Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Edward Stachura – wspomnienia o Edwardzie Stachurze

Edward Stachura w pamięci lubelskich znajomych i przyjaciół.

 

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Mirosław Derecki

„Poezja i poker. Siedziało w nim jednocześnie dwóch ludzi. Ten pierwszy był liryczny, rzewny, sentymentalny, pełen kompleksów. Ten drugi – to londonowski tramp, zawadiaka, bywalec «saloonów» z Far Westu, jeździec prerii, syn «Igiełki Sosnowej» z książki Kiddi, «dziecię obozu» i nieszczęsny «Młody wygnaniec»… To chyba w Siekierezadzie pięknie pisze «Sted» o swojej ukochanej – «Gałązce Jabłoni» [...]. Ale ja znałem Stachurę z czasów, gdy nie było jeszcze Całej jaskrawości, Siekierezady i Piosenek, z okresu, gdy żył w stęchłej atmosferze studenckich spiętrzonych łóżek w KUL-owskim akademiku przy ulicy Sławińskiego, kiedy koczował miesiącami na kozetce w biurze Oddziału ZLP przy Granicznej, a rano odczytywał przy biurku pani Oldze Gajewskiej, sekretarce, wiersze, które napisał w ciągu nocy. W Oldze znajdował zawsze oparcie – jak w matce, jak w przyjacielu. Kiedy ukazał się jego debiutancki tomik, zbiór opowiadań Jeden dzień, napisał na pierwszej stronie: «Pani Oldze Gajewskiej, która zawsze wierzyła w Stachurę». Czytałem mu wiersze na jego pierwszym wieczorze autorskim, w klubie «Nora». Będę zawsze pamiętał ten wieczór: półmrok wielkiej sali, pełgające płomyki świec i skupioną twarz «Steda», gdy bezgłośnie porusza wargami. Jakby kontrolując każde padające z estrady, napisane przez siebie słowo…”.

Romuald Karaś

„Moje kontakty z Edwardem Stachurą zaczęły się w Lublinie, latem 1958 roku. Pracowałem jako reporter miejski w redakcji «Sztandaru Ludu», organie KW PZPR. Kolumna miejska trzymała całą gazetę, dosyć drętwą. Pewnego dnia, kiedy zastanawialiśmy się, co ma być gwoździem tej strony miejskiej, zjawiła się w naszym redakcyjnym pokoju grupa przebierańców. Na ża­dnym z nich nic nie pasowało: ani marynarka, ani spodnie, ani obuwie, Powód? Otóż w akademiku męskim przy ulicy Langiewicza pojawił się oszust karciany, ulokował się w pawlaczu i codziennie ogrywał mieszkańców Miasteczka Akademickiego. Był bez­względny do tego stopnia, że gdy partnerzy nie mieli już pieniędzy, a próbowali się odegrać, zastawiali części swojej garderoby. Przebierańcy znali tyl­ko jego pseudonim: Sted. Z miejsca opisałem tę historię jako Beryl [...]. Następnego dnia, gdy tekst ukazał się na stronie miejskiej «Sztandaru Ludu», do redakcji zawitał bohater przedstawionej opowiastki. Nie wyglądał na oszusta. Ale też i nie budził mojej sympatii. Więcej niż średniego wzrostu, blondyn, raczej ciemny niż jasny, mocno zarośnięty. Miał na sobie bardzo obcisłe dżinsy. Cuchnął papierosami i wódką. Mamrotał, że jest poetą i że został niesłusznie napiętnowany przez jakiegoś Beryla. Prawda, wedle jego bardzo szarpanej, dosyć nieskładnej relacji, przedstawiała się zgoła inaczej. To, co zgadzało się w moim tekście, to jego pseudonim: Sted. Nie jest żadnym oszustem. Po prostu idzie mu karta w pokera. I wygrywa. Ale to, co zdobędzie w trakcie karcianych seansów, potem topi podczas spotkań sza­chowych. Buty, marynarki, spodnie zastawione przez studentów roz­daje bezdomnym i biednym. Beryl powinien go opisać jako dobroczyńcę. Przerwałem monolog Steda, pytając, czy gdzieś na stałe pra­cuje. Zaczął coś przebąkiwać o swoich studiach na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Nie mogłem się zorientować, czy je zaczął, czy też przerwał. Zagadnąłem go o powieść Vercorsa Oranie morza, gdyż akurat była moją lekturą. Mówił o tej prozie z uniesieniem. W tym czasie dotarły do nas eseje Camusa Człowiek zbuntowany, które Sted znał w oryginale znacznie wcześniej. Zadziwił mnie przenikliwością uwag o Sartrze i egzystencjalizmie. Gdy znów zaczął pomstować na Beryla, że go pozbawił mieszkania w pawlaczu, zaproponowałem, aby zamieszkał razem ze mną na Ogródkowej, maleńkiej ulicy koło stadionu «Lublinianki». Z miejsca na to przystał. I podkreślił, że w przeciwieństwie do owego Beryla, co mu opinię zaszargał, mam dobre serce”.
[R. Karaś, Sted na Ogródkowej, Warszawa 2006.],

Tadeusz Kłak

„Edward Stachura był zawsze i jest dla mnie poetą «lubelskim». Pisząc to mam na myśli nie jakieś jego przypisanie do tego miasta lub obecność Lublina w postaci obrazów, motywów czy atmosfery w dziele autora Całej jaskrawości, nie, chodzi mi o sprawy w gruncie rzeczy bardzo proste i dosłowne. Poznałem bowiem Stachurę i widziałem go tylko w lubelskiej przestrzeni, na ulicach Lublina lub w miejscach, gdzie spotykali się młodzi pisarze tamtego czasu, tutaj zresztą Stachura raczej mało się pokazywał, jego drogi biegły na ogół inaczej [...]. Nie mogę powiedzieć, iż Stachurę znałem blisko i dobrze. Różnica pięciu lat na moją korzyść (ale cóż z tego jest za korzyść?) czyniła zapewne swoje. Ja studia miałem już za sobą i w różnych miejscach oraz rozmaitych zajęciach zawodowych szukałem dla siebie drogi [...]. Najłatwiej było więc o spotkanie na jakiejś imprezie literackiej albo w lokalu przy ulicy Granicznej, gdzie mieściła się wówczas redakcja «Kameny» oraz siedziba lubelskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Tam też Stachurę spotkałem kilkakrotnie. Zanim jednak osobiście go poznałem, wiele już o nim słyszałem, czytałem również jego utwory drukowane w «Kamenie». Początkowo przyjmowałem je z pewnymi oporami, nawet jeśli wydawały mi się odmienne od tekstów jego rówieśników, to nie na tyle, aby docenić ich odrębność. Okazało się później, iż poezję Stachury trzeba było najpierw usłyszeć, aby odebrać ją w pełnym brzmieniu. Przekonałem się o tym na jego wieczorze autorskim, jaki odbył się 2 lutego 1960 roku w lubelskim Klubie Związków Twórczych «Nora» przy Krakowskim Przedmieściu. O okolicznościach jego organizacji oraz przygotowaniach pisał Derecki [...]. Że poezja Stachury przemówiła do mnie, a nawet mnie olśniła, stanowiło w dużej mierze zasługę właśnie Dereckiego, który był jedynym recytatorem wierszy poety na tym wieczorze [...]. Ówczesne spotkanie z poezją Stachury sprawiło, iż zainteresowałem się nią jeszcze głębiej, czytałem jego wiersze po wielokroć i uświadamiałem sobie coraz wyraźniej ich odkrywczość i oryginalność”.