki.

Wygląd owcarza
Owcarza to raz się widziało owcarza? To był człowiek normalny w kapeluszu takie jak i my. Człowiek był, tylko, że on się przedstawił, że jest owcarzem. […] Nie wyglądał inaczej, tak. Tylko taki panecek sobie był i taki, ale można było poznać po jego oczach, że on już taki był jakiś, taki – hy – no inny człowiek jak my. Tak nie dał, jakoś nie dał na siebie tak spojrzeć, taki był… no inny i już. [...] Ten co ja widziałam to był w kapeluszu, taki był panecek. 
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Dawniej, aby sprowadzić nieszczęście i niepowodzenie na gospodarstwo zakopywano kości zdechłych owiec pod zręby i węgły owczarni i obór swych sąsiadów. Szczególną moc w tym względzie miały mieć kości czaszki, a nawet rogi baranie. Zabieg ten miał spowodować, że choroby nękające zwierzęta przeniosą się na gospodarstwo sąsiada.  W czasie zakopywania lub chowania pod powałę kości, wypowiadano magiczne formuły, które były pilnie strzeżone. Często to właśnie owczarze dzięki swojej wiedzy mieli moc czynienia lub odwracania owej szkody.

Do wsi przyszli owcarze
Bo tam u jednych tam jeszcze jak ja byłam dziewczynką u gospodarzy to przyszły takie owcarze, nie Cygany, tylko  owcarze. I chciały żeby im dali jeść. Oni mówią, że: „Krowy mamy, ale mleka nie mamy”. – „A my wam, dajcie nam i resztę tego mleka, to my wam tak zrobimy, że będziecie mieli pełno mleka. Bo macie pod progiem zakopane kości i komuście nie dali, a może wasi rodzice nie dali i mleko macie zabrane. Sześć krów i mleka nie ma.” Ta szklankę, ta szklankę dała i więcej nie dała mleka nic. – „Bo macie założone to i nie będzie mleka”. To ta kobiecina już, wiele siły, mówił – „Oddam wszystko, abyście mi pomogli, żeby było to mleko. Po co te krowy trzymać i nie ma mleka”. I wie pan, dała im to coś co tam chciały to tam, to słoniny, to tego, to tego. Kiedyś tam była bieda taka. No to – „Dajcie szpadla teraz”. Poszły do tej obory pod próg zaczęły kopać kości, cały brzem wykopały kości. – „O! teraz to spalcie na ognisku. Na ognisku. Wyjdźcie na pole, spalcie te kości, nie oglądajcie się za siebie i przyjdzie do domu i będziecie mieli mleko”. I te ludzie to zrobiły i prawda była. Krowy się szykowały, pocieliły się, cielęta rosły, wszystko rosło. A to były owcarze. Że, oni byli ze złem. To złe robiło, ten szatan to robił, że zaczarowane było i to, nie dały. A później drugi mógł to odczynić.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Owczarze znani byli również z tego, że wedle własnego uznania lub też zachowania innych ludzi w stosunku do nich mogli ludziom pomagać lub szkodzić. 

Skrzypek i owcarz
[…] był skrzypek taki. Yyy Ignac się nazywał... no, zresztą da, dalsza sprawa. I ten skrzypek to taki był zdolny, że jak go muzykanci prosili do zespołu, bo to grali po weselach, po tych, ta, potańcówkach, to mówili, że jak Chęć, Iganc Chęć był to leciutko się grało – tak umiał grać. No i było wesele. Przyjechali ci muzykanci, na wesele przywieźli ale tu prędko żywo gdzieś tam pilno do Konopnicy, kawał drogi, sześć kilometrów, nie poczęstowali tych muzykantów. No i ten Chęć mówi... a tam Jasiek Kowalów był bębenistą, kulawy był, mówi: „No to już czas jechać chyba, czy jak, do ślubu”. A on mówi: „Będą jechać, zobaczysz”. I przyszedł aby wziął za dyszel konie. Jak te konie ruszyły, to gnały na oślep potem. Mało ludzie nie pozlatały z, z wozów i do Konopnicy do kościoła to piana na koniach była, tak się pogrzały. No i późnij, i nazad tak samo, do domu. Coś ten człowiek wiedział, ale… pograli tam trochę, ale mówi Chęć: „Ja pójdę do karczmy to sobie kupię machorki. Ale skrzypce kładę tu, na łóżku, żeby nikt nie brał”. Ale tu był taki Jakubcak Antek, mówi: „Przecież on poszedł do sklepu - ale mówi - a co tam stary tam plecie. Ja gram na skrzypcach to zagram”. I wziął zagrał podróżniaka. To mówi, tak wyglądało, że tak jakby smykiem nie ciągnął – tak, takie były nastrojone. I w pewnej chwili ten stary przyszedł i mówi: „No, to już ktoś, kogoś łapy swędziały, że skrzypce wziął, ale un popamięta mnie”. No i za jakieś dwa tygodnie to zaczęła się okropna rzecz, bo ręce do łokci to wrzody się porobiły. I ten człowiek cierpiał, że strach. Jeszcze ten syn jego to żyje, mówi. I... i co tam, ale to tam doktorów na to nie było, co tam kto to radził to chlapali różne rzeczy – nic nie pomagało. No i przyszedł owcarz do Motycza, bo takie chodziły znowu owczarze, co się znały na chorobach różnych, co byli po dworach  najpierw słu, służyli, a późnij to tak chodzili po wsi, takie rozmaite dziadki. I przyszedł i z, za, zawołali go. A ten człowiek leżał, cierpiał na te ręce. Ale on przyszedł, popatrzył, mówi: „To Chęcia robota. Ale on ci jednej rzeczy nie zrobił jeszcze. To ja ci pomoge”. I mówi: „Trzeba pójść i z siedmiu źródeł nabrać wody. Ale przed wschodem słońca. I tą wodo okładać na lnianych płatach, na gałganach te rence”. I więcej nic.  No i jak tak było, że pomogło za jakieś tydzień, dwa tygodnie casu już rence zbielały i pomógł mu.
[Czesław Maj, Motycz, 2011]

Owczarz opętał dziewczynę
Owczarze to mogę powiedzieć, że  gdzieś w trzydziestym siódmym roku u sąsiadów była dziewczyna, no, ładna, czerniawa, długie włosy miała, i że owczarz przechodził i jej matka nie chciała mu dać jeść, a miała że ugotowane pierogi i po prostu nie chciała mu dać jeść. I on powie..., jak odchodził powiedział, że: „Będziecie mnie szukać.”. No, i później widziałam sama na własne oczy, jak ta dziewczyna siedziała w ganku i wrzeszczała, krzyczała, włosy sobie darła z głowy. No, i później podobno ojciec wziął konia, jeździł za tym owczarzem. Odnalazł go i przyprowadził i te, te, te... tam coś zrobił, że no, że ona później była normalna, wyszła za mąż, dzieci miała. I było wszystko ok. […] Nie widziałam go. Podobno jakiś starszy. W podeszłym wieku. Siwy z brodą. Z tego co, co mówili. Ale dziewczyne te to ja widziałam i znała ju. No, po sąsiedzku była.
[Czesława Mitrus, Kozłówka, 2011]


Płanetnik
Płanetnicy nazywani byli również m.in. chmarnikami i chmurnikami. Wierzono, że płanetnikiem mógł zostać żywy człowiek bądź dusza zmarłego (poronionego, wisielca, topielca, człowieka zabitego piorunem, zmarłego podczas burzy lub gwałtownego wiatru) przybierająca ludzki kształt. Na ich zachowanie wpływał sposób w jaki byli traktowani przez ludzi i w zależności od tego lub według własnego mniemania  powodowali negatywne zjawiska atmosferyczne lub sprowadzali oczekiwana pogodę sterując chmurami.

Płanetnik poddźwigiwał chmurę
Płanetniki, to gdzieś tak opowiadały, ze niby, tutaj nawet na Kocudzy, tak będę opowiadać bo tak słyszałam. Ze tam takie były, że niby te chmure to poddźwigiwały. Ji tu przechodziło przez takie pole takiego rolnika, co un taki był religijny, niby tego, to niby ktoś mioł słyszeć głos: „Nieście przez to pole”. To by się nic nie stało. Ło to taku słyszałam.
[Janina Oleszek, Kocudza III, 2011]

Opisywano ich najczęściej jako mężczyzn w starszym wieku, odzianych w białe płócienne szaty lub jako starych dziadów ubranych w krasny płaszcz i takie same spodnie. Na głowach mieli szerokie kapelusze, najczęściej czarne, nosili też sznury do przyciągania chmur oraz wiosła lub worki na grad. Mieli oni być również wysokiego wzrostu, głowę nosili zawsze uniesiona do góry, posiadali silnie owłosione ciało oraz zawsze mokre włosy i brodę.  Niekiedy opisywano ich jako małe stwory pozbawione cech płciowych lub jako postać dziecka z głową człowieka starego.
Płanetnik na krótko przed burzą mógł unieść się w powietrze i rozpędzić chmury lub poprowadzić je w określonym kierunku. Opowiadano że nosi on na plecach chmury, a gdy są już bardzo ciężkie, mruczy i jęczy aż słuchać go na ziemi. Wierzono także, że w trakcie obfitych deszczy zdarza się, że któryś z płanetników spada na ziemię  i przez jakiś czas żyje wśród ludzi do których trafi.

Płanetnicy spadali z chmur
Ta, o tych płanetnikach, to było, tak że oni tam te – chmury kierowali gdzie chcieli, to tam też ludzie się ich bali bo to czarne były takie i oni czasami z chmur to zlaty, z tego spływali na ziemię, to [śmiech] to było. To tak jak o tych czarownicach różnych, jak yyy…  na przykład krowy się pasło to mówili: „O! już idzie ta baba, co ozionie ocami”, znaczy spojrzy ocami, to już mleka nie będzie, bo już ona tam zabierze. Tak.
[Czesław Maj, Motycz, 2011]

Niekiedy mianem płanetników określano także ludzi którzy wychodzili w pole na spotkanie nadciągającej burzy i zażegnywali ją za pomocą tajemnych gestów lub zaklęć. 
Niektóre podania mówią o tym, że płanetników jest sześciu prostych i siódmy kulawy. Wszyscy to bracia rodzeni, którzy ciągną chmury na linach i spuszczają deszcze. Kiedy wypróżnią chmury  z deszczu lecą nad jeziora, chmurki ich wtedy są lekkie, białe, wysokie. Gdy wracają chmury są bure, ciemne, ciężkie, zawadzają o drzewa, a deszcz z nich zalewa ziemię. Wierzono również, że płanetnicy wraz z deszczem mogą sprowadzać plagę żab i robactwa. Aktywność płanetników zależeć miała od faz księżyca – wzmagać się miała podczas pełni.
Przed I wojna światową na Lubelszczyźnie opowiadano następującą historię o płanetniku :

Szedł drogą płanetnik, całkiem jak zwyczajny człowiek, za nim o parę kroków szedł gospodarz, wielki mądrala. Pogoda była chmurna, deszcz ustawał, to znów padał, aż raptem słonko błysnęło. Patrzy gospodarz, miarkuje i prosto do onego: - Wyśta płanetnik? - pyta. Tamten sie zlęknął – Skąd wieta, że to ja? - Bo u waju nie ma cienia. - Rozjerzał się odmieniec. - Prawda mówi. - Zabaczyłem powiedzieć bratu, żeby chmury za mnie zaciągnął. - To póki nie wrócita, deszczu nie będzie?- pyta gospodarz, a właśnie chciał siać. - Ano, nie będzie. Mędrek był ten gospodarz i gada: - Zaślibyśta do mnie, do chałupy, dam wam miodu... Płanetniki strasznie na miód łase. - Boje się – mówi chmurnik – bo mnie jeszcze co przyskrzyni...- Niebójta się, wiem, że u was ciało mgielne, nikt was nie trąci. - Ano, to chodźwa.  I poszli. Gospodarz do świetlicy gościa zawiódł, miodu na miseczce postawił, łyżkę dał i niby częstuje, a sam bokiem, ku drzwiom. Wyskoczył z izby, obartlik rozłożył. Zamknął płanetnika! Tamten w krzyk: - Puśćta mnie, puśćta! A gospodarz: - Siedź se odmieńcze. Puszczę cię, ino zasieje. Płachtę rozkłada, a tu jak nie porwie się wicher! Zakręciło, zaszumiało, pociemniało. Jęło dąć, porwało strzechę, jakbyś garści rzucał. Belki trzeszczą, krokwie w górę lecą, sądny dzień. Spośród belek wyleciał płanetnik, uniósł się w górę i jeszcze z chmur pięścią wygraża gospodarzowi. Potem, nie daj Boże, rok w rok grad mu wszystko wytłukł, ozimina zawsze wyparzała. Chodził gospodarz skarżyć się księdzu. Opowiada: tak było i tak. Ksiądz na to : - Trzeba go było prosić, żeby nie dolewał, zamiast oszukiwać. Gospodarz: - Nieboskiego oszukać nie grzech. Ksiądz się rozgniewał bardzo: - Co jest nieboskiego? Wszystko Pan Bóg stworzył! Wszystko jest boskie. Gospodarz tak sie trapił, że umarł. Jeszcze w trakcie pogrzebu płanetnik mu zapiekał i gradem bił o trumnie, jakby kto kamienie ciskał. Źle zadzierać z płanetnikiem.


Rusałka
Rusałki postrzegane były jako istoty niebezpieczne dla człowieka - szkodziły i prześladowały,  mogły nawet pozbawić życia. Wierzenia ludowe wyróżniały dwie główne grupy rusałek: wodne oraz ziemne, mieszkające poza zbiornikami wodnymi - dzielić się miały one na rusałki leśne i  polne. Rusałki leśne wywodzić się mogły od dusz dziewczyn, które powiesiły się w lesie. Zadawały ludziom zagadki. Jako środek chroniący przed ich działaniem stosowano piołun. Zazwyczaj miały postać pięknych nagich lub ubranych w powłóczyste szaty kobiet z długimi rozpuszczonymi włosami i wiankami z kwiatów na głowie. Lubią muzykę, śpiewy i pląsy przy świetle księżyca. Zwodziły one ludzi po lesie, mogły także załaskotać na śmierć.
Na Podlasiu wierzono również że istnieją stare i brzydkie rusałki zwane tam kozytkami lub wodnymi babami. Wywodziły się z dusz starych kobiet, które zginęły śmiercią tragiczną lub zapiły się wódką.  Także na Podlasiu rusałkę określano również mianem bogunki -  nimfy wodnej,  która wywodzić się miała z rzeki Bug.
Dawniej przy źródłach, pod drzewami i na głazach lud składał im ofiary z jadła. Osoby utopione przez rusałki powiększają rzeszę demonów wodnych. Wierzono także, ze w miejscach gdzie rusałki dotykały stopą ziemi trawa jest zawsze wilgotna, bujna i zielona.
 
Rusałki
Nie, u nas o południcach nie było. Tylko rusalki wierzyli, o, rusalki to wierzyli. Że rusalka chodit po żyty, i nie wolno do żyta wchodzić, bo ona zlapie dziecko i zalaskocze, laskotać będzie, tak? Po ukraińsku luskotaty, i dziecko z lus, ze śmiechu umrze. Ale to, tym mówili, straszyli dzieci, żeby żyta nie, nie zmięcić. To w rusalki wierzyli, ale teraz już nie wierzą.
[Jan Ignaciuk, Dańce, 2011]


Strzygoń/strzyga
Strzygoń pojmowany był jako dusza człowieka żyjącego lub zmarłego opuszczająca ciało podczas snu i dręcząca lub strasząca ludzi. Opisywany również jako demon powietrzny powstały z duszy umarłych niemowląt, kwileniem zapowiadający śmierć ludzi. Najpowszechniej jednak  wierzono, iż jest to rodzaj upiora, półdemona w postaci człowieka zmarłego, który wstaje z grobu i napada ludzi żywych, kalecząc ich i wysysając krew. Strzygonia można rozpoznać zaraz po urodzeniu – posiada już uzębienie, zwykle podwójny rząd zębów, a po śmierci ma siny znak na plecach i czerwone paznokcie. Miały również posiadać dwa serca i dwie dusze. W pierwszym (ziemskim) życiu są nieszkodliwe, nie wiedząc w zasadzie o swojej drugiej naturze, która gdy się ujawni przysparza im cierpienia – są przepędzani, izolowani od społeczeństwa, a nawet zabijani. Nie żyją oni długo, a po śmierci tylko jedna dusza opuszcza ciało zmarłego, a druga pozostaje w nim  i ożywia ciało, które od tej pory staje się strzygom. Aby zachować się w swym pośmiertnym życiu musi pić ludzką krew (podobnie jak wampir). Mogą również mścić się na ludziach, którzy skrzywdzili ich za życia.
Wierzono także, że strzygą może stać się dziecko, które na chrzcie otrzymało jedno imię, któremu matka odmówiła piersi, wyjątkowo skąpy człowiek, który zginął śmiercią samobójczą, dziecko które ma znamię w kształcie nożyc na plecach. Dawniej w okolicach Kocka obserwowano mogiłę zmarłego, jeśli w ciągu trzech dni od pochówku powstawały osuwy ziemi, mniemano iż pochowany jest strzygoniem. Opowiadano, że w kościele lub cerkwi o północy buszuje przy ołtarzu, łamie i gryzie świece, niszczy obrazy. Wierzono również, że może przybierać postać małej myszy, która wciska się ubiory i bieliznę, które gryzie i niszczy jakby na złość. Posiada niebywała moc fizyczną.
Ludzie napastowani przez strzygę bledną i opadają z sił.

Topielec/topielica
Topielec postrzegany był jako półdemon wodny, zazwyczaj utożsamiany z duszą człowieka utopionego bez spowiedzi. Istoty te nękają ludzi, odpowiedzialne są za utonięcia. Przybierały mglistą postać, bywały blade, sine. Pojawiały się często w miejscach, w których ktoś utonął, odebrał, sobie życie poprzez utopienie lub został utopiony. Swoje ofiary wabi do wody i topi. Wierzono również ze topielec swoje istnienie wywodzi od ciężarnej kobiety, która się utopiła.

Topielec
Teraz wierzyli, że w wodzi jest potoplawnik i nie wolno... kapać się samemu, bo potoplawnik zlapie, czyli potoplawni, ja nie wiem jak przetlumaczyć na polski, topielec może, taki topielec, który utopil się, ten duch, tego topielca może zlapać i utopić dziecko. Także straszyli, żeby nie kąpać się samemu w wodzie. Bo potoplawnik zlapaju, zlapaju to zlapie.
[Jan Ignaciuk, Dańce, 2011]

Za topielicę uważano rodzaj złej rusałki, nimfy wodnej o długich złotych, niekiedy czarnych włosach. 

Topielica
U nas tutaj na Wieprzem znowuż mówili, że jak poszło się kąpać młoda dziewczyna sama, tam czy z koleżanką, to topielica wciągała. Była topielica taka, że do Wieprza wciągała, że miała takie, wyglądała jak kobieta, miała długie włosy, tylko zawsze zarzucała sobie na twarz. To takie bajki u nas chodziły i każden mówił, mężczyźni nawet mówili, nawet i młodych chłopców u nas tutaj wciągnęła, tak. Mówili, że był, mówi, niby to wir był i tam w miejscu w tym do dziś nikt się tam, to znaczy teraz to mało kto się kąpie w Wieprzu tam z brzegu, ale kiedyś to pływali, tam kilometr płynęli, czy pięć kilometry Wieprzem, teraz nie. I właśnie ten, bo mówili, że ten zakręt, na tym zakręcie wychodzić i przejść na drugie dopiero dalej płynąć, bo tam był taki wir i że tam topielica mieszka. Także, no różnie ludzie mówili.
[Maria Gleń, Zakręcie, 2011]


Demony wodne z tej grupy najczęściej przybierały postać:
nagiego chudego człowieka wysokiego wzrostu o długich nogach i zielonym oślizłym ciele z dużą głową, z długimi ciemnymi włosami,
młodego chłopca lub małego dziecka, a także człowieka niewysokiego wzrostu w czerwonym ubraniu i czerwonej czapeczce,
skąpo odzianej kobiety,
mogły również przyjmować postacie zoomorficzne, np. owcy, kudłatego psa, żaby itp.

Z Lubelszczyzny pochodzi opowieść o schwytaniu topielca - który po wyciągnięciu na brzeg rozpuścił się w smołę. Opowiadano również, że na Wieprzu była wyspa na którą zawsze w południe i o północy wychodził pan w kapeluszu. Wpadł on nawet kiedyś w sieci rybackie, ale szybko uwolnił się i uciekł do wody.


Upiór/wampir
Demon ten pierwotnie miał występować w postaci demonicznego ptaka o długim ostrym dziobie żywiącego się krwią. Upiór atakował nocą i wysysał z ludzi krew aby zachować własne siły witalne. Osoby zaatakowane przez upiora same się nim stają. 
Czasem zdarzało się, że zmarłego już za życia podejrzewano o to, że po śmierci może stać się upiorem. Na Lubelszczyźnie wierzono, że taki człowiek ma dziki wzrok, zawsze czerwoną twarz, uśmiech szyderski i złośliwy, ogromną postać. Po śmierci jego członki nie sztywnieją, a oczy patrzą tak jak za życia, twarz nadal pozostaje czerwona. Cechowały go również duża głowa, silnie owłosione ciało, zrośnięte brwi. W wypadku takiego rozpoznania zmarłemu związywano z tyłu ręce lub dwa środkowe palce poświęconym zielem i odwracano go twarzą do dołu. Jeśli te zabiegi nie pomogły podejmowano drastyczne kroki, utrzymywane na ogół w tajemnicy – należało o północy, w trzecią noc po śmierci wydobyć zmarłego z mogiły, odciąć mu łopatą głowę i umieścić między nogami. Ponadto zmarłemu wkładano do ust kawałek żelaza, pieniądz pod język, wywiercano w grobie dziurę i wlewano do trumny wodę święconą, serce i głowę przebijano kołkiem osinowym lub gwoździem. Podcinano także żyły pod kolanami, kaleczono pięty, kładziono na szyi lub piersi sierp albo kosę. Aby zatrzymać go w grobie wkładano do trumny przedmioty, których przeliczenie (np. sypano mak), rozwikłanie albo obróbka zajmowały wiele czasu. Dodatkowo mak rozsypywano także na ścieżce wiodącej od grobu do cmentarnej bramy, w nadziei że upiór wychodzący z grobu zajmie się po drodze liczeniem rozsypanych ziaren, przez co nim ukończy tą czynność zastanie go świt. Makiem obsiewano także dom i ścieżkę do niego prowadzącą, a na parapetach i progach kładziono czosnek.  Napotkanemu upiorowi należało rzucić w twarz garść maku, aby  przyprawić go o senność i pozbawić mocy.
Upiory nie znoszą światła dziennego, działają wyłącznie pod osłoną nocy.  Posiadają one nadludzką siłę, a po wyjściu z grobu wzrok kierują na wschód. Najczęściej ich byt wywodzono z dusz ludzi: zmarłych śmiercią tragiczną, skąpych i złych, niebierzmowanych, zmarłych bez spowiedzi lub niewierzących, mających dwa serca, dwie dusze, samobójców, owczarzy, czarowników itp.

Kiedyś nie było tego biżmowania i takie się rodziły, że miały po dwa syrca, to takie to godały niby upióry. Ze uno późni chodziło, tułało się tak.
[Janina Oleszek, Kocudza III, 2011]

Istniało również przekonanie że upiory nie szkodziły ludziom, których odwiedzały, a czasami nawet pomagały – np. matka upiór przychodziła i karmiła dziecko, mąż upiór pomagał żonie w gospodarstwie.

Matka po śmierci opiekowała się dzieckiem
Ta dobra była matka ta druga do tej sieroty, co zostało po tej [zmarłej matce]. I to koc, na kocu podusie położyła. I tak płakało [dziecko sierota] okropnie – mówi : „Zaraz pójdę aby dam świnkom, zaraz pójdę do ciebie zaraz, baw się baw, zabawek ci nadałam”. Ona przychodzi do mieszkania […] a to dziecinka jak się śmieje, tak jakby się z kimś rozmawiało. Ona otwiera mieszkanie, a to dziecko nie jest na kocu tylko jest w kołysce, w nowe pieluszki obwinięte, umyte. „Struchlałam – mówi – nie wiedziałam co się ze mną robi”. A matka [po śmierci] przychodziła, bo w nocy się kołyska kołysała. […] Nie trzeba było pilnować tego dzieciunia. Tylko kołysała. Spoza grobu. No trwało to dopóki dziecko nie chodziło. Póki nie było mądre. Trwało długo. To w dzień nie, tylko w nocy. Dziecko spało, bo kołyska się kołysała sama.  [...] „Widzieć – mówi - jej nie widziałam, ale czułam obecność bo – mówi – kołyska. A to dziecko – mówi – jak nóżkami przebierało, jak się cieszyło, jak główko kręciło, jak do góry patrzyło” – bo matkę widziało.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Najczęściej jednak upiór posądzany były o szkodliwe działanie – napastuje i straszy ludzi, powoduje nieszczęścia, niszczy sprzęty, wyprowadza bydło z obór. Do mieszkań mogł dostać się przez komin lub przeniknąć przez ściany i zamknięte drzwi. Wraz z pierwszym pianiem koguta, przed nastaniem świtu upiory powracać miały do swych grobów.
Z czasem postać upiora zastąpiona została (w sferze nazewnictwa i głównie w świadomości młodszych pokoleń) zyskującymi coraz większy rozgłos w kulturze masowej postaciami wampirów.


Boginka/mamuna
Boginka to archaiczny termin, który pierwotnie określał demony żeńskie – boginie. Powszechnie nazywano je również mamunami. Zamieszkiwać one miały w pobliżu wód, na bagnach i w lasach. Demony przybrzeżne, do których zalicza się boginka, w mniemaniu ludu były mniej niebezpieczne od wodnych. Jej byt wywodzono z duszy kobiety zmarłej  podczas porodu lub w połogu, a także kobiety, która zgładziła urodzone niemowlę, popełniła samobójstwo, bądź za życia skazana została na infamię rodowa lub banicję. Wyobrażano je sobie jako stare kobiety o odrażającym wyglądzie – duża głowa, obwisłe piersi, wzdęty brzuch, krzywe nogi, czarne zęby itp. Czasami wyobrażano je sobie wręcz odmiennie – jako młode blade dziewczęta, ponętne i kusicielskie. Mogły też przybierać postacie zoomorficzne – żaby, psa, czarnej kury lub też pojawiać się jako cień, bądź też  pozostawały niewidzialne. Różnorodność przedstawień postaci boginki wydaje się być rezultatem połączenia kilku różnych postaci żeńskich demonów przyrody w jedno mało spójne wyobrażenie demoniczne. Boginki szczególnie niebezpieczne miały być w południe, wieczorem i w księżycowe letnie noce. Powszechnie wierzono, że odpowiedzialne są za podmienianie niemowląt (porwane dziewczynki wychowywały na boginki, a chłopców na różnego rodzaju demony), napastowanie ciężarnych kobiet i młodych kawalerów, których zwabiały śpiewem. Przypisywano im również opiekę nad zwierzyną leśną i zapewnienie dobrych połowów ryb. W gniewie mogły jednak niszczyć sieci i odpędzać ryby a także płoszyć bydło i konie. Hałasowały również nocami piorąc w rzekach bieliznę. W okolicach Kraśnika utrzymywano że są one złośliwie nastawione do człowieka i szkodzą mu, a szczególnie wrogo odnosiły się do ludzi tchórzliwych. 
Powszechnie boginki nazywano również mamunami – wierzono, że odwiedzają one  siedziby ludzkie, dokuczają położnicą i podmieniają dzieci. Na Lubelszczyźnie mamuny zwano również noculami, odmienicami i sidulami. Wyobrażano sobie je niekiedy również pod postacią małpy.
W celu ochrony przed mamunami stosowano różne zabiegi ochronne o charakterze magiczno-religijnym, jak np.: umieszczenie święconych ziół obok głowy rodzącej kobiety, w futrynę drzwi zatykano piołun, ponadto kobiety powinny się regularnie modlić. Istniał również szereg działań mających na celu ochronę dziecka przed porwaniem i odmienieniem. Osobą odpowiedzialną za ochronę była matka, która powinna: po porodzie przypiąć sobie do koszuli agrafkę, którą nosi do momentu chrztu dziecka; podczas snu powinna być ciągle zwrócona głową do dziecka; nie powinna oddalać się od domu bez różańca; po zachodzie słońca nie może opuszczać pomieszczenia, w którym znajduje się dziecko; nie może pozostawiać dziecka samego, nie może po zachodzie słońca prać pieluszek.
Należało również zaopatrzyć dziecko w apotropeiony: dziecku należy zawiesić na szyi poświęcony medalik lub krzyżyk, na rączce powinno mieć zawiązaną czerwoną wstążeczkę, może również mieć ją na głowie; dziecku zakłada się czerwona czapeczkę, a twarz należy chronić przed światłem księżyca; na kolebce dziecka powinien wisieć poświęcony różaniec.
Jeśli mimo starań dziecko zostało podmienione istniał sposób aby go odzyskać -  należało wynieść odmieńca na gnój i bić go brzozową rózgą. Zwabiona krzykiem dziecka mamuna przybędzie aby je ratować i odda porwane dziecko.



Odmieniec
Odmieńcem nazywano dziecko rzekomo podmienione przez demoniczne boginki. Cechowała go brzydota, niedorozwój fizyczny, upośledzenie umysłowe, bełkotliwa mowa, krzykliwość, żarłoczność, chorobliwość. Do charakterystycznych cech wyglądu zaliczyć można niekształtną budowę ciała – duża lub mała głowa, duży brzuch, cienkie ręce i nogi, najczęściej pałąkowate,  duże odstające uszy. Miały również posiadać silnie owłosione ciało i zarost na twarzy, ciemna cerę, zęby oraz paznokcie w kształcie pazurów. Poza tym były piskliwe, złośliwe, wykazywały lęk przed matką, niechęć do snu, przejawiały niezaspokojony apetyt. Dzieci takie trudno uczą się chodzić i mówić, są leniwe w nauce, wykonywaniu czynności domowych i gospodarskich. Jako ludzie dorośli zamiast mówić bełkoczą, maja nieufny lub wrogi stosunek do ludzi, z reguły jednak umierają jako dzieci i nie dane jest im dożyć wieku dojrzałego.


Zmora
Wedle mniemania ludu zmora miała być nocną zjawą duszącą ludzi, zwierzęta, rośliny; wysysającą krew z ludzi i zwierząt oraz sok z roślin. Zmora znana jest również pod nazwami: gniotek, gnieciuch, błędnica, mora, mara, kikimora, siodło, siodełko, dusiołek oraz nocnica – która pierwotnie oznaczała inną zjawę, jednak we współczesnych wierzeniach ludowych nastąpiło wymieszanie tych pojęć. Nocnice nazywane również płaczkami, miały być istotami demonicznymi nękającymi dzieci. Ludowe wyobrażenia o zmorze są wynikiem kontaminacji starosłowiańskich poglądów o duszach starszych kobiet z zachodnioeuropejskim poglądem o czarownicy, która przybrawszy postać kota, myszy, bądź łasicy wysysa krew lub nawet dusi śpiących. Funkcjonowała jako postać półdemoniczna – dusza człowieka żyjącego, wiodąca samoistny tryb życia nocnego w oderwaniu od swej powłoki cielesnej. Wydaje się, że owa istota stanowiła swoistą formę ludowej interpretacji pewnych stanów chorobowych niezrozumiałych dla ówczesnej ludności – niestrawność, duszności, bóle głowy, przepicie itp. Mogła przybierać postać antropomorficzną – np. wysokie, chude widmo, nogi jej są dłuższe niż u zwykłego człowieka. Ciało ma białe, przezroczyste, prześwietla ją światło księżyca. Utożsamiana była również z chudą i kościstą kobietą w białym odzieniu, starą i szpetną babą, bądź bardzo brzydką młodą kobietą, czasami opisywana jako dziecko w czerwonej czapeczce na głowie. Potrafi otworzyć każdy zamek, aby dostać się do środka. Mogła przyjmować również postać barana, kota, myszy, ćmy, żaby, wilka, powroza, słomki. Częstokroć zmory były również bezpostaciowe a człowiek odczuwał jedynie duszący go ciężar nie widząc prześladowcy.
 
O bycie zmorą podejrzewano zazwyczaj szóstą, ósmą, a najczęściej siódmą córkę w rodzinie:

No że te zmory, to ciągle tam dokuczały ludziom, dokuczały ludziom, dokuczały zwierzętom, no że te zmory, to była, ale tak myślę, że te zmory, to chyba były czarownice, tylko tak były u nas nazywane te że zmory i jak była siódma córka w rodzinie się urodziła, to już na pewno ona była taką zmorą.
[Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2009]


 […]  To znowu mówili, że jak siedem córek było to siódma zmora była.
[Czesław Maj, Motycz, 2011]
 
A no jak gdzie było siedem dzieci to, przeważnie jak było dziewczyn siedem, ale ze siódme dziecko, to już była zmora.
[Krystyna Maj, Motycz, 2011]

A zmory, zmory, mówią, że to duszą zmory, ja nie wiem, ja tego nie miałam, ale mówią, że zmory su, że były zmory, że dusiły tak ludzi. Ło tak a ja nie wiem tego, bo ja tego nie miałam takiego przypadku. […] Nie wiem jak powiedzieć, ale powiedziały tak, słyszałam, jeszcze moja mama opowiadali, że jak jest siedem córek, to jedna jest zmora, takie coś. Że siódma, to jest zmora. A czy ta zmora chodziła, czy co robiła, to ja tego nie wiem, tylko tak słyszałam. [...] Tylko sie jakoś tak ją nazywały, że siódma to jest zmora, ale to mało tak się trafiały, żeby było siedem dziewczyn.
[Karzimiera Gawron, Wólka Kątna, 2011]

[…] jak, jak to mówią, że, ja nie wiem, czy to prawdziwe, że to była dziewczyna, w której, tam jest sześć dziewczyn to jedna, że przemienia się, że takie…[...] Sześć sióstr, to jedna przemienia się, tak ludzie tam pletli, ale je to nie wierzyłam tego. Jak by się mogła przemienić?
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Ponadto rodowód zmory wywodzono od określonych dusz ludzkich – zmarłych nagłą śmiercią, złych za życia, pokrzywdzonych przed śmiercią, zmarłych bez spowiedzi, nie ochrzczonych lub źle ochrzczonych dzieci, ludzi potępionych.

Zmory zwierzęce
Zmory męczące zwierzęta, jako cel swoich nocnych ataków szczególnie upodobały sobie konie. Powszechnym zwyczajem zmory a zarazem pozostawianym przez nią śladem były warkocze zaplecione   na grzywach i ogonach końskich.

Zmory plotły warkocze
Zmory to tam mówiły, że siedem zawsze jak córek było to jedna była zmora, słuchaj,  koniom na grzywie plotła te warkocze. No to to było tak. I u mojego taty tak było, że miał na grzywie warkocze zaplecione. A czy ta zmora rzeczywiście była czy nie to tego nie wiem.
[Czesława Mitrus, Kozłówka, 2011]

To to, to już doświadczone było, to [stryjek] kilka razy mi opowiadał to, kilka.  […] bat stał przy o, przy tej stajni, taki bat, co jechał  to brał, bo żeby nie zbrykała się, to trzeba było trochę podcinać bacikiem.  To tak warkocze naplotła w grzywie, że i bat ten wpletła i to leżało, proszę pana, to już ja to widziałam na swoje własne oczy . To ten bicysko to le, był to rzemyk wpleciony w grzywę, a to na gnoju leżało.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Ja się zetknąłem z tym, że koń tłuk się, znaczy przewracał się po stajni, no to konie się tak tłuką czasem, ale koń miał później warkoczyk taki, zawiązany na grzywie. I to mówili, że ta choroba co jego nachodzi to właśnie ten warkoczyk się wyw, wywyje i później już przejdzie ta choroba. [...] No bo niektórzy to zmora nazywają.
[Cz.esław Maj, Motycz, 2011]

Zmory oprócz plecenia warkoczy na końskich grzywach i ogonach, mogły również okropnie męczyć zwierze ujeżdżając je:

Zmora ujeżdżała konie
I tak nieraz tego konia zjeździła, zjeździła, że aż był no, zgrzany rano, tak dokuczała. A mój stryjek w Abramowie też, był to bezdzietny bogacz, ogry miał takie do klacz puszczał, to miał tak samo, mówi, że ujeździła mu ta zmora te, te konie w nocy i zasuszała, bo tak jeździła [...]
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Jak koń miał grzywe splecioną, taku jakby kołtun się zadał, ogon grzywa, to mówili, ze zmora na nim jeździ. […] Nie wiem, mówiły, że jeździło, zmora na kuniu jeździła, cały kuń zgrzany, grzywa spleciona wszystko, jak mówiu, no tłumaczą. [...] No ja nie wiem skąd się te zmory brały, to nie wiem, tylko mówiły: „O zmora na kuniu jeździ, bo zgrzany, grzywa spleciono, kuń mokry, cału noc na nim jeździła.” Ale skund ona się miała wziąć, jak ona wyglądała to nie wiem.
[Kazimierz Błaszczak, Zabłocie, 2011]

[…] Cały czas mówiono, że te zmory najbardziej dokuczały koniom właśnie, że na tych koniach jeździły, męczyły, że na przykład rano, jak poszedł gospodarz, to koń był taki zmęczony, aby mu piana z pyska leciała, że koń miał warkoczów naplecionych, ale że też nieraz tam że słychać było tam gdzieś na strychu, czy coś tam ktoś tam widział jakieś zmory […]
[Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2009]

Kiedy zmora dosiądzie konia, wtedy na jego bokach pozostają znaki, które powstają podczas jej wspinaczki na grzbiet koński. Jednym ze sposobów zabezpieczenia zwierząt przed atakiem zmory, było wieszanie w stajni martwej sroki. Funkcje ochronne spełniały również rogi baranie lub zabita sowa, zawieszona na zewnętrznej ścianie stajni.

Martwy ptak odstraszał zmorę 
No to zmora, takie te warkocze pletła, to niektórzy mieli, ot ja pamiętam nawet, to u nas nie było, nad tym, nad stajnią była rozpostarte i w ten sposób miały skrzydła i przybite były te takie ptak, to chyba czy to jastrząb, jak na polu gdzie jaki zdechły znaleźli, czy to sowa, jak złapali, tak żeby tam ta zmora nie mogła do tej wchodzić, do tej stajni. [...] odstraszał te zmore chyba żeby tam ta zmora tak nie wchodziła.
[Henryk Pacek, Zabłocie, 2011]

Odpędzano ją także stawiając brony obok drzwi obory, wieszano również na ścianach lustra. Ponadto grzbiet chorego konia nacierano moczem ludzkim, stosowano też kał ludzki, którym kropiono grzywę konia, czasem nacierano go tylko słoną wodą i obcinano grzywę.

Lustro na zmory
Zmory to była jak siódma córka się urodziła w rodzinie, to ta siódma była zmorą, no niestety. I ona właśnie chodziła dusiła konie, nawet i człowieka mogła, zdarzało się, ale przeważnie o koniach mówili. Plotła warkocze, zawsze było naplecione warkoczy, także no był podobno sposób jedyny na to, żeby postawić lustro w stajni i jak zmora siebie zobaczyła i się przestraszyła i już nie przychodziła w to miejsce.
[Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2009]

[...] jak sobie te zmory upodobały, to żeby ich przestraszyć, żeby te zmory nie przychodziły no to mówiono, że trzeba lusterko postawić, jak widać było, że przychodzi do stajni i dokucza koniowi, to trzeba było koniecznie zanieść tam lustro do stajni, postawić, że jak się zmora zobaczy, spojrzy w to lustro i przestraszy się swojego widoku i więcej nie wróci w to miejsce. To taki był sposób.
[Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2011]

[…] to takie lustro, miał powieszone w tej stajni [...] I to lustro jak ona weszła zobaczyła się i, i już…[...] ja mówię: „Stryjku takie lustro masz w stajni?”. – „A to, córciu, trzeba, bo to zmora dusi konie, ona by mi zajeździła. Tylko trzeba powiesić sobie lustro, ona się zobaczy i ucieknie”. 
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Wierzono, że zmorę mecząca konia nocą można było podpatrzeć przez bukszę (żelazna rura wbita w piastę koła)  i przystawione do drzwi stajni drewniane brony. Wierzono także, że zmory zamieszkiwały i ukrywały się w różnych zakamarkach stajni i obór.

Na strychu, ale nie domu tylko na oborze, to zmory zawsze tam były. [...] w oborach, stajniach to były zmory i przychodziły do koni właśnie i koniom plotły warkocze. […]
[Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2011]

Według wierzeń jeśli zmora pochodzi z domu gdzie są trzy siostry, wtedy jedna dusi ludzi, druga drzewa i wodę, trzecia dusi bydło i zwierzęta domowe.
Niekiedy dana postać demoniczna nie ograniczała swej działalności tylko do dręczenia zwierząt, lecz stanowiła również synonim wszelkiego rodzaju zaraźliwych chorób wśród zwierząt. W okolicach Chełma wierzono że zmora przynosząca pomór na bydło chodzi odziana w białe szaty. W ciągu dnia pozostaje niewidoczna, a dopiero wieczorem można ją dostrzec pomykającą koło obór. Jeśli do jakiejś obory chuchnie – zwierzęta w niej zginą.

Zmory ludzkie
Zmory oprócz zwierząt napastowały również ludzi, zarówno kobiety jak i mężczyzn. Do domostw podchodziły nocą zaskakując człowieka podczas snu, przyprawiając go o duszności, powodując uczucie przygniecenia czymś niezwykle ciężkim. Do wnętrza domu dostawały się bardzo łatwo przyjmując postać np. słomki, ćmy lub komara i prześlizgiwały się nawet dziurką od klucza. Potrafiły również wysysać krew śpiącej ofiary.

Zmora dusiła męża
Oj, mój mąż mówił, że go dusiła zmora nawet, dusiła go, bo spał. Tu nie było, na tamtym podwórku starym to na przędsze to mówi. Aż ten dach tak się nachylał do, nad krowy. I trzy razy tak się unosiło  i z nimi. I mówi, słyszał jak szła, to co, był rozebrany, pasek ten co spodnie opasywał to - „A psik” na, że to kot idzie do niego. „A psik” - tym paskiem się oganiał. A to wie pan, nic tylko jak go przygniotło, to aż się ten strop ugiął i do góry, i znów. No i cóż? Później uciekła jakoś. Jak tam wezwał tam modlitwę jakoś tam „Pod Twoją obronę”, albo coś.  To też nie bardzo dobre, ale to własny mój mąż  opowiadał, że jak był chłopakiem jeszcze. [...] Nie widział po twarzy tylko mocno go przydusiła. [...] On słyszał jak po drabinie szła. I słyszał, i  - „A psik”, myślał, że to kot tak hyc, hyc leciutko i paskiem tym się oganiał. „A psik, a psik” - rzucał tym paskiem na nio i wraz go przygniotła, przy, przytłopiła go, mówi,  i tak, i tak go dusiła.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]

Zmora dusiła człowieka
[…] o tych zmorach, to była prawdziwa prawda była, bo to moja przyjaciółka, już ona nie żyje, też opowiadała, że jej, że jej brata to dusiła i przychodziła też i dusiła go. Tak samo. To jeszcze mówiła, że jeszcze pchała się do buzi do jego tam, językiem go tam, to był on się bojał, później wcale tam spać. Tak. To był, były jakieś, teraz tam nikt nie mówił o tych zmorach. Jakoś tera przestało być i zmorów nie ma i…[...] teraz może, może zmory to za dużo jest tych przejrzystych rzeczy w mieszkaniu, bo i lustra są i wejdzie się tylko to wszędzie lustra, to może się ona i boi, ta zmora. Ja tak sobie myślę.
[Janina Woch, Wólka Kątna, 2011]


[…] i najbardziej, że dusiły i ludzi, czy dziadek mi opowiadał czy ktoś, że mu się powaliła na piersi, coś takiego ciężkiego i że chciała myślał że już go udusi, jakoś tam się bronił przed tym, chciał ją zepchnąć, a to taki ciężar miał straszny i nikogo nie widział, że to pewno była zmora, go chciała udusić.
[Elzbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2009]

Ludzie próbując  bronić się przed atakiem zmory wykształcili różne techniki obronne:
1. Działania mające najczęściej charakter magiczno-praktyczny oraz w pewnym stopniu nawiązujący do reliktów tradycyjnych wierzeń z czasów pogańskich, np.:
w drugą noc po napadzie zmory należy zmienić miejsce spania,
należy spalić słomę, na której zmora dusiła człowieka,
wystrzegać się spania na jęczmiennej słomie,
należy zasypiać z nogą założoną na drugą nogę,
wystrzegać się spania na wznak,
należy zasypiać leżąc na brzuchu,
należy kłaść do łóżka siekierę, nóż, kosę, sierp lub inny żelazny i ostry przedmiot,
należało zjeść kolację w wychodku,
w drugą noc po napaści zmory nie należy kłaść się spać,
ułożyć się na łóżku odwrotnie,
pierś osób napastowanych smarowano kałem.

2. Działania o charakterze magiczno-dewocyjnym, w których wyraźnie dostrzec można wpływ tradycji chrześcijańskiej:
należy pokropić mieszkanie wodą święconą, a kredą święconą nakreślić trzy krzyżyki przy klamce,
podczas ataku należy modlić się,
zasypiając trzeba mieć obrazek św. Benedykta,
każdego wieczoru odmawiać pacierz,
należy odbyć bierzmowanie,
mieć podczas snu wodę święconą,
okadzić miejsce spania zielem święconym.

W praktyce życia codziennego obydwa kręgi działań wzajemnie się przenikają, dzięki temu ich skuteczność ma być większa. Istnieje również pogląd negujący celowość podejmowania jakichkolwiek działań obronnych ze względu na ich bezskuteczność, ponieważ człowiek nie jest w stanie przeciwstawić się siłą nadprzyrodzonym i jest uzależniony od ich kaprysów.

Często jednak, podobnie jak w przypadku innych postaci i zjawisk, człowiek poddawał sytuacje trzeźwej ocenie i próbował dziwne dla siebie zjawiska tłumaczyć zdroworozsądkowo.

Zdrowy koń nie miał zmory
No to było no, przeważnie na zmory to mówili, że jak grzywa skręcona u koni to zmora dusi, ale to żadna, nie żadna zmora tylko jeść się chciało koniowi [śmiech] i mówi zmora, bo dobry koń nie miał zmory, tylko jak biedny koń to grzywa była skręcona, no zmora.
[Stanisław Zawiślak, Motycz, 2011]

Poszły rano do stajni kuń zgrzany, a un nie pościelał, po mojemu to tak teraz ja se myśle, nie pościelał, koń miał mokro, wytyrzał się, z grzywy nie czesła, zrobił się ten kołtun, koń sie położył, to był na dole mokry, był mokry. U dobrego gospodarza to nie miał koń grzywy, zmory. U nas nie miał kuń, jakiegoś, może za ojca mojego miał, nie pamiętam.
[Karzimierz Błaszczak, Zabłocie, 2011]


Wilkołak
Postać wilkołaka ma odległy rodowód w słowiańskiej kulturze ludowej. Ten wątek wierzeń szczególnie charakterystyczny jest dla kultur ludów łowieckich. W świadomości mieszkańców wsi w XIX w. funkcjonowało trojakie rozumienie postaci wilkołaka:
1. Człowiek mogący przybrać postać wilka w dogodnej sytuacji – to rozumienie postaci zaliczyć można do najstarszych wyobrażeń.
2. Człowiek zamieniony w wilka przez innych ludzi posiadających magiczne moce (czarownicy, czarownice itp.).
3. Wilkołakiem mogła stać się dusza człowieka skazana na wieczne cierpienie za popełnione za życia czyny – to i powyższe wyobrażenie wyraźnie ukształtowane zostało pod wpływem chrześcijańskich wierzeń w czary i czarownice oraz pośmiertną karę duszy za grzechy popełnione za życia ziemskiego.

Według wierzeń ludowych w wilkołaka mogli przemieniać się owcarze, czarownicy, muzykanci, młynarze lub tzw. ludzie „obcy”.
Z Wilkołaz niedaleko Lublina pochodzi opowieść o człowieku, który według relacji przeistaczał się w wilka. Był to tajemniczy obcy mężczyzna, który nocował u  jednej z mieszkanek wsi. Człowiek ten wstał przed wschodem słońca, umył się w wodzie stojącej w korycie i ruszył przed siebie. Gdy słońce wzeszło, ludzie idący w tym czasie na pola zauważyli, że tam gdzie poprzednio stał ów człowiek, pojawił się wilk, który z wyciem pobiegł do lasu.

Według przekazów jednostki znające tajniki magii mogły na pewien czas przemienić ludzi w wilki – osoby takie nie zmieniały swojej postaci fizycznej, a jedynie traciły świadomość i zachowywały się jak zwierzęta. Przemiana taka według podań następowała najczęściej podczas wesela. Wynikało to z przekonania, że w momentach szczególnie ważnych dla życia człowieka działają różne złe moce.

O weselu puszczonym wilkami
Lat miała może dziewięć  jak przyszło wesele wilkamy zza Bugu. Trzydzieści kilometry od nas. I takie byli wystraszone te ludzie, tak strach na nich sie patrzyć. Ale nie byli wilkami, tylko ludźmi. No wystraszone i tak nie do siebie podobne. A później za jakiś czas tak ganiały sie, że nie wiedzieli, gdzie znaleźć przytułek. A późni za jakiś czas, może godzina przeszła i oni przychodzili do przytomności. I tak sie zbierały grupami, jedne drugich szukali. Zaleźli jedne drugich i pytali sie: - Czy ciebie głowa nie boli? A potem do drugiego mówi: - Bolo nogi, nie tylko głowa, no i nogi.
No i nasze ludzie starsze podeszli tam. Pytali sie: - Co to było? A mówi: - To wesele nasze było tam za Bugiem. I u nas jest taki czarodziej że nasz puścił wilkamy. I my szli do was trzydzieści, więcy jak trzydzieści kilometrów i nas nogi bolały, bo my byli  wtenczas jak zwierze jakie. A dopiero odczuwamy bóle w nogach. No i tak, na tym sie skończyło. I pytali sie: - Jaka to droga, jaka to wieś, gdzie my przybyli, jak żyjem to jeszczem tu nie byli, bo to młode ludzie byli i starsze ludzie byli. A my mówimy: - Przed Włodawo Żuków, przyszliście do nas. – My nie wiedzieli gdzie my mieli przyjść, kierujcie nas, gdzie so nasze strony!
Nie pamiętam, z którego oni miejsca zza Bugu, ale starsze ludzie mówili: - Kiedy z tego i z tego, to idźcie na Włodawie i na most. I tam będzie prom, i tam przejedziecie.

[Informator nieznany, Żuków, 1972]

Ludzi zamienionych w wilki odczarować mogła osoba która rzuciła czar, często jednak ludzie próbowali własnymi sposobami zdjąć zaklęcie. Za skuteczne metody uważano: przeganianie wilków przez rozłożone ręczniki, przewiązanie wilka ręcznikiem, wywoływanie imion osób zmienionych w wilki, przepędzanie wilka przez święcony ogród, pęknięcie pasa, którym opasany był człowiek w momencie przemiany w wilka, metodą było również okładanie wilka kijami.
Obecnie wierzenia w wilkołaki zanikły już niemal zupełnie lecz postać ta szczególnie mocno działa na wyobraźnie i fantazje współczesnych pokoleń.



Błąd/błędnica
To demon który mógł dręczyć i napastować zwierzęta gospodarskie. Płoszył on konie i wodził tak, że te nie mogły trafić do swoich zagród. Traktowano również jako demon leśny, który mógł wodzić ludzi po lesie, porzucając ich zagubionych.
Postrzegany był również jako demon bagienny w postaci błędnego ognika wprowadzającego zbłądzonych ludzi w topiel. Wierzenia ludowe podtrzymywały przekonanie, że błędne ognie to duchy ludzi pokutujących po zgonie. Najczęściej utożsamiano ogniki z duchami geometrów, którzy oszukiwali za życia prostych ludzi przy mierzeniu i przydzielaniu gruntów.
Ogniki wiązano również z duszami niegodziwych właścicieli ziemskich oraz ludzi zmarłych bez sakramentów (więcej w magii).

 

Anioł

W omawianym kontekście warto wspomnieć o postaci anioła. Nie jest on postacią demoniczną, nie mniej jednak w kontekście wierzeń demonicznych odgrywa zasadniczą rolę. W drugiej połowie XVIII w. duchowieństwo katolickie zapoczątkowało działania zmierzające do spopularyzowania i upowszechnienia, zwłaszcza w kręgach środowisk wiejskich i małomiasteczkowych, kultu istot anielskich – głównie wyobrażeń Aniołów Stróżów. Postaciom tym przypisano szczególne funkcje opiekuńcze – miało się to przyczynić do wyparcia ze świadomości ludowej tkwiących w niej wątków tradycyjnych wierzeń w opiekuńcze demony domowe. Głoszono więc, że Bóg dał Anioła Stróża każdemu człowiekowi, którego miał chronić przed wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwami. Oskar Kolberg podaje, że na Lubelszczyźnie anioły wyobrażano sobie jako skrzydlatych młodzieńców, postacie ubrane w szaty białe lub błękitne. Zlatywały one z nieba na ziemię i uprzedzały dobrych ludzi o mających nastąpić w przyszłości ważnych wydarzeniach. Mogły się ukazywać we śnie lub na jawie. 

 
Anioł w oknie
Byli tacy, co umierali, a domownicy widzieli anioła w oknie. Przyszła córka i mówi: „Mamo, mamo, przywieźliśmy księdza, niech się tato wyspowiadają, bo anioła widziałam w oknie”. [Matka] mówi: „Co ty pleciesz?” – „Oj mamo, jakie miał piękne szaty, jakie miał piękne skrzydła, a na głowie miał taki śliczny wianek, mamo, weźmy przywieźmy księdza, bo tato umru, bo to jest jakieś widziało”. I tak było, nie mieli konia, nim poszli do sąsiada, nim sąsiad przyjechał i nim pojechał, księdza przywiózł, to już dziadek nie żył. I czasami tak się słyszało, że opowiadali, jak jechał ktoś tam, to widział, jak anioł wyszedł – aaa, to w tem miejscu był cłowiek zabity i musi tam pokutuje, o. 
[Krystyna Misiak, Wola Osowińska 2012]
 
Wierzono również, że Anioł Stróż jest obecny w momencie śmierci człowieka – jeśli prowadził dobre, godne życie, przychodził wtedy po jego duszę.
 
Anioł Stróż przybywający po duszę
To było przed sama śmiercią, tak. To ja twierdze, jestem pewna, że to był Anioł Stróż, przyszedł po mamusię, bo mamusia była bardzo religijna. […] bo takie o, o tu w rogu [widziała]. Siostra wstała, bo, mówi, ptaszek chyba wpadł do mieszkania, bo czasem jak balkon otwarty […] patrzy, ptaszka nie ma, a mamusia hyyy z takim zdziwieniem, hyyy, tak jakby do niego, chciała go złapać. Hyyy, trzy raz i głowę położyła na ramię córki. No to nie Anioł Stróż?
[Irena Zamościńska, Częstoborowice 2012]
 
Funkcja aniołów była ograniczona jedynie do głoszenia chwały bożej. Zgodnie z Biblią są oni bożymi wysłannikami, zwiastują bliskość mających nadejść w życiu człowieka ważnych wydarzeń. Nie ma tam jednak ani słowa o ich naturze – skąd się wzięły, jak zostały stworzone. Jedynie Anioł Stróż miał człowiekowi towarzyszyć na co dzień, często razem z diabłem – wtedy obaj zapisywali codzienne uczynki człowieka, aby po śmierci decydować o miejscu jego dalszej egzystencji. Wiarę w anioły chrześcijaństwo przejęło z judaizmu. 
 


Z aktualnego stanu polskiej demonologii ludowej wnioskować można o pewnych postępujących zmianach i tendencjach jak np. obumieranie wierzeń w demony atmosferyczne i przyrodnicze (niektóre ich cechy w wyniku opisywanych procesów przejęły ludowe diabły); charakterystyczne jest również zanikanie wierzeń w opiekuńcze demony domowe (ich funkcje częściowo przejęły ludowo-chrześcijańskie wyobrażenia aniołów, a nawet diabłów); nastąpiło także wyeksponowanie wątków wierzeń diabłologicznych i parademonicznych.
Demonologia jest w fazie zaniku, to już chyba jeden z ostatnich momentów w polskiej kulturze ludowej, kiedy można zarejestrować jeszcze pewne ślady dawnych wierzeń. Zmieniał się model społeczeństwa wraz z poziomem wykształcenia ludzi, wzrósł poziom społecznej świadomości. Postępuje naukowe poznanie otaczającego nas świata i racjonalizowania go, nie interpretacja jego magiczna lecz logiczna. W takim świecie zaczyna brakować już miejsca dla wszystkich tajemniczych i magicznych istot charakterystycznych dla ludowego pojmowania rzeczywistości. Jednak mimo następujących zmian i transformacji nadal od najstarszych mieszkańców wsi usłyszeć można niesamowite opowieści o zmorach, diabłach, czarownicach, upiorach i wielu innych bytach nadprzyrodzonych. Opowiadający o nich ludzie zaręczają o prawdziwości swych historii, wierząc głęboko, że oprócz naszego ludzkiego świata funkcjonuje równolegle i oddziałuje zarazem na nasz świat, inny demoniczny wymiar, pełen niezwykłych, zagadkowych istot.

Opracował: Piotr Lasota

Rozmówcy

 

Karolina Bazan – K.B., ur. w 1930r. Nagranie - Zawadka, 2006r. Relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL 2008, nr 3-4. 
Janina Bąkała – J.B., ur. w 1909r., zamieszkała w Żyrzynie, gmina Żyrzyn. Nagranie – 1993r. Relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL, 2009, nr 1-2.
Kazimierz Błaszczak – K.B., ur. w 1931 r. w Zabłociu, gmina Markuszów, gdzie mieszka przez całe życie. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011r.
Bogusława Dziachan – B.D., ur. w 1945r. Nagranie - Garbów, 2002r. Relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL, 2008, nr 3-4.
Maria Gałczyńska – M.G., ur w 1939 r. w Majdanie Starym. Nagranie - Korchów, 2006 r. Relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL, 2009, nr 1-2.
Kazimiera Gawron – K.G., ur. w 1934 roku w Wólce Kątnej, gmina Markuszów, gdzie mieszka przez całe życie. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011r.
Maria Gleń – M.G., ur. w 1933 roku, we wsi Zakręcie, gmina Krasnystaw, gdzie całe życie mieszka. Nagranie – Piotr Lasota, 2011r.
Jan Ignaciuk – J.I., ur. w 1928 roku w Dańcach, gmina Hanna. Nagranie – Piotr Lasota, 2011r.
Władysława Janusz – W.J.,  ur. w 1937r. Nagranie - Kryłów, 2008r. Relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL, 2008, nr 3-4.
Zofia Kowalczyk - ur. 1930 r. w Rokitnie, gmina Rokitno. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011r.
Czesław Maj -  Cz.M., ur. się w 1923 r. w Motyczu, gmina Konopnica. Nagranie – Piotr Lasota, 2011r., nagranie z 1992r. - relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL, 1994, nr 1-2.
Krystyna Maj – K.M., ur. w 1930 r., w Motyczu, gmina Konopnica. Nagranie – Piotr Lasota, 2011r.
Wojciech Malec – W.M., ur. 1922 w Bukowej, gmina Biłgoraj. Nagranie – 2005r. Relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL, 2009, nr 1-2. 
Krystyna Misiak – K.M., ur. w 1928 r. w Ogonowie, gmina Ryki, powiat rycki; zamieszkała w Woli Osowińskiej, gmina Borki, powiat radzyński. Nagranie –Piotr Lasota, 2012 r.  
Czesława Mitrus - C.M., ur. w 1928 r. w Kozłówce, gmina Kamionka, gdzie nadal mieszka. Nagranie – Magdalena Pietrzak, 2011r.    
NN - informator nieznany. Relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL 1992r, nr. 3-4.
Janina Oleszek – J.O., ur. 4 czerwca 1934 r. w Kocudzy III, gmina Dzwola. Nagranie – Piotr Lasota, 2011r.                                                                                   
Karolina Oleszczak – K. O., ur. 1930 w Korchowie, gmina Księżpol. Nagranie – 2006r. Relacja publikowana w „Twórczości Ludowej”, TL, 2009, nr 1-2. 
Henryk Pacek - H.P., ur. w 1945 roku w Zabłociu, gmina Markuszów, gdzie nadal mieszka. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011r.   
Stanisław Tymoszczuk – S.T., ur. w 1926r. w Sawinie, gmina Sawin. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2011r.      
Janina Woch - J. W., ur. w Abramowie w 1925r., zamieszkała po ślubie w Wólce Kątnej, gmina Markuszów. Nagranie – Piotr Lasota, 2011r.        
Elżbieta Wójtowicz – E.W., ur. w 1949 r. w Wólce Kątnej, gmina Markuszów, gdzie nadal mieszka. Nagranie – Magdalena Wójtowicz, 2009, 2011r.        
Irena Zamościńska – I.Z., ur. w 1929  r. w Częstoborowicach, gmina Rybczewice, powiat świdnicki; zamieszkała w Lublinie. Nagranie – Piotr Lasota, 2012 r.    
Stanisław Zawiślak – S.Z., ur. w 1930r. w Motyczu, gmina Konopnica, gdzie nadal mieszka. Nagranie – Piotr Lasota, 2011r.

Przypisy

 

 

Literatura

Adamowski J., Obraz czarownicy w przekazach ludowych z południowej Lubelszczyzny, „Twórczość Ludowa”, 2009, nr 1-2.
Adamowski J., Praktyki, zwyczaje i wierzenia żniwne w przekazach mieszkańców zachodniej Lubelszczyzny, „Twórczość Ludowa”, 1994, nr 1-2.
Adamowski J., Wierzenia i zwyczaje polsko-ruskiego pogranicza, „Twórczość Ludowa”, TL 1992r, nr. 3-4.
Adamowski J., Diabeł w przekazach ludowych z Lubelszczyzny, „Twórczość Ludowa”, 2008, nr 3-4.
Bereszyński, S. Tomaszewska, Zwierzęta a zabobony, Poznań 2006.
Czyżewski F., Sposoby zażegnywania burzy, „Twórczość Ludowa”, 1993, nr 1-2. 
Pełka L. J., Polska demonologia ludowa, Warszawa, 1987.
Czyżewski F., Ze współczesnej demonologii, [w:] Etnolingwistyka 1, pod red. J. Bartmińskiego, Lublin 1988.
Karabowicz K., Gusła, przepowiednie i zabobony mieszkańców województwa chełmskiego, „Twórczość Ludowa”,1992, nr 1-2.
Kolberg O., Lud, Lubelskie, tom II, Kraków 1884.
Kossak Z. – Rok Polski. Obyczaj i wiara, Warszawa 1958.
Lasota P., Ludowa wizja postrzegania rzeczywistości w świetle historii mówionej, praca magisterska napisana pod kierunkiem prof. Haliny Pelc, Lublin 2009.
Lehr U., Wierzenia w istoty nadzmysłowe, „Etnografia Polska", t. XXVIII, z. 1.
Ogrodowska B., Zwyczaje, tradycje i obrzędy w Polsce, Warszawa 2001.
Pelcowa H., Przeszłość w językowym obrazie świata współczesnej wsi, [w:] Przeszłość w językowym obrazie świata, pod red. A. Pajdzińskiej i P. Krzyżanowskiego, Lublin 1999.
Podgórscy B. i A., Wielka księga demonów polskich. Leksykon i antolgia demonologii ludowej, Katowice 2005.
Powiłańska-Mazur D., Wątek wilkołaka w opowiadaniach ludowych, [w:] Kalendarz Lubelski, 1977.
Rożek M., Diabeł w kulturze polskiej. Szkice z dziejów motywu i postaci, Warszawa – Kraków 1993.

 

Skowronek A. J., Aniołowie są wśród nas, Warszawa 2001. 
Sopylak G., Zwyczaje i obrzędy związane z hodowlą zwierząt w Dąbrówce, „Twórczość Ludowa” 1998, nr 2-3.

Powiązane artykuły

Zdjęcia

Wideo

Audio

Historie mówione

Inne materiały

Słowa kluczowe