Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Edward Hartwig – o fotografii

Jestem niechcianym fotografem – powiedział w jednym z wywiadów Edward Hartwig. Wielokrotnie wspominał, że w młodości bardziej niż fotografia interesowało go malarstwo.

Plac Zamkowy
Plac Zamkowy (Autor: Hartwig, Edward (1909-2003))

Spis treści

[RozwińZwiń]

Fotografowanie

Mimo że niezwykłość mnie pociąga i lubię tematy nowe, chętnie jednak wracam do rzeczy znajomych i bliskich. Wiem, że najpiękniejszy nawet fotogram pejzażu, spoza strefy dobrze mi znajomej, z innego klimatu, i odległe mi kultury nigdy nie będzie wynikiem takiego zżycia się z atmosferą i takiego zrozumienia, jakie mam dla krajobrazów najbliższych, zwłaszcza Lubelszczyzny i południowych części Polski, do których bezustannie powracam. Nie muszę zresztą wyjeżdżać w poszukiwaniu tematów. Gonią mnie one również w Warszawie, która stała się dla mnie od lat drugim miastem rodzinnym. Zaadoptowałem się tu. Patrzę na to miasto jak rodowity warszawiak. I takie je też fotografuję.

Jestem „niechcianym” fotografem. Miałem inne plany. To mój ojciec był dobrym zawodowym fotografem i posiadał w Lublinie zakład. My obaj z bratem wcześnie rano, jeszcze przed pójściem do szkoły, musieliśmy kopiować portrety z negatywów. Brata to zupełnie zniechęciło, a i ja wtedy miałem zastrzeżenia do fotografii. Ojciec jednak z czasem zatrudnił mnie jako pomocnika w swojej firmie. Zacząłem się interesować tym, co robię. Traktowałem to jednak jako zajęcie przejściowe, jako przygotowanie do egzaminu na Akademię Sztuk Pięknych. Chodziłem już wtedy, po skończeniu gimnazjum, do prywatnej szkoły malarstwa profesora Henryka Wiercieńskiego.

Zdjęcia z lat trzydziestych są wyrazem mojego ówczesnego stosunku do fotografii, początkiem dyskusji z obowiązującym wówczas kanonem wierności rzeczywistości, z fotografią-dokumentem. Chciałem ten kanon przezwyciężyć, dodać coś od siebie. Może to były próby nieśmiałe. Ale w tamtych latach nie istniała agresywna, brutalna awangarda. Zmiany w sztuce przebiegały jeszcze ostrożnie. Powiedziałbym, że nie robiłem wtedy fotografii, lecz obrazy fotograficzne.

Wybierałem się w plener, szukałem pejzaży. Wiedziałem jednak, że w tym pejzażu musi pojawić się człowiek. Jeśli chodzi o to konkretne zdjęcie, to kiedy już na Sławinku, na peryferiach Lublina znalazłem kwitnącą łąkę, namówiłem znajome aktorki i tancerki z baletu, aby mi pozowały. [...] I tej zasady, że najpierw wybieram pejzaż, starałem się trzymać.

Na zdjęcia wychodziłem wcześnie rano. A wtedy po przedmieściach Lublina kończących się torfowiskami wędrowały mgły. Mgły unosiły się w dolinie Bystrzycy, snuły po leśnych drogach, gdzie czatowałem z aparatem na wieśniaczki niosące w zawiniętych w chusty koszach prowiant do miasta. Patrzyłem, którędy idą, wyszukiwałem odpowiadający mi fragment krajobrazu i kiedy wracały z miasta – fotografowałem. Były to moje pierwsze intuicje artystyczne, bardziej przeczucia niż świadomy program. W tamtym czasie jako pejzażysta dominował Bułhak. Mam dla niego wielkie słowa uznania, ale... bardzo bym się gniewał, gdyby mnie do niego porównywano. Bo Bułhak uprawiał kalkowanie natury, a ja młody adept, starałem się robić coś innego. Bułhakowi należy się jednak cześć, gdyż zwrócił uwagę na to, że trzeba fotografować Polskę. Odzyskaliśmy niepodległość, a Polacy nie znali swojego kraju.

Fragment wywiadu Estetyczna wrażliwość

Może będzie to niespodzianką, ale nie chciałem zajmować się fotografią. Mój ojciec wręcz wypędzał mnie z aparatem. Dawał mi aparat na szklane płyty, trzy kasety i mówił: „pójdź, zrób coś na Starym Mieście”. Mam jeszcze takie zdjęcie Lublina. Wisi u mnie w domu. Przymierzałem się na plastyka i przygotowywałem do egzaminu na Akademii Sztuk Pięknych w szkole prywatnej profesora Wiercieńskiego. Byłem zaprzyjaźniony z grupą ciekawych malarzy w Lublinie i Kazimierzu. Zostałem zaakceptowany jako swój człowiek. Asystowałem im, rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy. Na pewno doszedłbym do egzaminu na Akademię, ale stała się ważna rzecz w moim życiu: zakochałem się. Raz a dobrze. Miałem za punkt honoru, żeby nie być na garnuszku taty. Przyszedł moment, gdy stałem się następcą mojego ojca fotografa. Zacząłem fotografować. Zajmowałem się portretem, bo za to ludzie mi płacili.

Fragment wywiadu Z albumu i pamięci

Wstawałem więc o czwartej i szedłem nad Bystrzycę. Była większą rzeczką niż dzisiaj i stały tam takie chaty strzechą kryte. Prymitywne, lecz pełne uroku. Na tamte czasy uważano, że bardzo polskie i nikt się tego nie wstydził. Tam robiłem moje obrazy fotograficzne.

Fragment wywiadu Z albumu i pamięci

Swoje obrazy fotograficzne robiłem do tapczanu. Nikomu nie pokazywałem – gdybym nawet chciał komuś zaproponować, to w tamtym czasie nie było magazynów, nie było albumów. Nie było możliwości prezentacji. Przed wojną wydawano magazyn „As” w Krakowie. Później miałem tam sześć czy siedem okładek. Co było wielką niespodzianką, że mnie znaleźli w Lublinie na prowincji. „As” to było czasopismo ekskluzywne. Zyskałem nazwisko.

Fragment wywiadu Z albumu i pamięci

Fotografia przed wojną

W Wiedniu [...] poznałem nowoczesny sprzęt: ciężkie obiektywy z dobrą optyką. W Lublinie nie było wówczas ani jednego sklepu fotograficznego. Razem z ojcem narysowaliśmy, jak powinna wyglądać kamera. I według tego szkicu pewien miły starszy rzemieślnik wykonał nam sprzęt. Był to aparat z dużymi kasetami, wielkość negatywu wynosiła 9 x 12 cm. Toporne, statyczne urządzenie. W Wiedniu nauczyłem się też, jak się posługiwać sztucznym oświetleniem. Ale w Lublinie nie mieliśmy żadnych reflektorów ani lamp. Fotografie robiło się nadal tylko przy świetle dziennym.

Fragment wywiadu Estetyczna wrażliwość

Nie robiło się jeszcze zdjęć przy świetle sztucznym. Każdy fotograf, który specjalizował się w portrecie, a ojciec był właśnie portrecistą fotograficznym, musiał mieć taką samą pracownię, jak malarz: to znaczy: górne światło, boczne światło. Wymagało to sporych kosztów. Pracować mógł fotograf do zmierzchu. W zimie do pierwszej, drugiej godziny i trzeba było pracę odłożyć na drugi dzień. Również odbitki kopiowało się na dziennym świetle. Materiały były bardzo mało światłoczułe.

Fragment wywiadu Z albumu i pamięci

Bułhak był presją dla ludzi, którzy mieli aparaty. On wskazał – „róbcie swoje otoczenie”, „róbcie swoje ojczyste pejzaże”. Jego zasługa dla polskiej fotografii była olbrzymia. Polska fotografia pejzażu przeważnie naśladowała prace Bułhaka. Wówczas wszyscy się kochali w nowym polskim kraju. Mnie jednak nie wystarczało kalkowanie krajobrazu Polski. Sposób mojego patrzenia nie tworzył dokumentu. Robiłem pejzaże zupełnie inne: impresjonizm.

Fragment wywiadu Z albumu i pamięci 

Negatywy przedwojenne

Doprawdy jakimś cudem przetrwały one wojnę, zostały odnalezione osiem lat temu, nawet nie wiem kto je przechowywał. Proszę sobie wyobrazić, że po raz ostatni były prezentowane na wystawie Krajobraz polski w sierpniu 1939 roku w Warszawie w Kasynie Oficerskim. Wybuchła wojna, zdjęcia zaginęły, przepadły również negatywy, gdyż całe moje archiwum w Lublinie zostało zniszczone. Mogę mówić o wielkim szczęściu, że odnalazły się oryginały – nie ma ich duplikatów, są jak obrazy bez kopii. Dla mnie mają wartość nie tylko historyczną, ale i sentymentalną. To są zdjęcia robione przez innego Edwarda Hartwiga.

Fragment wywiadu Z albumu i pamięci

Fotografia artystyczna

Fotografia artystyczna, jako dziedzina młodej, żywej sztuki naszych czasów, przemawia do współczesnych swą nową formą ujęcia prawdy i piękna. Otaczający nas świat, jego elementy naturalne oraz dzieło powstałe z rąk ludzkich tworzą wspólnie bogactwo kompozycyjne; należy na nie umieć patrzeć i umieć wybierać.

Przy fotografowaniu nie jest istotne, jakim posługujemy się aparatem, natomiast ważny jest człowiek za obiektywem, jego obserwacja, wybór, decyzja i przeżycie, które ulega utrwaleniu i przekazywane jest innym. Praca fotografika jest nie tylko sprawą techniczną, ale, w większej mierze, przejawem jego kultury osobistej, temperamentu, pasji twórczej i świadomości artystycznej […].

W większości moich prac kładę nacisk na siłę tonalną – czerń i biel, często eliminuję prawie wszystkie formy pośrednie, nieraz stosuję „Heyh – Key” – zdjęcia o wyłącznie jasnych walorach. Wprowadzam solaryzację przede wszystkim dla nasilenia kompozycji linearnej. Moje doświadczenia lastyka wielokrotnie przeszkadzają mi w uprawianiu czystej fotografii i wywołują pewną walkę osobistą; stąd też wynika ta różnorodność formy i interpretacji natury żywej lub martwej […]. Pociąga mnie nowa kompozycja naturalnych elementów, które interpretuję często subiektywnie. Wiele moich fotografii zbliżonych do grafiki wydaje mi się szkicami. Jednak we wszystkich poszukiwaniach odrzucam to wszystko co może być dla odbiorcy niezrozumiałe […].

Fotografia jest realnym obrazem, powstającym na podstawie znanych praw fizycznych, może więc zawsze być wiernym rejestrem otaczającego świata. A że fotografię można wykonywać z pasją ludzką, zamykając w niej świat własnych przeżyć – jest dla twórcy prawdziwym szczęściem.

Fragment wstępu do albumu Edwarda Hartwiga Fotografika

Wystawy

Mniej więcej od roku przygotowuję wystawę dla „Zachęty". Tymczasem wystawiam swoje prace jakby na próbę – sprawdzam samego siebie. W Kielcach, nieco na uboczu miasta, powstał ostatnio bardzo ładny klub z piękną galerią. Zaproponowano mi tam wystawę. Przyjąłem to zaproszenie i było moim marzeniem przedstawienie 15 prac. Jest łatwiej przedstawić więcej prac, bo kiedy pokazuje się zaledwie 15, żadna z nich nie ujdzie uwagi publiczności. Oczywiście nerwy nie wytrzymały i zrobiłem 20 zdjęć – z żadnego nie umiałem zrezygnować. Szkoda! A jednak moja wystawa podobała się, była zresztą bardzo ładnie eksponowana: wśród zaproszonych na otwarcie gości znalazł się Jerzy Olek. Po jakimś czasie napisał do mnie list, w którym stwierdził, że jest zaszokowany tym, co zobaczył, że nie spodziewał się, że ja mogę coś takiego zrobić. W tych moich fotografiach nie było żadnej rewelacji, tyle że ja przeistoczyłem się w innego fotografa, przedstawiłem inny niż dotychczas sposób myślenia o fotografii.

Fragment wywiadu Psy czy koty? Fotografia czy fotografika? Kolor czy...?

Literatura

  1. Hartwig E., Estetyczna wrażliwość, rozm. A. i A. Bernatowie, „Nowe Książki” 1999, nr 12.
  2. Hartwig E., Psy czy koty? Fotografia czy fotografika? Kolor czy...?, rozm. A.B. Bohdziewicz, „Format” 1997, nr 24/25 (3–4).
  3. Hartwig E., Fotografika, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 1960.
  4. Janowska P., Z albumu i pamięci – wspominki Edwarda Hartwiga, „Na Przykład” 1999, nr 1–2, (65–66).

Powiązane artykuły

Zdjęcia

Galerie

Inne materiały

Słowa kluczowe