Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Andrzej Strug – lubelskie wątki w twórczości

Lublin pojawia się w twórczości Andrzeja Struga aż w czterech utworach: Dzieje jednego pocisku (1910), Chimera (1917), Odznaka za wierną służbę (1921), Pokolenie Marka Świdy (1925). Temat ten ma u niego zdecydowanie charakter wspomnieniowy i zaistniał w utworach, które śmiało można uważać za autobiograficzne, dotyczące jego dzieciństwa i młodości, zwłaszcza jego działalności podziemnej przed I wojną światową, służby w Legionach, pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości.

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

„Odznaka za wierną służbę”

Tylko w jednym z utworów Strug nie ukrywa się w literackiej fikcji za imieniem swego powieściowego bohatera, lecz sam spisuje swoje żołnierskie wspomnienia w prowadzonym przez siebie pamiętniku. W Odznace za wierną służbę Lublin znajduje się na legionowej drodze Struga – polskiego żołnierza-ochotnika, kawalerzysty Władysława Beliny-Prażmowskiego. W swym prowadzonym prawie na bieżąco dzienniku opisuje radosną scenę wkroczenia szwadronu polskich legionistów do Lublina 30 lipca 1915 roku pod dowództwem ówczesnego porucznika Stanisława Grzmota-Skotnickiego. Patriotycznie nastawieni Lublinianie zgotowali im wtedy gorące, wręcz entuzjastyczne powitanie:

Lublin, 28 sierpnia 15. Po raz pierwszy od początku tej wojny czuje człowiek, że jest w Polsce i że dla niej łba nadstawia, a nie dla najszlachetniejszego przywidzenia. Niech żyje ziemia lubelska! Gdybyż ci sami lublinianie wiedzieli, co my za wdzięczność czujemy dla nich za ich serdeczne powitanie i przyjęcie!
Nasz szwadron pierwszy ze wszystkich wojsk zajął Lublin. Komenda austriacka surowo zakazała brygadzie dyrygować się na Lublin, a jak na złość wyznaczyła nam odcinek, który mijał to drogie miasto o niecałe dziesięć wiorst na zachód. Ale wczoraj Grzmot samowolnie porwał nasz szwadron i rypnął się na łeb na szyję ku Lublinowi. Nikomu się nie opowiadał i dobrze zrobił. Przed południem dopadliśmy rogatek i po nieznacznej strzelaninie utorowaliśmy sobie drogę. Rozsypaliśmy się po mieście – nie ma Moskali, nie ma Austriaków, sami jesteśmy! Aż tu od razu, jakby zawczasu przygotowane, wyległy ogromne tłumy. Przed magistratem i przed cudną, starą Bramą Krakowską oblegli nas rozentuzjazmowani patrioci. Mowy, okrzyki, uściski, kwiaty, papierosy, wino, kiełbasa, mnóstwo ciastek, owoce – nie było nawet gdzie tego wszystkiego podziać. Mnóstwo cudnych panien, biało ubranych jak na święto, starzy i młodzi, wszyscy w radości i uniesieniu! My zaś zgłupieliśmy zupełnie, bo w tej Polsce przywykliśmy do obojętności i do zniewag, ale do żadnych serdeczności! Toteż dygotali z przejęcia nawet najgłupsi ze szwadronu. Wiwat Lublin! Nareszcie coś się przełamało na lepsze. Wszyscy jesteśmy jak pijani, jakbyśmy wjechali w jakieś strony niepojęte, gdzie jest wszystko insze i cudowne.

Do Lublina wróci Strug jeszcze raz w trakcie swej legionowej przygody. W marcu i kwietniu 1916 roku przybędzie tu, po trudach i znojach krwawej kampanii wołyńskiej, na rekonwalescencję i podratowanie osłabionego raną w płuco zdrowia. Ten epizod też zostanie zanotowany w jego dzienniku, gdzie wspomina swój pobyt w szpitalu legionowym:

Lublin, kwiecień 1916 r. Od miesiąca wypoczywa się rozkosznie w najporządniejszym, prawdziwym łóżku! Jedzenia w bród. Miło tu, bo to nasz własny szpital legionowy. Lekarze, siostry, panie, które nas odwiedzają – wszyscy są z naszego bractwa, z pierwszobrygadowego. W każdej sali na ścianie portret Komendanta czuwa nad chorymi i poharatanymi żołnierzami. Nie brak tu dekantów, są łaziki, ale sami nasi.
Jak się tu rozkosznie spało nocami i dniami! Napychali człowieka jajeczkami, kotletami, spijało się dobre wino. Wypocząłem za wszystkie czasy i prędko będę zdrów.

„Dzieje jednego pocisku”

Pozostałe trzy utwory, w których można odnaleźć ślady lubelskich wspomnień Struga są zdecydowanie powieściowymi fikcjami, mocno opartymi na autentycznych, autobiograficznych wątkach zaczerpniętych z życia samego autora. W jednym z nich Lublin wymieniony jest nawet z nazwy. W Dziejach jednego pocisku Strug wspomina czasy swej nauki w lubelskim gimnazjum gubernialnym, swych profesorów, kolegów, ich wspólne przygody i doświadczenia, osadzone w realnym kontekście Lublina. W zbudowanej w powieści scenie toczącej się pociągu, towarzysz Marek, wypuszczony niedawno z więzienia działacz PPS-owski, rozpoznaje w siedzącym w drugim końcu wagonu swojego kolegę z dawnych lat szkolnych, Szabłowskiego, nazywanego w klasie „Szablonem”:

Marek miał nieprzepartą ochotę podejść do tego pana, walnąć go z całej siły dłonią po łopatce, jak się robiło dawniej, a potem ucałować się z nim mocno z dubeltówki, żeby aż zęby zatrzeszczały. A potem o tych dawnych czasach. O profesorze Łopacie, o Dobciu, o starym, łysym „Homerze”, o kolegach: Wacku, Siwku, Jacku, o pijaczynie Ziuczence, pomocniku gospodarzy klasowych, szpiegu uczniowskim i nauczycielu „śpiewów”, któremu wyprawiało się najwspanialsze kawały przed kilkunastu laty w mieście Lublinie. O brudnej cukierence na Rynku, gdzie konspiracyjnie schodzili się starsi uczniowie na bilardzik i koniaczek. O nocnych wyprawach po cywilnemu, o zamachu „terrorystycznym” na profesora Bojanka, filozofa-maniaka, który nie stawiał nikomu stopnia wyższego nad dwóję i który ze zbytku uczoności powiesił się na klamce. O pannie Anuli, w której kochał jeden, i o cudnej pannie Kazi, za którą szalał drugi. Co też się dzieje z tymi dziewczętami, bez których żyć nie mogli, a które teraz hodują „cudze” dzieci. O wielogodzinnych, gromadnych kąpielach na owych Rurach, gdzie łapało się również raki, obkuwało się na egzaminy i gdzie w rozpaczach miłosnych miał się topić pewnego roku, w miesiącu czerwcu, w klasie piątej – ze wzajemną umową przyjacielską w tej jednakowej niedoli.

„Chimera”

Wspomnienia z lubelskich lat szkolnych pojawiają się także kilka lat później w mocno autobiograficznej Chimerze, tak naprawdę opisującej historię życia Andrzeja Struga. Główny bohater powieści, Przecław Borszowski (nazwisko to Strug przyjmie później w loży masońskiej jako imię braterskie), przechowuje w swoich papierach gruby, niebieski zeszyt  z czasów swojej nauki w gimnazjum. W pamiętniku tym nie pada co prawda ani razu nazwa Lublin, ale łatwo jest rozpoznać w literackiej fikcji autentyczne elementy wspomnień Struga z lat młodzieńczych. Piękne jest przywołanie przez niego swej pierwszej miłości:

Sporo kartek z wielokropkami i z cała masą wykrzykników. To pierwsza miłość – Wichna. Grube, jasne warkocze, wielkie, słodkie oczy. I usta, które parzyły ogniem, gdy je całował przelotnie, ukradkiem, przemocą, w rozkoszy i wstydzie.

Można też zastanawiać się – choć na to pytanie nigdy już chyba sobie nie odpowiemy – w jakim stopniu plany akcji wymierzonych przeciw carskiej władzy, które snuje młody bohater w piątej klasie gimnazjum, są tylko literacką fikcją, a na ile odzwierciedlają stan ducha, a być może realne zamierzenia młodego Tadeusza Gałeckiego:

Wymyśliłem i rozważyłem wiele bohaterskich czynów, a wszystko ja sam jeden miałem wykonać (…). Przychodziło mi na myśl, żeby podpalić koszary artyleryjskie – dużo tam leży słomy, to byłoby łatwe. Albo zabić gubernatora! Chodzi sam na spacery do Choinek. Coś takiego zawsze dałoby się zrobić.

Ukończenie szkoły oraz uzyskana matura również stanowią moment skłaniający powieściowego bohatera do refleksji, w których odnaleźć chyba można myśli i skryte marzenia samego Andrzeja Struga z roku 1893:

Carska szkoła dała mi dzisiaj «świadectwo dojrzałości». Nie przypuszczali oni, żem ja już dawno dojrzały. Ale zbywszy się niewoli uczniowskiej, mogę od razu rozwinąć skrzydła. Hej życie! Jakże ciebie pragnę, jak ja cię uwielbiam! Jakżeż cię czuję całem mojem młodem zdrowiem!
Ileż we mnie sił, ochoty, radości! Wszystko wabi. Budzi się taka straszna ciekawość… Co to będzie? Jak to będzie?
Wyczuwam coś niesłychanego. Gdy w tej chwili wsłuchuję się w ciszę nocną, słyszę w szeleście drzew w naszym ogrodzie jakieś szepty tajemnicze, które tej nocy opowiadają mi całe moje przyszłe życie.
(…) Będzie tam wielkie cierpienie i wielka radość, będą może i tragedie… Niech będą!
(…) Jednak strasznie się chce pisać. Toć przecie piszę ten mój pamiętnik i – już szeptały o tem drzewa – że będę w Polsce wielkim pisarzem.
(…) Los to piękny. Jednak czyż nie jest wyższem powołaniem tworzyć życie nie piórem, a czynem? Marzy mi się jakaś ogromna działalność w narodzie. Marzyło mi się nieraz, już dawno, że to może ja (...).

Bardzo symptomatyczne jest to, że pamiętnik ten redagowany był przez młodego Przecława Borszowskiego w zaciszu dworku, który bardzo przypomina podlubelski majątek Konstantynów, gdzie Tadeusz Gałecki spędził swoje dzieciństwo i młodość. Tak naprawdę tych kilka fragmentów pozwala nam być może odtworzyć atmosferę rodzinnego domu i urok ogrodu, na który otwierał się dwór:

Zdaje mi się, że gdybym tylko odważył się, wstał od stolika, przy którym piszę, i wyszedł teraz w tej chwili do ogrodu, to, siadłszy na mojej ławce pod lipą, usłyszałbym najwyraźniej wszystko, co o mnie mówią między sobą drzewa (…). Słodka, ciepła noc czerwcowa. Pod lipą nieprzebity, czarny mrok, ale przez zwisające gałęzie migocą gwiazdy; na łączce, która o tej porze wydaje się dziwnie rozległą, czernieją tu i owdzie skupione gromadki malw. Usnęły ich barwy, wszystko wokoło ciemnoszarawe, zlewa się ze sobą, tylko z oddali wśród mroku bije w oczy świeżo wybielona ściana dworu z poza gęsto obsadzonych wokoło domu włoskich orzechów. Aż tu sięga jędrny, gorzki zapach ich liści (…). Oto cichy dom rodzicielski; wszystko wokoło od dziecka znajome, takie serdeczne, rodzone… Aż łzy rozczulenia… Matka…ojciec…. Jakiż on z nimi szczęśliwy.

„Pokolenie Marka Świdy”

Do młodzieńczych lat lubelskich Andrzej Strug sięgnął jeszcze raz, w kolejnej powieści, Pokolenie Marka Świdy. Tu również literacka fikcja czerpie z życiowego doświadczenia autora, który po raz kolejny przelewa na papier niektóre dzieje i wydarzenia swojego życia. Łatwo jest rozpoznać w pierwszym etapie życia głównego bohatera, Marka Świdy, wychowywanego w rodzinnym majątku Jordanowice na Podlasiu, lubelski kontekst ojcowskiego folwarku w Konstantynowie. Nie można mieć wątpliwości co do prawdziwego tła powieści, skoro – gdy mowa o Jordanowicach – pada w utworze do dzisiaj zresztą funkcjonująca w Lublinie nazwa „Zimne Doły”, miejsca bardzo blisko położonego od Konstantynowa, o charakterystycznie pofałdowanym ukształtowaniu terenu:

Zimne Doły zajmowały kilkanaście morgów parowów i wertepów, obrosłych pokręconymi choinami i wszelakiem krzem. Niegdyś parowami wiła się drożyna, którą chłopi z Zieleńca przemykali się w ukryciu i skracali sobie drogę do niedalekiego traktu.

Akcja powieści dzieje się na swym wstępie w szlacheckim dworku, do którego prowadzi lipowa aleja, a w którym młody panicz często kłóci się ze swoim ojcem zarzucającym mu, że nie ma szlacheckich gustów. Być może Strug przywołuje tu swoje rozmowy z ojcem, niezadowolonym, że syn nie garnie się do przejęcia gospodarowania ziemskim majątkiem (który sprzeda zresztą w 1901 roku kilka lat po śmierci ojca):

Wywiązywała się rozmowa przewidziana do najdrobniejszych szczegółów. Stary wypominał litanię synowskich niedołęstw i uchybień, a Marek odgryzał się apatycznie, jakby z musu. Kapelusz i biały kitel ojca znikały wreszcie za krzakami.


Ale nie tylko sam Konstantynów przywołany jest w tej powieści. Mimo że akcja utworu przeniesiona jest następnie do Siedlec, gdzie młody Marek Świda uczęszcza do gimnazjum, odkrywamy tak naprawdę Lublin z okresu carskiego zaboru końca XIX wieku, którego obraz wydaje się być jednak dość ponury i smutny. Strug nawet łatwo, można by rzec świadomie, pozwala nam odgadnąć miejsca, o których pisze – nie mamy żadnych wątpliwości co do ich lubelskiego rodowodu:

Miasto było nikczemne. Nic się tu nigdy nie działo. Dziura pełna gęstej nudy. Wszystkie twarze znajome. Wszystko z góry wiadome. Moskiewskie sfery czynownicze i wojskowe znowu na pierwszym miejscu. Po krótkim okresie niejakiego wahania ustaliła się tu po dawnemu Tuła «Rodina moja». Z przepychem i paradą, z niezmiernym napływem kudłatego popostwa, poświęcono właśnie nową cebulastą cerkiew, olbrzymie paskudztwo, które zawaliło na wieki wieczne jedyny piękny plac miasta. Już tłuką w ogromne garnkodzwony na pohybel lepszym nadziejom.

Oprócz placu Litewskiego, na którym władze carskie zbudowały i uroczyście poświęciły pod koniec października 1876 roku przypomnianą wyżej przez Struga prawosławną cerkiew (symbol dominacji Rosjan w podbitej Polsce, zburzony zresztą tuz zaraz po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku), w powieści odkrywamy również inne miejsca Lublina. Widzimy hotel „Janina” (obecnie budynek kuratorium na rogu ulic 3 Maja i I Armii Wojska Polskiego), w którego specjalnej salce odbyła się uczta koleżeńska maturzystów (w rzeczywistości Tadeusz Gałecki brał w niej udział trzynaście lat wcześniej niż jego alter ego, Marek Świda). Jest też mowa o stancji u pani Habinakowej, u której faktycznie młody Tadeusz Gałecki mieszkał w czasie swojej nauki w gimnazjum, od chwili, kiedy to słynny ze swej wrogości do Polaków dyrektor Siengalewicz zakazał mu dojeżdżać do szkoły bryczką z Konstantynowa, dopatrując się w tym nagannych, wielkopańskich manier. Pada również nazwa ulicy Jezuickiej na Starym Mieście, jako miejsca, gdzie młodzież gimnazjalna odwiedzała domy publiczne (choć co prawda zgromadzeni w hotelu „Janina” maturzyści uroczyście poprzysięgli sobie, że robiąc rachunek sumienia na całą przyszłość w tym tak uroczystym i podniosłym dniu tam się nie udadzą).     

 

Opracował: Paweł Matyaszewski
Redakcja: Monika Śliwińska