Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Analiza reportażu Zdzisława Kazimierczuka „Skazany”

Spis treści

[RozwińZwiń]

Reportaż Skazany autorstwa Zdzisława Kazimierczuka ukazał się w tygodniowym dodatku do „Sztandaru Ludu”- „Kultura i życie”, Nr 37, 02.10. 1966r.

Do redakcji dziennika zgłosił się zdruzgotany mężczyzna i opowiedział swoją historię. Leonard Żołądek- bo o nim mowa, to człowiek, przeciw któremu „zaprzysięgli się wszyscy”. Zdzisław Kazimierczuk szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego spotkał go taki los.

Schemat reportażu oparty jest głównie na wyznaniach bohatera. Uzupełnieniem całości są opinie mieszkańców o bohaterze.
Bohatera poznajemy, kiedy czeka na wyrok sądu. Ma około czterdziestu lat. Jak pisze Kazimierczuk, miał „zmęczoną twarz, a jego oczy wyrażały coś pośredniego między skrajną rezygnacją a przestrachem. Być może jedno i drugie, bowiem już na pierwszy rzut oka robił wrażenie istoty zaszczutej i nieodwracalnie przegranej”. Następnie autor przybliża życiorys bohatera. Jego ojciec walczył w legionach, „za co obiecali mu ziemię”. Nigdy tej ziemi nie otrzymał. Ojciec bohatera zmarł pokaleczony przez maszynę młyńską i od tej pory Leonard mieszkał z matką w Tyszowicach. Dzięki pomocy proboszcza matka dostała rentę i za otrzymane pieniądze kupiła ziemię, „dokończyła budowę rozpoczętego przez męża domu, postawiła nawet stodołę”. Niestety cały dobytek zniszczył pożar, jednak matce udało się odbudować dom. Fakty te zostały przytoczone przez autora, aby czytelnik zrozumiał, iż „chłopak wyrastał w atmosferze pracy”. Czasy wojny utkwiły w głowie bohatera jako „okres nędzy, rozpaczy, głodu”. Wspomina, że Tyszowice „w ostatnich dniach wojny i tuż po niej znalazły się na skraju ziemi spalonej”. Z dalszej części reportażu wynika, że ziemia, na której zamieszkiwał nie była wymierzona, nikt nie wiedział ile, kto ziemi uprawia. Opisując postać reportażysta oparł ją na opinii sekretarza Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej w Tyszowcach: „Żołądek? Oczywiście dobrze go znam. Mieszkał na naszym terenie z matką do 1954 roku. Mięli dom na Wojciechówce, byli biedni i uczciwi”. Sekretarz opowiada, że bohater był zaradnym człowiekiem. Potrafił na siebie zarobić naprawiając gramofony, robiąc zdjęcia. Po wojnie nie było fotografów, więc „zarobił trochę pieniędzy”. Z relacji sekretarz wynika, że Żołądek nie posiadał zbyt wielu kolegów, nie pił wódki, nie palił papierosów, był oszczędny. Podanie przez Kazimierczuka opinii sekretarza dodało reportażowi autentyzmu.

Kolejny akapit to powrót do historii opowiadanej przez głównego bohatera. Jest to opowieść w pierwszej osobie. „Moim ulubionym zawodem jest rolnictwo”. Dlatego też w Tyszowicach chciał założyć własne gospodarstwo rolne. Władze powiatu hrubieszowskiego pomogły. Dostał 10 ha odłogów w Turkowicach. Władze chciały, aby Leonard zachęcił swoich sąsiadów by osiedlili się razem z nim w Turkowicach. Odpowiadali, że nie chcą, „bo tam nie ma dobrych ludzi”. Początkowo nie wierzył w te słowa. Myślał, iż nie chcą pracować na roli. „Wieś jest rozrzucona na przestrzeni kilku kilometrów, bez elektryczności i bitej drogi. Dziesięć kilometrów do Tyszowic chodzi się głównie na piechotę”. Mowa jest tu także o spółdzielni produkcyjnej, która powstała w ramach kolektywizacji wsi. Liczyła trzydziestu członków, lecz jak to w owym czasie bywało, wykorzystywali ją do swoich prywatnych celów, „każdy tę spółdzielnię doił do swego garnka”. Za pieniądze pochodzące ze spółdzielni członkowie kupowali ziemię oraz „inne majątki” a całość przepisywali na matki, nieletnie dzieci. Wszystko, po co by nie zwracać na siebie uwagi władz. Takie postępowanie doprowadziło do upadku spółdzielni.

Reportaż został także wzbogacony o dialog między głównym bohaterem a władzami, które prezentują trzej przedstawiciele GRN „każdy, kto się na naszym terenie osiedlał, otrzymał 15 tys złotych bezzwrotnej pożyczki. Jest u nas kilku takich. Więc Żołądek też na pewno taką pożyczkę otrzymał...”. Żołądek ripostuje: „Na zagospodarowanie przydzielono mi 4,5 tyś. złotych z powiatu tomaszowskiego i 4,5 tyś. złotych z powiatu hrubieszowskiego”. Za zapomogę bohater zakupił niezbędne rzeczy do gospodarstwa oraz przeniósł budynki, z Tyszowic. W reportażu polemizują władze twierdząc, że zawsze pomagali, tłumaczyli jak prowadzić gospodarstwo, dawali rady. Zarazem stwierdzają, że sam zainteresowany nigdy nie korzystał z owych rad. Zgoła odmiennie sytuacje przedstawia pokrzywdzony: „zwracałem się o pożyczkę, ale obiecanej pożyczki złośliwie i bez wyjaśnień już mi nie udzielono”. Z tego powodu przeniesione z Tyszowic budynki gospodarcze uległy zniszczeniu. Przedstawiciele gromadzkiej władzy odpierają jednak atak: „na początku (...) Żołądek dawał sobie radę, nawet ziemie wyprawił, miał niezłe plony, ale on nie umie gospodarować”. Udzielili gospodarzowi kolejnej dobrej rady, aby się ożenił: „gdyby wziął kobietę, która by nim kierowała, to może coś wyszłoby z tej gospodarki”. W tym miejscu padają konkretne zarzuty pod adresem Leonarda „zaczął kraść. Siedział w więzieniu za kradzież. Pokradł dużo rzeczy – maszynę w Sahryniu, kultywator w Mołożowie, otwory okienne”. Żołądek inaczej przedstawia przebieg zdarzeń. Według niego to jemu wyrządzano krzywdy. Okradano „na domiar złego padły mi krowy na motylicę”. Żadnego odszkodowanie nie dostał gdyż „w tomaszowskim, jak wiadomo, byłem już wymeldowany, a w hrubieszowskim powiedzieli, że nie mają rejestrów i na tym się skończyło”.

Kolejny fragment tekstu to opis początków życia we wsi. Reportażysta pisze, że Żołądek „był inni niż wszyscy”. Mało towarzyski, nie pił wódki, gardził papierosem, nawet jego strój odbiegał od normy. „Nosił stary wojskowy płaszcz”. Sąsiedzi kpili z jego zachowania i wyglądu. Kazimierczuk zwraca uwagę, na to w jaki sposób się wysławiał – mazurzył. Ludność okoliczna mówiła „elektryczność” a on „elektrycność”. Zarzucano mu, że inaczej pracuje. Nie mogli pojąć, że zamiast „do domu ciągnąć wszystko, co popadnie i skąd się da, konsultował ze starych części kupionych na złomie narzędzia, maszyny rolnicze”. Fragment ten doskonale odzwierciedla mentalność ludzi i sposób życia w tamtym okresie.
Leonard Żołądek kierował się w życiu zasadą samodzielności, pracowitości. Potrafił zrobić wiele rzeczy sam: poskładał traktor, chciał zbudować wiatrak do wytwarzanie energii elektrycznej. Dążył do unowocześnienia swojego gospodarstwa. Te czyny również spotkały się z falą krytyki. Ludzie gadali, że z niego to leń, nie chce pracować tylko myśli o mechanizacji. W roku 1957 zamierzał się ożenić, miał dziewczynę, natomiast jesienne prace polowe chciał wykonać własnym ciągnikiem oraz innym sprzętem, który „tak pieczołowicie komponował”. Jego matka miała już siedemdziesiąt lat chciał jej pomóc. Niestety ukradziono mu pług dwuskibowy. Mieszkańcy zaczęli po raz kolejny z niego drwić „jesteś taki mądry potrafisz robić mechanizację, to czemuś nie dopilnował pługa”. W tym momencie coś pękło w psychice bohatera. Nie mógł już patrzeć jak matka płacze wieczorami. Postanowił się odegrać. Ukradł bogatemu rolnikowi pług dwuskibowy. Niestety wszystko wyszło na jaw. Od tej pory na jego łąkę podrzucano różne przedmioty. Nie miał możliwości obrony, nie był w stanie udowodnić, że to nie on kradnie. Za swoje postępowanie został skazany na rok więzienia. Żołądek trafił do więzienia, lecz to nie koniec jego perypetii. W czasie pobytu w więzieniu „okoliczni gospodarze wielokrotnie przychodzili do jego domu. Przetrząsali wszystkie kąty w poszukiwaniu jakichś tam rzeczy. Stara matka była bezsilna, mogła tylko płakać”. Więzienie spowodowało, że bohater nie mógł zajmować się gospodarstwem. Przez co pozostał bez środków do życia. Po dwóch miesiącach odbywania kary został zwolniony na przepustkę. Chciał uratować gospodarstwo. Uratował buraki cukrowe, lecz gdy przyszedł czas zbiorów, wezwano go do odbywania dalszej części kary. Zamiast zająć się zbirem „jeździł, do kogo potrafi, prosić o przedłużenie zwolnienia”. Niestety jego starania okazały się daremne. Nikt mu nie pomógł a historia z urlopem powtórzyła się następnego roku.

Dalsza część reportażu to wątek więzienny. Jak się okazuje więzienie nie było takie straszne, bowiem spotkał tam ludzi życzliwych, „którzy potraktowali go jak człowieka”. Był posłuszny, więc pracował bez dozoru, mógł spotykać się z matką. Komendant Ośrodka Pracy Więźniów podpowiadał, co zrobić, aby skrócić odbywanie kary i wrócić do domu ratować gospodarstwo. „W więzieniu odzyskał optymizm, zaczynał wierzyć w ludzi i w sprawiedliwość”. Dziennikarz pisze, że „wyszedł na wolność w październiku 1961 roku z dobrą opinią i pięcioma setkami zarobionych złotówek”. Po powrocie na wolność „dom zastał w ruinie, pole opuszczone, zarosłe badylami”. Matka zmuszona była posprzedawać krowy, aby pokryć „koszta sądowe, podróże do urzędów i podstawowe usługi w polu”. Mieszkanie uległo dewastacji, nie posiadali żadnych zapasów żywności. Bohater nie otrzymał również żadnej pomocy. Myślał, że przynajmniej zostanie zwolniony z części podatków, aby mógł stanąć na nogi. Wiedział, iż z tego typu ulg korzystali inny rolnicy. Tak się jednak nie stało. Przedstawiciele komisji rolnej orzekli, że gospodarstwo jest podupadłe. Aby zobrazować czytelnikowi całość sytuacji do reportażu została wprowadzona postać komornika. Przychodzi on do domu bohatera i mówi „jak byście siedzieli za sprawy polityczne, to otrzymalibyście pomoc, a że wy siedzieliście za złodziejstwo, to wam się nic nie należy. Wszystko wam zabieramy, a was z torbą na dziady puścimy”. Aby wprowadzić czytelnika w realia tamtych czasów reportażysta przytacza odpowiedź rady gromadzkiej na prośbę bohatera o pomoc, która mu się należy gdyż broni go prawo. Pada odpowiedź „po to jest to prawo, żeby nim kręcić w lewo i w prawo”, która doskonale odzwierciedlająca mechanizm, jakim rządził się PRL. Kolejnym nieprzyjemnym akcentem w biografii Leonarda Żołądka to wizyta w jego domostwie sekretarza PGRN i przedstawiciela powiatowej rady. Kazano mu zrzec się połowy ziemi, a kiedy odmówił, przypomniano mu czasy pobytu w więzieniu. Wówczas ziemia nie została obsiana i wyliczono ogromne zaległości. Sprawa trafiła do sądu a ten wydał wyrok „zgodnie, z którym całe gospodarstwo Leonarda Żołądka miało przejść na Skarb Państwa. Zaczął znowu jeździć do urzędów, zamiast pracować spokojnie w polu”.
Kolejny akapit reportażu to „relacja z rozmowy” między dziennikarzami, agronomem a przewodniczącym PGRN. Wynika z niej, że „Żołądek to człowiek niespełna rozumu”, „nie umiejący gospodarować”, „nigdy nie zwracający się o pomoc”. Wnioski były następujące: „najlepiej by zrobił, gdyby się zrzekł wszystkiego. On jest dobry mechanik, może znaleźć pracę w pegeerze”. Władze stwierdzają również, iż jego gospodarstwo „wzbudza gniew”, „dom nie ma połowy dachu”, szczelnych drzwi. „Żołądek powiada, że gdyby mu, choć raz, tak jak się to robi innym, przydzielono pożyczkę, w ciągu trzech lat miałby gospodarstwo dochodowe”. Leonard jednak nigdy się nie poddaje. Złożył w „przepisowym terminie wniosek o rewizje wyroku”. Jak się okazało jego wniosek przepadł. Złożył drugi, ale i tym razem nic z tego nie wynikło. Tak system i ludzie złej woli zniszczyli człowieka. Doprowadzono człowieka do materialnej i moralnej ruiny.

W ostatnim akapicie Zdzisław Kazimierczuk wyraźnie wyraża swoje zdanie, otwarcie mówi, co sądzi o sytuacji, która spotkała Leonarda Żołądka. Pisze, że los bohatera „jest przykładem głupoty zaśniedziałego środowiska wsi oraz braku obiektywizmu tych kompetentnych, którzy pośrednio lub bezpośrednio wywarli wpływ na jej kształtowanie”. Dziennikarz nie może zrozumieć jak przez dziesięć lat, człowiek szuka pomocy a zamyka się przed nim drzwi. „Zarówno wieś, jak i przedstawiciele władz gromadzkich, z tej wsi pochodzący, zrobili z człowieka osobnika z psychiczną aberracją, co go zdecydowanie w środowisku przekreśla – i nikt nie stanął w jego obronie”. Sytuację jednostki przyrównuje do sytuacji kraju pisze: „w naszym kraju podstawą dobrobytu ogółu jest dobrobyt jednostki, o czym zapomnieli kompetentni, nie chcąc sobie zawracać głowy sprawą Leonarda Żołądka z Turkowic”. Na zakończenie dziennikarz stwierdza, że „najwyższą wartością w naszym kraju jest człowiek. W Turkowicach wartość tę usiłują ostatecznie przekreślić”. W ostatnim zadaniu reportażu autor zadaje pytanie, „Kto za to wszystko odpowie”
Po publikacji reportażu do redakcji przyszedł list od Leonarda Żołądka, w którym pisze, ze reportaż nie polepszył jego życia. Wręcz przeciwnie. Władze powiatowe i wojewódzkie nie zareagowały na krzywdę mieszkańca swojego powiatu.

***

Skazany” to reportaż interwencyjny, w którym Zdzisław Kazimierczuk głęboko pochyla się nad człowiekiem. Stara się zrozumieć jego niezaradność. Poprzez publikacje chce pomóc bohaterowi w jego kłopotach. Pragnie uwrażliwić społeczeństwo na nieporadność jednostki. Nie może zrozumieć czemu nikt z sąsiadów, znajomych nie wyciągnął pomocnej dłoni. Jest to reportaż, który ukazuje splot wstrząsających wiadomości. Czytelnik jest poruszony zarówno losem bohatera jak i ogromną empatią z jaką reportażysta opisuje zaistniałe wydarzenia.

 

LiteraturaBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Cieślak A., Reportaże Zdzisława Kazimierczuka. Próba analizy, Lublin 2007. (praca licencjacka)