Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Alojzy Leszek Gzella (ur. 1932)

Dziennikarz, redaktor, publicysta i historyk prasy lubelskiej, autor książek o obronie Lublina w 1939 roku, taternik. Współzałożyciel Lubelskiego Klubu Rotary, pierwszy gubernator Rotary International na Polskę, Białoruś i Ukrainę.

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Życiorys

Alojzy Leszek Gzella urodził się 19 czerwca 1932 roku w Pelplinie na Pomorzu.
„Mój ojciec do niewoli niemieckiej dostał się po bitwie nad Bzurą. Razem z innymi żołnierzami kampanii wrześniowej znalazł się w obozie pod Częstochową. Znał niemiecki, zatrudniono go do wypisywania kart zwolnień dla szeregowych żołnierzy. Ojciec był oficerem, ale udało mu się wypisać też sobie taką kartę. Podstęp się udał, został zwolniony. Wrócił do domu w Lubawie, gdzie mieszkaliśmy od 1937 roku. Potem Niemcy aresztowali go, razem z grupą miejscowej inteligencji. Ojciec trafił do więzienia, bo przed wojną był nauczycielem” – opowiada Alojzy Leszek Gzella. I dodaje: „Okazało się, że w więzieniu w Lubawie nadal pracowali Polacy. Znali ojca, dlatego wypisali mu przepustkę na Boże Narodzenie. Po jej zakończeniu tata już nie wrócił do więzienia. Przez zieloną granicę uciekł do Warszawy, na teren Generalnej Guberni”1.
W 1941 roku Gzellowie dostali 24 godziny na opuszczenie mieszkania, wyjechali do rodziny w Pelplinie. Stefania Gzella, matka Alojzego Leszka, razem z trójką dzieci zdecydowała się w tej sytuacji dołączyć do męża przebywającego w Warszawie.
„W czasie tej podróży zatrzymaliśmy się w Gołubiu. Zamieszkaliśmy w hotelu prowadzonym przez naszą ciotkę. Było tam wielu takich samych uciekinierów jak my, na przykład żona ambasadora Polski w Indiach. Oczywiście w hotelu stacjonowali też żołnierze Wehrmachtu. I całe to towarzystwo jadło posiłki w jednej jadalni. Pewnego dnia Niemcy sobie podpili. Śmiali się, bo jeden z nich zaczął wkładać kolegom palec do szklanek z herbatą.
Wtedy ta pani ambasadorowa głośno powiedziała po polsku, że jak będzie próbował tego samego z nią, to zobaczy. Ktoś z Niemców przetłumaczył jej słowa i jeszcze podpuszczał «A spróbuj tej damie…». Oczywiście ten podpity żołdak wsadził ambasadorowej palec do szklanki z herbatą. Wtedy ona wylała mu wrzątek na twarz. Zrobił się z tego prawie sąd polowy. Baliśmy się, że Niemcy nas wszystkich za to zatrzymają. Na szczęście tak się nie stało i mogliśmy jechać dalej” – mówił Alojzy Leszek Gzella2.
Wisłę Gzellowie przeszli nielegalnie w nocy, po lodzie przeprowadził ich przewodnik.
W Warszawie najpierw zamieszkali przy ul. Chałubińskiego 3, a potem przy Marszałkowskiej 56/19.

Powstanie warszawskie

Gdy wybuchło powstanie warszawskie Alojzy Leszek Gzella miał dwanaście lat. Wspólnie ze starszym bratem Stanisławem Pawłem wstąpił do Szarych Szeregów. Alojzy dostał pseudonim „Kłos”, a brat wybrał sobie „Gryfa”.
„Zazdrościłem bratu tego pseudonimu” – opowiadał Alojzy Leszek Gzella.
Zostali listonoszami kursującymi po Śródmieściu z powstańczą pocztą. Nocowali w domu, ale w harcówce przy ulicy Wilczej musieli być codziennie o godz. 9. Listy, posegregowane wcześniej przez harcerki według ulic, wkładali do płóciennej torby opatrzonej napisem „Poczta Polowa”.
„Trzeba było przebiec albo przy barykadzie, a jeśli nie było tej barykady, to przez ulicę. I to nastręczało pewnych trudności, bo nigdy nie wiadomo było z którego miejsca ktoś może strzelić”3.
Na parterze kamienicy przy ulicy Wilczej powstańcy mieli magazyn butelek napełnionymi benzyną, które służyły do ataku na niemieckie czołgi. Pewnego dnia w tych pomieszczeniach wybuchł pożar.
„To stało się jeszcze w sierpniu. Ci, którzy znaleźli się w odciętej przez ogień części budynku uciekali na górę, a potem wyskakiwali z okien drugiego piętra. Niektórzy połamali sobie nogi, albo ręce. Czarny, gryzący dym nie pozwalał oddychać. Ja z grupą kolegów uciekłem na najwyższe, czwarte piętro. Wychodziliśmy przez okno i przechodziliśmy po gzymsie ciągnącym się kilkadziesiąt metrów wzdłuż ustawionego w podkowę budynku. Jak byłem już po drugiej stronie, to ktoś wciągnął mnie przez okno do pokoju” – opowiadał Alojzy Leszek Gzella4.
Drugiego października 1944 roku został podpisany akt kapitulacji. Po stłumieniu przez Niemców powstania, Gzellowie razem z ludnością cywilną musieli opuścić Warszawę.
Na pewien czas trafili do obozu przejściowego w Ursusie, skąd w wagonach bydlęcych zostali wywiezieni do Miechowa. Przed Bożym Narodzeniem 1944 roku zabrał ich stamtąd brat matki. Ostatecznie Gzellowie wrócili na Pomorze.
Alojzy Leszek wziął ze sobą serię powstańczych znaczków, które dostał od swojego dowódcy. W walizce niósł też swoją AK-owską opaskę, a jego brat zabrał sześciostrzałowy pistolet. „Z tego powodu mieliśmy scysję z wujkiem, bo kazał nam pozbyć się wszystkiego, co było związane z powstaniem. Pistolet wrzucił do wody w czasie naszej przeprawy mostem pontonowym przez Wisłę, to było pod Toruniem. Po wojnie umówiliśmy się z tatą, że nie będziemy głośno mówić o naszym udziale w powstaniu warszawskim ani o tym, że należeliśmy do Szarych Szeregów. Czasy były niepewne. W naszym domu w Lubawie ubecy trzy razy robili rewizje. Mieliśmy chociażby nieprzyjemności, kiedy znaleźli nuty pisane po niemiecku, bo ojciec uczył gry na pianinie. Ubecy zarzucili rodzicom proniemieckie sympatie” – wspominał Antoni Leszek Gzella5.

Życie w Lublinie

Alojzy Leszek Gzella zdał maturę w 1950 roku, w gimnazjum w Lubawie. Na studia zdecydował się wyjechać do Lublina. Najpierw złożył dokumenty do Torunia, ale ponieważ nie dostał stamtąd odpowiedzi, zdecydował się na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Wspomina, że stało się to trochę za namową kolegi, który mówił, że „przyjmuje się tam bez żadnych egzaminów z zakresu partyjnych spraw”6.
W 1953 roku Alojzy Leszek Gzella wspólnie z kolegami założył w Lublinie sekcję alpinizmu przy PTTK. Należały go niej głównie osoby związane z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim, m.in. Jan Józef Szczepański i Paweł Czartoryski, wówczas doktor na KUL.
W czerwcu 1955 roku Alojzy Leszek Gzella skończył filologię polską na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
Tuż po studiach dostał etat w warszawskim Centralnym Instytucie Dokumentacji Naukowo-Technicznej, ale – jak opowiadał Tomaszowi Czajkowskiemu z Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”, po trzech miesiącach sam zrezygnował z tej pracy. Powód? Gzella chciał wziąć udział w obozie taternickim, którego uczestnicy dostali pierwszą po wojnie zgodę na zimowe przejście wszystkimi szczytami po polskiej stronie Tatr. Nie otrzymał na ten wyjazd urlopu, więc zwolnił się z pracy7.
Po powrocie do Lublina został dziennikarzem oddziału „Słowa Powszechnego”, którego centrala znajdowała się w Warszawie. Na dłużej związał się jednak z redakcją nowego dziennika, czyli z „Kurierem Lubelskim”. Pracował tam od 1957 roku do 13 grudnia 1981 roku. Został zwolniony po wprowadzeniu stanu wojennego. Do dziennikarstwa wrócił w lipcu 1990 roku, już jako redaktor naczelny „Dziennika Lubelskiego” (obecnie „Dziennik Wschodni”). Od 1997 roku jest na emeryturze.
Alojzy Leszek Gzella jest także badaczem historii prasy lubelskiej, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim przez 21 lat prowadził zajęcia z prasoznawstwa.
Autor książek o obronie Lublina w 1939 roku. Współzałożyciel Lubelskiego Klubu Rotary. Mieszka w Lublinie.

Kariera zawodowa

Dwudziestego czwartego marca 1957 roku, na fali odwilży, wyszedł w Lublinie pierwszy numer popołudniówki „Kurier Lubelski”. Nowy dziennik szybko zyskał wiernych czytelników, chociaż „Kurierowi” dano dużo niższe nakłady niż te, którymi mógł się pochwalić „Sztandar Ludu”. Alojzy Leszek Gzella był w grupie dziennikarzy nowej gazety. Pracował w dziale informacji, miejskim i publicystycznym.
Lesław Gnot, pierwszy redaktor naczelny „Kuriera Lubelskiego” w książce To się nadaje do Kuriera wspominał, że zaproponował dziennikarzowi redakcyjną opiekę nad harcerskim dodatkiem „Na tropie”: „Gzella posiadał też umiejętność przyciągania do współpracy z redakcją różnych  ciekawych ludzi”8.
Alojzy Leszek Gzella od początku zajmował się przede wszystkim tematyką kulturalną. Nie stronił od tekstów polemicznych, na przykład pisał o tym, jak powinny zmienić się muzea, żeby przyciągnąć więcej widzów, albo zadawał pytanie: Co powinno się zrobić, żeby dystrybucja prasy przez „Ruch” nie była tak zła jak do tej pory? Stale pisał też recenzje lubelskich premier teatralnych i należał do Klubu Krytyki Teatralnej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Rzadziej zdarzały się artykuły, w których Gzella mógł wykazać się poczuciem humoru i dystansem do siebie. Udało mu się to w felietonie O redakcyjnych interesantach opublikowanym w styczniu 1960 roku. „Chcę przypomnieć kilka figur fantastycznie śmiesznych, uparcie i naiwnie wierzących w swe literackie możliwości. One to odwiedzały mnie prawie co drugi dzień przez kilka tygodni. Doszedłem nawet do wprawy w chowaniu się po zakamarkach redakcyjnych przed tymi osobistościami. Nieraz zdarzało się, że przez pół godziny przymusowo odpoczywałem w toalecie i kiedy – przekonany, że już wolna droga – opuszczałem nie najprzyjemniejszy przybytek, łapał mnie ni stąd ni zowąd «literat» i zaczynał swoje: Czytał pan już moje wiersze? Jak panu się podobały? Przyniosłem właśnie następne, które napisałem dzisiejszej nocy. [...] Byłem psychicznie wykończony”9.
W „Kurierze Lubelskim” Alojzy Leszek Gzella przez blisko siedem lat pełnił funkcję sekretarza redakcji. W jubileuszowym numerze z marca 1967 roku wydrukowano zbiorowe zdjęcie wszystkich członków redakcji. Gzella został na łamach tego wydania w następujący sposób scharakteryzowany przez swoich kolegów i koleżanki: „Taternik Alojzy Leszek Gzella wspina się na coraz wyższe szczyty. [...] Czekanik, wtedy – kiedy Leszek wyjątkowo nie wspina się na szczyty, służy do codziennych porannych rozmów z pracownikami działu informacji, którymi Leszek kieruje. Te rozwiane włoski na głowie, symbolizują chroniczną niechęć wymienionego do bywania u fryzjera”10.
Relacjonował dla swojej redakcji przebieg pamiętnej wizyty Czesława Miłosza na KUL, która miała miejsce w czerwcu 1981 roku. Alojzy Leszek Gzella komentował wówczas na łamach „Kuriera”: „Dziwna wstrzemięźliwość naszej telewizji i radia, a także centralnej prasy w przekazywaniu informacji oraz sprawozdań z uroczystości w uniwersytecie lubelskim ma wymiar żałosny i trochę kompromitujący. Nieczęsto zdarza się przecież, że Polak, poeta polski zostaje laureatem Nagrody Nobla rozsławiając na cały świat imię ojczyzny”11.
W 1980 roku Alojzy Leszek Gzella został prezesem lubelskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Funkcję prezesa SDP pełnił przez jedenaście lat. Był współzałożycielem i członkiem „Solidarności” SDP. Po wprowadzeniu stanu wojennego stracił pracę.
Na dziennikarski etat wrócił dopiero w 1990 roku. Do tego czasu współpracował z kurią lubelską, m.in. redagując lubelskie „Wiadomości Diecezjalne” i współpracując z duszpasterstwem środowisk twórczych. Kierował Radą Duszpasterstwa w Lublinie.
W lipcu 1990 roku, już w nowej Polsce, Alojzy Leszek Gzella zgodził się zostać redaktorem naczelnym „Dziennika Lubelskiego” (obecnie „Dziennik Wschodni”), który powstał po likwidacji proreżimowego „Sztandaru Ludu”. Dawni dziennikarze założyli wówczas spółdzielnię koleżeńską, po to aby dziennik mógł istnieć w nowej formie i realiach politycznych.
„Osobiście uważam, że czas wojowania z mieczem w ręku już minął, chociaż z drugiej strony, nie o wszystkich niesprawiedliwościach można zapomnieć” – mówił w 1990 roku nowy redaktor naczelny „Dziennika Lubelskiego”. Te słowa znalazły się w wywiadzie z Gzellą pod tytułem Nie będziemy służyli żadnej sile politycznej12.
W 1997 roku, po przejściu na emeryturę, Gzella założył własne wydawnictwo GAL.
Jego dewiza życiowa brzmi: „Można zajmować się wszystkim, pod warunkiem, że robi się to odpowiedzialnie i uczciwie”13.

 

Opracowała Małgorzata Szlachetka

 

 

Przypisy

1Cytowane wypowiedzi Alojzego Leszka Gzelli pochodzą z rozmowy przeprowadzonej na potrzeby niniejszego biogramu.
2Jak w przypisie 1.
3Cytat za: Archiwum Programu Historia Mówiona Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”, z Alojzym Leszkiem Gzellą rozmawiał Tomasz Czajkowski, nagranie: 24.02.2006 (relacja nieopublikowana).
4Cytowane wypowiedzi Alojzego Leszka Gzelli pochodzą z rozmowy przeprowadzonej na potrzeby niniejszego biogramu.
5J.w.
6Więcej o studiach Alojzego Leszka Gzelli na KUL [w:] Archiwum Programu Historia Mówiona Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”, z Alojzym Leszkiem Gzellą rozmawiał Tomasz Czajkowski, nagranie: luty–marzec 2006 (relacja nieopublikowana).
7Archiwum Programu Historia Mówiona Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”, z Alojzym Leszkiem Gzellą rozmawiał Tomasz Czajkowski, nagranie: luty–marzec 2006 (relacja nieopublikowana).
8Lesław Gnot, Przez ćwierć wieku [w:] To się nadaje do „Kuriera”, oprac. red. Jadwiga Białowąs, Lesław Gnot, MULTICO, Lublin 1996, s. 74.
9Alojzy Leszek Gzella, O redakcyjnych interesantach, „Kurier Lubelski”, 1–2.01.1960, nr 1, s. 5.
10Cytat za: Załoga [brak autora], „Kurier Lubelski”, 25–27.03.1967, nr 72, s. 1, 3.
11Alojzy Leszek Gzella, Tożsamość prawdy. Jeszcze o wizycie, „Kurier Lubelski”, 23.06.1981, nr 120, s. 2.
12Cytat za: Nie będziemy służyli żadnej sile politycznej, z Alojzym Leszkiem Gzellą rozmawiał Kazimierz Pawełek, „Kurier Lubelski”, 4.07.1990, nr 128, s. 1, 2.
13Cytat za: JAXA, Alojzy Leszek Gzella. Sylwetka, „Kurier Lubelski” 2004, nr 19, s. 2.