Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Czerwiec 1989 – przebieg i skutki wyborów 4 czerwca 1989 roku

Po ustaleniu terminu wyborów czerwcowych przy Okrągłym Stole, doszło do mobilizacji wszystkich niemal sił PZPR. Założono koalicję ze Stronnictwem Demokratycznym (SD) i Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym (ZSL), zgromadzono fundusze i ustalono strategię. To samo, choć na mniejszą skalę, odbywało się w Komitecie Obywatelskim. Poparcie społeczne, niechęć obywateli do komunizmu i potrzeba zmiany przesądziły o zwycięstwie „Solidarności”.

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Kampania wyborcza Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”

Do kampanii wyborczej zarówno Komitet Obywatelski, jak i władze PRL podeszły bardzo poważnie. Strategia opozycji była bardzo dokładnie przemyślana. Polegano głównie na działaczach związkowych oraz inteligencji katolickiej w terenie. Zakładali oni regionalne oddziały Komitetów Obywatelskich, starając się utworzyć oddolny, społeczny ruch popierający „Solidarność”.

Jako sposób prezentacji kandydatów wybrano pokazanie „Solidarności” jako jednolitego, zorganizowanego bloku. Starano się tłumić wszelkie spory w łonie KO, łagodzić tarcia personalne i ideowe. Najważniejszym pomysłem propagandowym było stworzenie „drużyny Wałęsy”. Polegało to na prezentowaniu na plakatach wyborczych fotografii startującego kandydata z Lechem Wałęsą. Była to doskonała metoda promowania działaczy „Solidarności” – wizerunek bardzo popularnego przewodniczącego NSZZ dodawał wiarygodności często mało znanym startującym. Komitet Obywatelski wyznaczył dokładnie tylu kandydatów, ile było miejsc, aby uniknąć podzielenia elektoratu – dało to „Solidarności” znaczną przewagą nad podzieloną koalicją PZPR.

Kampania wyborcza miała być obliczona na maksymalne zbliżenie do obywateli. W zebraniach i spotkaniach wyborczych uczestniczyli aktorzy i artyści, poza informacją i agitacją oferując wyborcom rozrywkę. Przygotowywano specjalne „ściągi”, mające wskazać jak głosować (duża część obywateli PRL przyzwyczajona była do mechanicznego wrzucania kartki do urny). Promocja kandydatów za pomocą plakatów i ulotek dopełniała obrazu kampanii.

Jedyną słabością kampanii KO „S” było ograniczenie dostępu do środków masowego przekazu. Opozycja miała prawo do jednej godzinnej audycji w radiu i jednej półgodzinnej w telewizji. Pierwszy raz doszło do emisji 9 maja – programy były jednak cenzurowane lub zawieszano ich emisję. Paradoksalnie, szkodziło to raczej reputacji koalicji PZPR niż „Solidarności”.

O wiele lepiej wyglądała prasa opozycji. Wznowiono wydawanie „Tygodnika Solidarność”, uzyskano też poparcie redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Ósmego maja ukazał się pierwszy numer „Gazety Wyborczej”, która odegrała ogromną rolę dla propagandy opozycyjnej. Lech Wałęsa mianował redaktorem naczelnym Adama Michnika, który w niezwykłym tempie rozbudował pismo do roli najsilniejszego dziennika na krajowym rynku. Udało się w ten sposób przełamać monopol informacyjny PZPR, a z czasem zepchnąć ją do defensywy.

Poza KO „S” w wyborach wystartowało kilka mniejszych partii opozycyjnych, jak „Solidarność Walcząca”, UPR, PPS- RD czy KPN. Ponieważ nie uczestniczyły one w obradach Okrągłego Stołu, nie otrzymały dostępu do mediów. Spowodowało to marginalizację tych partii i spadek ich znaczenia.

Kampania wyborcza partii

Kampania wyborcza koalicji PZPR, ZSL, SD i Paxu była, mimo większej siły, słabiej zorganizowana. Koalicjanci nie mogli dojść do zgody, w kwestii wystawianych kandydatów – doszło do podziału i tak niewielkiego elektoratu. Dochodziło także do licznych, nierzadko bardzo ostrych konfliktów personalnych – niektóre osoby usuwano z PZPR, by nie mogły stratować z list partii. Kampania wyborcza większości osób była prowadzona bez energii, wielu kandydatów wychodziło z założenia, że i tak zwyciężą, więc wysiłek jest zbędny. Powielano wzorce z wyborów PRL-u – organizowano niezbyt interesujące spotkania, na których prelegenci czytali programy z kartek, ignorowano pytania z sali, nie próbowano nawiązać kontaktu z wyborcami. Oczywiście akcje takie miały bardzo niewielką popularność – na jednym z nich, w województwie radomskim, na spotkanie z 5 kandydatami koalicji PZPR stawiło się jedynie 7 osób. Wyjątkami były kampanie Aleksandra Kwaśniewskiego i Mieczysława Wilczka, prowadzone w zachodnim stylu, dynamiczne i efektowne.

Problemy koalicji pogłębiała dodatkowo mylna strategia kampanii, stawiająca na indywidualności (w opozycji do skonsolidowanej „drużyny Wałęsy”). Prezentacja każdego kandydata z osobna sprawiała, że wydawali się oni podzieleni, co dodatkowo zniechęcało elektorat.

PZPR, wciąż dysponując Służbą Bezpieczeństwa, dopuszczała się dodatkowo „brudnych” chwytów. Zrywano plakaty, usiłowano zastraszyć kandydatów opozycji. Usiłowano dezinformować społeczeństwo za pomocą oszczerczych plakatów, które fałszywie przypisywano KO „Solidarność”.

Główny specjalista koalicji PZPR do spraw kampanii wyborczej, Janusz Reykowski, zalecił zintensyfikowanie propagandy w ostatnim tygodniu przed wyborami. To rozwiązanie, zapożyczone z Zachodu, było bardzo skuteczne w państwach demokratycznych – ale w 1989 roku ludzie przede wszystkim szukali innej niż PZPR partii, na którą mogliby głosować. Początek kampanii, kiedy „Solidarność” ujawniła się i zaistniała w świadomości społeczeństwa, jednoznacznie doprowadził do zwycięstwa kandydatów Komitetu Obywatelskiego.

Przebieg i wyniki wyborów czerwcowych

Tuż przed wyborami nastroje wśród opozycji były niezbyt dobre. Odcięci od badań opinii publicznej członkowie Komitetu Obywatelskiego przewidywali, że uda im się zdobyć kilka mandatów, ale liczyli się też z możliwością całkowitej porażki. Z kolei koalicjanci PZRP byli pewni zwycięstwa „ponieważ dotąd zawsze wygrywali” i ignorowali alarmujące doniesienia o nastrojach społeczeństwa.

Wczesnym rankiem w niedzielę 4 czerwca 1989 roku otworzono lokale wyborcze. Frekwencję wyborczą oceniono na niezbyt wysoką – nie głosowało ponad 10 milionów Polaków z 27 milionów uprawnionych do głosowania. Było to wynikiem postępującej apatii społeczeństwa, które nie wierzyło, że wybory mogą coś zmienić. W całym kraju nastroje były spokojne, nie doszło do żadnych rozruchów.

Pierwsze wyniki zelektryzowały opozycję i PZPR. Wszystko wskazywało, że Komitet Obywatelski „Solidarność” odniósł niebywałe, miażdżące zwycięstwo. Ze 161 miejsc w Sejmie dostępnych w wolnych wyborach, w pierwszej turze opozycja zdobyła 160, a pozostały kandydat przeszedł do drugiej tury. Ze 100 miejsc w Senacie w pierwszej turze kandydaci „Solidarności” obsadzili 92, o pozostałych mandatach również miała rozstrzygnąć druga tura. Z kolei partyjni kandydaci, zajmujący 65 proc. miejsc zagwarantowanych Okrągłym Stołem nie otrzymali więcej niż kilka procent głosów (z wyjątkiem trzech, nieformalnie popartych przez „Solidarność”) i o swoje mandaty musieli walczyć w drugiej turze. Klęskę poniosła lista krajowa, z której tylko 2 na 35 startujących uzyskało więcej, niż wymagane 50 proc. głosów (a i to prawdopodobnie dzięki nieuważnemu skreślaniu przez wyborców – ich nazwiska znajdowały się na samym końcu kart do głosowania).
Klęska koalicji PZPR była całkowita – na kandydatów KO „S” głosowano w wojsku, w milicji, nawet w okręgach wyborczych obsadzonych przez partyjną nomenklaturę.

Reakcje PZPR i opozycji

Dla władzy wynik wyborów był szokiem. Okazało się, że elita PZPR nie może liczyć na lojalność nie tylko społeczeństwa, ale też swoich własnych podwładnych. Bojąc się wybuchu antykomunistycznych nastrojów wśród społeczeństwa, władze zdecydowały się na zastraszenie decydentów opozycji. Komitetowi Obywatelskiemu zagrożono unieważnieniem wyborów, reakcją „betonu” partyjnego, nawet interwencją ZSRR, jeśli nie będzie przestrzegać okrągłostołowych ustaleń. Wszystko to było desperackim, ale sprytnym blefem – erozja partii była bardzo zaawansowana, zaś z Moskwy nie dochodziły żadne groźne sygnały.
Przywódcy „Solidarności” byli jednak bardzo zaskoczeni, a nawet przestraszeni własnym sukcesem. Przywykli do polityki gabinetowej, na równi z władzami bali się rozruchów społecznych. Nie mieli też precyzyjnych informacji o nastrojach w kraju, nie mówiąc już o polityce zagranicznej. Obie strony zgodziły się więc na zmianę ordynacji w czasie wyborów (co nie było zgodne z prawem) by umożliwić wybór działaczy PZPR. Spowodowało to utratę zaufania do Komitetu Obywatelskiego przez część wyborców, pragnących szybkich zmian.

W drugiej turze wyborów, która odbyła się 18 czerwca, „Solidarność” zdobyła ostatni, brakujący mandat poselski, dzięki czemu osiągnęła 100 proc. możliwych do obsadzenia miejsc w sejmie kontraktowym. Z ośmiu miejsc w senacie, opozycja zdobyła siedem. Jedyny mandat w senacie, który nie przypadł „Solidarności” zajął Henryk Stokłosa, kandydat niezależny, powiązany z władzami (warto zauważyć, że jego konkurent z KO, Piotr Baumgart, był jedynym startującym, który nie promował się zdjęciem z Lechem Wałęsą).

Frekwencja drugiej tury wyborów wyniosła zaledwie 25 proc. – wobec wejścia do Sejmu niemal wszystkich kandydatów „Solidarności” w pierwszym głosowaniu, wyborcy stracili zainteresowanie walką partyjnych kandydatów. Było to kolejne upokorzenie dla koalicji PZPR, której członkowie zdali sobie sprawę, że mają przeciw sobie ogromną większość społeczeństwa.

Wybór prezydenta

Dwudziestego trzeciego czerwca 1989 roku nowo wybrani posłowie i senatorowie opozycji utworzyli Obywatelski Klub Parlamentarny (OKP). Pierwszym zadaniem, z jakim mieli się zmierzyć był wybór prezydenta. PZPR wyznaczył na to stanowisko gen. Wojciecha Jaruzelskiego, co początkowo wywołało sprzeciw niemal całej opozycji, a jak się wkrótce okazało, również posłów ZSL i SD. Przedstawiciele władzy rozpoczęli negocjacje, początkowo usiłując zastraszyć OKP i swoich koalicjantów, potem zaś oferując ustępstwa. Z kolei Lech Wałęsa promował na stanowisko prezydenta gen. Czesława Kiszczaka, mając nadzieję na podzielenie PZPR. Ostatecznie 19 lipca Zgromadzenie Narodowe, składające się z obu izb parlamentu, wybrało na najwyższy urząd w państwie Wojciecha Jaruzelskiego. Na uwagę zasługuje fakt, że jeden z posłów OKP głosował za jego kandydaturą, podczas gdy przeciw było kilku parlamentarzystów ZSL, SD i PZPR. Kandydatura generała przeszła zaledwie jednym głosem, bardzo dobitnie pokazując, jak słabym mandatem do rządzenia dysponują komuniści.

Rząd Mazowieckiego

PZPR, chcąc za wszelką cenę ratować swoją pozycję, na stanowisko premiera desygnował Czesława Kiszczaka. Dwudziestego piątego lipca Lech Wałęsa zdecydowanie odrzucił tę kandydaturę, oświadczając, że czas, by władzę w Polsce przejęły siły cieszące się zaufaniem narodu. Drugiego sierpnia 1989 roku sejm odrzucił projekt rządu Kiszczaka.

„Solidarność” miała przed sobą dwie drogi: pierwszą, popieraną przez Bronisława Geremka i Adama Michnika był sojusz z PZPR za cenę kolejnych ustępstw. Zwolennicy tej koncepcji sądzili, że tylko przez związanie się z dysponującą realną władzą partią komunistyczną da się dokonać dalszych zmian w Polsce. Z przeciwną opcją wystąpili Jarosław i Lech Kaczyńscy. W ich ocenie należało związać się koalicją z ZSL i SD, dzięki czemu „Solidarność” całkowicie uniezależniłaby się od PZPR i uzyskała realny wpływ na politykę. Po początkowym wahaniu, Lech Wałęsa wybrał propozycję braci Kaczyńskich. Umożliwiło to, po trwających trzy tygodnie ustaleniach, utworzenie pierwszego niekomunistycznego rządu w powojennej Polsce.

Lech Wałęsa na premiera wyznaczył Tadeusza Mazowieckiego. W swoim expose, wygłoszonym 24 sierpnia 1989 roku, Mazowiecki zapowiedział daleko idące zmiany w ustroju państwa. Wciąż unikał jednak otwartego konfliktu z PZPR, deklarował ostrożne i spokojne posuwanie się naprzód. W swoim przemówieniu użył słów „przeszłość oddzielamy grubą linią” – choć Mazowieckiemu chodziło o zerwanie z dziedzictwem PRL, zdanie to przeszło do historii jako zapowiedź nieformalnej amnestii dla działaczy komunistycznych. Dwunastego września sejm przegłosował ustanowienie nowego rządu bez jednego głosu sprzeciwu.
Na 24 członków gabinetu Tadeusza Mazowieckiego połowa wywodziła się z „Solidarności”, po 4 z ZSL i PZPR, 3 z SD, jeden był bezpartyjny. Rząd cieszył się ogromnym poparciem społecznym – początkowo 84 proc. obywateli deklarowało sympatię dla premiera, a po trzech miesiącach jego urzędowania liczba ta wzrosła do 90 proc. Dzięki temu możliwe stało się przeprowadzenie ogromnych zmian politycznych i gospodarczych (plan Balcerowicza). Słabością rządu była nadmierna ostrożność, która utrudniała szybkie reformy i umożliwiała tworzenie się patologii (uwłaszczenie nomenklatury).

Dwudziestego października 1989 roku, w Dzienniku Telewizyjnym aktorka Joanna Szczepkowska tak podsumowała temat wyborów:
Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.



Opracował Ziemowit Karłowicz

Powiązane artykuły

Powiązane wydarzenia

Zdjęcia

Wideo

Historie mówione

Inne materiały

Słowa kluczowe