Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Danuta Bieniaszkiewicz na spotkaniu z cyklu „Magiczne Oko”

Skrócony zapis spotkania z red. Danutą BieniaszkiewiczMagiczne Oko. Opowieści z lubelskiego radia" z 13 lutego 2006 r. w Ośrodku "Brama Grodzka- Teatr NN".

od lewej D. Jakubiak, D. Bieniaszkiewicz, E. GrochowskaBakcyl radiowy
Początek mojej kariery radiowej miał miejsce kiedy jeszcze byłam w szkole średniej. Jak wiadomo powstało tutaj [w Lublinie] pierwsze studio radiowe, prowizoryczne z kocami po bokach itd., w gmachu w którym dzisiaj mieści się biblioteka Łopacińskiego.
Prowadzący wówczas dział taki kulturalno- oświatowo- muzyczny pan Jerzy Pleśniarowicz, dowiedział się, że dwie szkoły, mianowicie sławny „Zamoy” i „Urszulanki” zorganizowały wspólnie na 14 lipca, w święto narodowe Francji interesujący, ciekawy i piękny spektakl. To wszystko było oczywiście przeznaczone dla szkół, ale dzięki p. Jerzemu wyszło po za szkoły i Farsę o mistrzu Pathelinie - bo tak to się nazywało - we fragmentach, na prośbę pana Jerzego przedstawiliśmy w radiu. Ja grałam małżonkę pana Pathelin. Druga część naszego przedstawienia to był Paryż, były tam tańce, były śpiewy - fragmenty tej części były również wykonane w radiu. A naprzeciw poczty stał wtedy wielgachny głośnik, a pod głośnikiem wszyscy wielbiciele dziewczyn i wielbicielki chłopców, którzy wystąpili w tym spektaklu.
Także, ten mój radiowy początek odbył się bardzo wcześnie i muszę powiedzieć, że zostawił ślad.
Kiedy znalazłam się na uczelni - Katolicki Uniwersytet Lubelski wydział polonistyczny, humanistyka - to zaczęliśmy organizować, nie tylko nasza grupa, spotkania, spektakle. Zwłaszcza prawnicy wiedli tutaj prym. I z tego grona wyrosło kilku pisarzy, którzy potem pisali dla prawdziwych teatrów, zdobyli sobie znaczące nazwiska. To było piękne, rozsadzała nas potrzeba robienia czegoś więcej poza chodzeniem na wykłady i seminaria. Stąd tyle osób, tych młodych, także z najmłodszych roczników trafiło do radia. Po zorganizowaniu rozgłośni lubelskiej wielu przystąpiło do prób, jedni zostali, inni odpadli, ale wszyscy pokochali bardzo to radio. Tym bardziej, że to nie ograniczało się do tego, że robiliśmy programy radiowe, ale od razu jakby weszliśmy w społeczeństwo. Wydawało nam się, że jesteśmy przemądrzy, że wszystko potrafimy.
Proszę mi wierzyć, przyjaźnie, które na początku swojej pracy w radiu zawarłam ja i moi koledzy, ta więź z radiem jako bardzo specyficznym rodzajem twórczości, to przetrwało.

Dziennikarz radiowy
Człowiek który nie posiada wrażliwości na świat, nie poświęca mu uwagi - i to także tym małym światkom, nie tylko wielkiemu światu, który jest oczywiście najbardziej interesujący, pełny- nie będzie dobrym dziennikarzem.
Moją pracę radiową poprzedziły różne rzeczy. Mam tu na myśli studia. Studiowałam w okresie gdy KUL był siedliskiem wspaniałych ludzi, wyjątkowych i jeśli ktoś niczego od tych ludzi nie uzyskał, to znaczy jemu nie należało się, po prostu nie nadawał się.
Wtedy na KUL-u była elita polskiej nauki, byli to ludzie, którzy nas uczyli nie ucząc - tylko prezentując jak trzeba żyć, aby to życie dało nam coś więcej niż tylko to że jem, że siedzę, że żyję, że coś tam robię. Mówili jak trzeba pewne rzeczy szanować, co w sobie rozwijać. Po za tym byli to ludzie niekiedy z olbrzymim poczuciem humoru i uczyli nas śmiać się, bawić się różnymi sytuacjami. To mnie w jakiś sposób przygotowało do pracy w radiu. Sprawiło, że brałam udział w nagraniach, że je sobie wymyślałam, ponieważ akurat przeczytałam czy usłyszałam, że wchodzi jakaś nowa dziedzina wiedzy.

Danuta Bieniaszkiewicz i Dominika JakubiakW rozgłośni lubelskiej
Zanim jeszcze powstały redakcje, bo na początku nie było jeszcze takiego porządku, były takie programy niemalże „z doskoku”. Trudno to nawet nazwać zwartym programem, ale mimo wszystko dążyliśmy do tego, żeby to wszystko co robimy ułożyć według jakiś zasad, naśladując oczywiście najważniejsze radio w Polsce.
Była to Polska dziwna, była to Polska niezwykła, powiem tylko, że jej niezwykłość - także i to, że myśmy nie mieli żadnego doświadczenia w radiowej pracy i wiele innych warunków sprawiło, że robiliśmy to wszystko z wielkim entuzjazmem, z wielką pomysłowością i myślę, że robiliśmy to wcale niegłupio.

Po rozpoczęciu działalności lubelski ośrodek podejmował tematykę wszechstronną: rolnictwo, rozwój miasta, kultura i sztuka itd. Po fabrykach się latało, marzło się na przystankach... My radiowcy, byliśmy zapaleni wtedy ogromnie, była nas mała garstka.
Zajmowałam się wszystkim, ponieważ było nas mało. Ktoś się czegoś dowiedział, usłyszał, czasami przeczytał w gazecie, że gdzieś tam ktoś w jakimś domu zakłada coś w rodzaju świetlicy i uczy młodzież śpiewania, tańców polskich – robiło się reportaż.
Musiałam jechać do cukrowni do Garbowa. Nie miałam jeszcze własnego aparatu, mikrofonu. Owszem, mogłam go dostać na jakiś czas, ale do Garbowa by mi nie dali – jeszcze zgubię, albo ktoś mi go w drodze odbierze. Pamiętam jak ja sumiennie, z tą garstką ludzi, którzy mnie oprowadzali, jakie ja robiłam szczegółowe notatki co tu wsypują, dlaczego tak się robi, a to się miesza, co z tego będzie itd. Następnego dnia była premiera w teatrze - to ja już tam!

Redakcja Literacka
Dość szybko powstała redakcja pod nazwą literackiej. Ogromną zachętą do pracy było to, że cała czwórka, która znalazła się wówczas w tej redakcji, że każdy z nas potrafił coś napisać, czy to wiersze - jak Jurek Księski, czy to felieton literacki, później nawet słuchowisko - jak Janusz Danielak, opowiadanie radiowe, z uwzględnieniem tego, że to nie jest do druku, że będzie to wypowiedziane przez kogoś - jak Zbyszek Stepek. Był to rodzaj wszechstronności, którą też reprezentowałam. Chodziłam na próby – na niektóre po kilkanaście razy, kiedy już zaczęłam zajmować się teatrem jako jednym z działów redakcji literacko-artystycznej. Gdy robiono „Hamleta” byłam codziennie, dlatego, że z kreacji aktorki, która grała Ofelię zrobiłam reportaż przyjęty w Warszawie z ogromnym aplauzem. Dziewczyna grająca Ofelię uważała, że nie zagra swojej roli tak, żeby w teatrze było jak makiem zasiał, jeżeli ona nie zobaczy jak się ma zachować. Umówiła się z lekarzem z Abramowic, który prowadził wtedy klinikę i przez prawie miesiąc chodziła tam, gdzie przebywały na leczeniu kobiety w wieku Ofelii. I zagrała to przecudownie... A reportaż od razu „poleciał” do Warszawy.

Specyfika radia
Znalazłam taką zapiskę, nawet nie pamiętam do kogo ją wygłaszałam. Zaczyna się to tak: Twórczość radiowa jako przedmiot badań literaturoznawczych to rzecz niemal tak rzadka jak wybitne radiowe dzieło literackie, a może nawet rzadsza. Od początku swego polskiego istnienia, czyli od roku 1924, kiedy to powołana została spółka, która stała się zaczątkiem tak dziś potężnej firmy, był nowy środek przekazu tematem licznych publikacji prasowych, niekiedy naukowych. W tych pierwszych latach nie treści jednak, lecz zagadnienia i zagadki techniki najbardziej interesowały tych, którzy pisali o radiofonii, natomiast mniej o tym czym sztuka radiowa jest.
Mam tu takie zdanie, w którym starałam się krótko przedstawić czym jest ten cud radiowy: W zapisie literackim możemy powiedzieć, że ktoś rozpacza, w radiowym wykonaniu my możemy to wszyscy usłyszeć: jak płacze, jak narzeka, jak się męczy. Po prostu staje się to czymś.
Napisałam ten artykuł, o tym, jak ja, już jako radiowiec odczuwałam specyfikę radia, to co tak wciąga wszystkich radiowców, że oni nie opisują tylko własnym słowem, ale poprzez własne słowo, własne podejście do człowieka, z którym rozmawiają, oni zapisują pewną, a może nawet pełną prawdę. To jest jeden z tych cudów, jedna z rzeczy, które tak bardzo wciągają ludzi którzy stają się radiowcami. Słysząc ludzki głos i tę opowieść, której często mówiący nie kontroluje - wtedy to jest niesłychanie cenne kiedy on się nie zastanawia nad każdym słowem, tylko gdzieś z niego najważniejsze i najlepsze rzeczy wychodzą, albo najweselsze, najciekawsze, jakieś przeżycie, jakieś spojrzenie często jedne na jakieś miejsce albo człowieka – tego inaczej nie potrafimy opowiedzieć, jak właśnie słowem. A słowo, które jest zwiększone, które jest jakby rozpostarte przed ogromnym gronem ludzi, tak jak właśnie czyni to radio, jest czymś wyjątkowym. Być może dlatego ja, przez tyle lat, nigdy się tym nie zmęczyłam, nie znudziłam i nadal jeszcze jak czasem Małgosia Żurakowska prosi o felieton, to ja lecę jak na skrzydłach do tego miejsca, które jest naprawdę moim miejscem, jeśli się ponad pół wieku robiło to co ja.

Fascynacje Danuty Bieniaszkiewicz
Czechowicz to moja wielka miłość. Mój szlak czechowiczowski wiedzie od czytania Czechowicza, od pierwszych prób opowiedzenia czegoś najpierw o jego twórczości – polonista, to zawsze polonista, zwłaszcza kochający poezję – a potem, jakbym chciała wiedzieć o nim wszystko. Wspólnie z Sylwestrem Woronieckim, kolegą o podobnych zainteresowaniach, zrobiliśmy „Ciszę”. Wspomagał mnie, ponieważ miał większe doświadczenie reżyserskie, pracował również w teatrze. Zrobiliśmy również razem z Sylwkiem, z pomocą jeszcze kilku osób z naszej rozgłośni, taką dużą audycję o Czechowiczu, w której udział wzięła między innymi pani Maria Kuncewiczowa. To jest audycja warta przypomnienia, warta w ogóle nauczenia się jej - nazywa się „Czysty Józef”. Duża audycja obejmująca i to co mamy w muzeum i wszystkich, którzy wspomagali nas swoją wiedzą, jakimiś małymi rzeczami, które gdzieś wygrzebali o Czechowiczu. Mnóstwo ludzi sprawiło, że ta audycja o Czechowiczu naprawdę zdobyła sobie dużą sławę w kraju, nie tylko Warszawa z niej korzystała. Myślę, że wielu otworzyłam oczy i uszy na Czechowicza.
Nie mogę mówić o Czechowiczu jako przedmiocie, czy też podmiocie czy bohaterze moich audycji, ponieważ jest to dla mnie człowiek tak bliski, poprzez swoją korespondencję, poprzez wzruszenia, które on przeżył, poprzez miłość do matki – to jest naprawdę ogromna miłość i jest dla mnie zawsze poruszająca - ja go ogromnie cenię, kocham, szanuję. A „Koń rydzy” jest jednym z moich ulubionych „czytadeł”, wracam do niego często. Wiele Czechowicza umiem na pamięć, nawet tych tekstów pisanych prozą rzekomo, ale u Czechowicza wszystko jest właściwie poezją.
Także mam takich swoich ulubionych bohaterów, drugi jest na pewno Chopin. Ten jego wojaż do Poturzyna – właśnie pierwsza moja audycja o Chopinie nosi tytuł „Lubelski wojaż pana Szopę”. Później jak byliśmy na Majorce, właściwie głównie po to aby obcować ze śladami Chopina - i przygotowałam wówczas „Listy Chopina z Majorki”. Muszę powiedzieć, że ogromne szczęście dla mnie to było, że ja mogę pojechać, czy do Poturzyna, czy do Valdemosy i że ja mogę być tak blisko wtedy, tak blisko... Jak wchodzę do pomieszczeń klasztoru, właśnie ma zamiar wychodzić jakaś wycieczka, a ktoś siedzi przy fortepianie i w to wszystko wchodzi Chopin, grany może cokolwiek niedbale, ale on, zawsze on...
Ja ciągle w coś wchodzę, a jak wchodzę to tracę głowę i zagłębiam się za bardzo, potem muszę rezygnować, potem mi tak żal, że to się nie zmieściło…

Audycja „Głosy z wypalonej doliny” (1982) – jak pytać o trudne wspomnienia?
Pytać o te rzeczy nie trzeba - trzeba znaleźć taki moment kiedy ludzie poczują, że człowiek, który przyszedł posłuchać opowieści, nie przybył tylko po to, żeby to komuś powtórzyć, opowiedzieć, żeby się popisać, tylko, że to jest człowiek, który też wiele przeżył i potrafi naprawdę zrozumieć – i oni wtedy się otwierają.
Jeden z bohaterów tej audycji mówi, że człowiek po strasznych przeżyciach już do końca życia ma w głowie takiego robaka i ten robak drąży. Jeśli ci ludzie spotkają się z człowiekiem, po którym widać, że czuje, rozumie i towarzyszy temu - to oni się otwierają, wydobywają z siebie różne rzeczy, których może komu innemu by nie powiedzieli, może nikomu by nie powiedzieli... Ci ludzie mówili wtedy tak szczerze, ja wybrałam tylko epizody.

Po co radio?
Głównie po to żeby jeden człowiek, zechciał drugiemu, wiedząc, że usłyszą to także inni, powiedzieć o tym, o czym wie, czego się nauczył, czego doświadczył. Nie mówimy w radiu tylko o tragicznych rzeczach, mówimy o pięknych, o wspaniałych, o nieznanych, mówimy o zwyczajnych. To jest po to, aby człowiekowi czasami – jak to się mówi - tylko „kamień spadł z serca”, żeby czasami odczuł, że to nie jest tylko jego sprawa ale, że ktoś inny potrafi się tym przejąć, czasami coś doradzić, podpowiedzieć.
Dzisiaj niestety radio poszło trochę w innym kierunku – dużo, byle jak i prędko. A do rozmowy z człowiekiem trzeba mieć cierpliwość i powiem rzecz banalną zupełnie – trzeba kochać ludzi, albo przynajmniej lubić, a już w najgorszym wypadku znosić. Jeżeli dziennikarz radiowy nie posiada żadnej z tych cech, to nie będzie on zwyciężał w jakichś wielkich konkursach, nie będzie on umiał słuchać inaczej, mówić inaczej, przekazać inaczej niż tylko jako tylko proste wydarzenie i jeszcze w dodatku polszczyzną „pożal się Boże”.

Ocalić od zapomnienia
Moim motywem, moim napędem do tego, co tutaj próbujemy stworzyć – takie koło miłośników tej pięknej radiowej sztuki - było to, że zobaczyłam, że to mi wymyka się z rąk, że to ginie i za chwilę zginie. I w tej chwili to jest jeden kierunek, tu w tym miejscu, które poznałam i pokochałam. Iluż ja mam - z czasów kiedy prowadziłam już redakcję naukową - na taśmach ludzi, którzy opowiadają o swojej pracy, wprowadzają nas w świat nauki, nowych kierunków itd. Jak Waksmundzki zaczyna opowiadać o tych swoich światłowodach, no to przecież człowiek się zasłuchuje ja w bajkę. Pracując w naszym radiowym archiwum już sobie wypisuję rzeczy, które tam bezwzględnie powinny się znaleźć, żeby chociaż tam zachować głosy tych ludzi…

 

 

Transkrypcja i redakcja: Barbara Zarosińska

Zdjęcia

Słowa kluczowe