Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Alfred Wierzbicki – wiersze

Wybór wierszy Alfreda Marka Wierzbickiego pochodzący z kilku tomów poetyckich.

 

 

„Miejsca i twarze”
2003
Wydawnictwo Norbertinum
„Glosy i glossy”
2008
Wydawnictwo Test
„Fotografia rodzinna”
2010
Wydawnictwo Test

„Autoportret z miastem”
2013
Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Akacja

Co w nas nie ginie? Dusza.
Ona sama, czy także jej przeżycia?
Chciałbym, aby przetrwał zachwyt
pięknem nagiej akacji
i wtedy, kiedy kwitnie.
Patrzę na nią codziennie,
potwierdza istnienie.
Drzewo wiadomości i niewiedzy.
Kandelabr i trumna.
Medium pomiędzy, wizją a prawdą.

 

Dobroć i ciemność

Chciała być bliżej nieznanych ludzi
jedną z dziewcząt w białoniebieskim sari
jej wiara stawała się dobrocią chude
dłonie z czułością wyciągała
do Jezusa w ubraniu nędzarzy

Nie szukała ciemności
Przyszła sama
jak śmierć jak miłość
bolesne echo cudownego Boga

Dobry człowiek

Pytanie o księdza Brzozowskiego
wprawiło mnie w zakłopotanie.
Jak opowiedzieć o jego życiu tym,
którzy o nim zaledwie słyszeli.

Najchętniej narysowałbym postać w zakolu ulicy,
jak idzie unosząc na wietrze dzwon sutanny.
Albo jak kłania się zdejmując czapkę z lichego futerka.
Staroświecka grzeczność budzi zdziwienie
jak jabłka pozostawione na drzewie dla ptaków.

Należał do tych, którym w dzieciństwie zabrano ojczyznę,
potem nie miał już nic
i dlatego pragnął dzielić się ze wszystkimi.

Przygarnął do domu uczniów, którym komuna rozwiązała szkołę
i mieszkali jak w kołchozie.

Kiedy nie było już Żydów, odkopywał spod trawy macewy.

Czcił Marszałka Piłsudskiego równie często jak świętych Pańskich.

Domyślam się, że aż do śmierci prowadził spór ze swym ojcem.
Nie chciał, aby syn był księdzem. Wreszcie powiedział:
bądź sobie kim chcesz, bylebyś był dobrym człowiekiem.

Trudno to wszystko opowiedzieć, dobro ma swoją godzinę,
a potem zostają popioły, w których na próżno szukamy skarbów.

Fragmenty mitu

Nałęczów był zawsze
nie jak w baśniach, ale jak w biografii.
Ścigałem wiewiórkę w parku
mało większy od jej ogona.
Dom babci nad łąką w firletkach i kaczeńcach.
Poznawałem smak raków żyjących w mętnej rzeczce.
Wędrowaliśmy wąwozami i po stromych miedzach,
na których wznosiły się trony cykorii i piołunów.
Kiedy zapłonął ogień sakramentu,
szedłem w sutannie aleją, w której trwał jeszcze XIX wiek.
Na śniegu plamy stanu wojennego.
Rozmowy z młodzieżą, wykuwanie myśli
aby była trwalsza niż zło.
Po podróżach powroty, po pracy odpoczynek,
Nałęczów zawsze blisko.
W małym stawie odbija się całe niebo.
Gra słońca i cienia pomiędzy drzewami.
Obrazy łączące w jedno wiersze, religię i życie.

Impropmptu

Udziela się to, na co cierpiał Schubert.
Przyćmiona radość i śpiewna melancholia
narodziny i przemijanie, szczęście i nienasycenie.
Słucham impromptu, mollowa fraza
jak śnieg przewiewany z miejsca na miejsce
kusi do podróży i pozostania w domu.
Może najlepszym wyjściem snucie wspomnień?
Śmiech, narty w Szwajcarii, a potem grzane wino
i pieczenie kasztanów w kominku u Olgi i Artura.
U nich 20 lat temu usłyszałem tę muzykę.

03 01 2010

Jesienny portret Pana C

Pan C chciałby złapać przemijanie
jak srokę, bażanta lub kosa.
Wystarczą iskierki października
i już zapala się od pochodni lipy
od płomyków dzikiego wina.
Radość mocuje się z żałością
i nie wiadomo, który z osiłków zwycięży.

Pan C przeżył wiele rzeczy, które wypaliły się
chciałby wreszcie zająć postawę bezstronną.
Miejsce Pana C znajduje się pomiędzy A i B
na zawsze pozostanie trzecim
jak reporter, sędzia, pielęgniarz.

Nie buja w obłokach
nie przenosi drzew
nie zniża do poziomu kopczyków liści
ćwiczy się w horyzontalnej sztuce
uwagi i współczucia.

Krótki komentarz do Ewangelii św. Jana

Nie było mnie w Kanie Galilejskiej.
Nie próbowałem wina spragnionymi wargami.

W niedzielę mego dzieciństwa opowieść przeczytał
ksiądz Franciszek Jakubczyk głosem niewyraźnym
jak szelest ewangeliarza.
Przed pierwszą komunią pytał mnie tabliczki mnożenia,
bo nie radziłem sobie z formułami katechizmu.
Potem była udręka buntu.
A potem powrót do źródła,
stawałem się uczniem, wodą przemienioną w wino.

Ogłosili, że chrześcijaństwo już się wyczerpało.
Ile trzeba wiary aby nie wierzyć.
Podziw dla mistrzów zwątpienia w zwątpienie.
Nie wiem, czy wiem, czym jest cud,
ale wiem, że to, na co patrzę, jest cudem.
Chrześcijaństwo będzie trwać, dopóki będą męczennicy.
Błogosławieni niech będą Havel i Kołakowski
olśnieni przez znaki.

Oczyszczenie

Ten zachwyt nad światem
i przebaczenie zła
przyszło nagle z wierszy Janusza,
które Janek wydrukował w sepii
z fotografiami traw i gałęzi.

Sycę się nimi jak opłatkiem.
Nie zatrzymam ich w sobie.

Wychodzę na balkon, gdzie płonie szałwia.
Szum ulicy zmieszany z ostinato dzwonów.
Jaki wysoki lot czyżyków nad wieżami.

Pan Credo koi duszę

Pan Credo koi duszę nad Lednicą
cokolwiek znaczą dusza i ukojenie.
Spragniony początku myśli o tym
co z pokolenia na pokolenie.

Idąc przez pola ku jezioru
cieszy się, że ryczy oślica i bryka oślątko
szeleszczą chrząszcze i drą się żaby.

Głosy tak samo ważne
jak śpiew i wieczorne modlitwy młodych
jak gwar w domu i przed domem
jak cichy namysł nad ważnymi sprawami.

Pan Credo patrzy przez szczelinę

Pan Credo w złotym ornacie
siedzi na krześle pośrodku grobów
słucha kazania drzew gubiących liście
wdycha zapach chryzantem i świec.
Światło pełga w kolorowych pucharkach
podskakuje jak dziecko, burzy się jak krew.
Dookoła mężczyźni i kobiety
cienie gałęzi padają na ich twarze
niewyraźne przesłanie zachodzącego słońca.
Krewni tych, co kiedyś żyli
Jana Stanisława Marii i wszystkich zmarłych.

Pan Credo nie wie, co powiedzieć.
Jest przewodnikiem chóru, powinien odnaleźć
właściwy rytm, w którym ostrość widzenia
łączy się z głębokim oddechem.

Pan Credo kocha listopadowe obrzędy.
Nie jest pierwszy i nie ostatni.
Idzie w szeregu za swoimi przodkami
wpatrzony w szczelinę
szuka obrazów silniejszych niż słowa.
 

Piero della Francesca

Tyle żywotów do opowiedzenia,
trzeba wybrać jeden.
Urodzeni w cieniu drzewa
nosimy w sobie życie i śmierć Adama.
Patrzę tak, jak ci dwoje na skraju fresku
ze wstydem, współczuciem i czcią.
Piękna jest ludzkość
stworzona przez biblijnego Boga,
aby ciała mężczyzn i kobiet malowano nagie po grecku.
W twarzach okrągłych, na wysokich szyjach
widać, jak wędrowała ręka mistrza.
O drzewo, tyś kładką nad brzegami,
znakiem zwycięstwa, zagubioną relikwią,
światła kluczem i złotą nicią legendy!
Z podniesionym umysłem modlę się
w pierwszym roku nowego tysiąclecia,
patrząc na sceny, w których nie ma
ni tłoku ni pośpiechu ni paplaniny.

Arezzo, 16.06.2001

Pociągi

Przeczytałem wiersz Różewicza o pociągu,
który w końcu zamienia się w pomnik.
Nie pamiętam takich pociągów,
a jednak coś mnie niepokoi.
We śnie jadę pociągiem donikąd,
bez biletu lub szukam zagubionego bagażu
bez nazwiska i adresu.
Nie umiem myśleć o tym, czego nie pamiętam,
więc chyba coś pamiętam, bo myślę o pociągu,
którym mój dziadek Hieronim został wywieziony do łagrów.
Był w moim wieku. Obliczam, było to 57 lat temu.
W lutym 1945 roku jego żona Urszula
wysiadła z wagonu repatriantów na dworcu w Lublinie.
W tym samym czasie buchający parą pociąg
po szynach iskrzących się od śniegu, cóż za widok,
wiózł Hieronima w odwrotnym kierunku,
do miejsca przeznaczenia,
znajdującego się poza granicą wszystkich granic.


06.02.2002.


 

Podczas niepogody

Przyjazd Pana Credo
w listopadzie podczas słoty
należy do nieudanych.
O jakże wietrzne jest to wieczne Miasto.

Nasłuchuje łomotania okiennic
i posępnego śpiewu deszczu
na dziedzińcu pałacu kardynała Cesi.
Pozostało po nim imię
i renesansowe patio.
Na dwóch zielonych drzewach
dwa chóry ptaków.
Nieśmiertelna proporcja
i wrzawa jak w cyrku Nerona.

Pan Credo próbuje przetrwać niepogodę.
Czyta nocą rozmowy w Jerozolimie.
Chyba mu się przyśniło
a może widział naprawdę.
Zamiast przemawiać purpurat coraz mniejszy
jak chłopiec w klasie
odpowiada na najtrudniejsze pytania świata.
Nauczyciel z pochyloną twarzą milczy
wreszcie kiwa głową, jakby chciał powiedzieć:
siadaj, dostateczny.

Pan Credo ma gorączkę.
Nabawił się jej w kolejce
oczekując zziębnięty na zejście do podziemi
gdzie pochowano ogień.

 

Powrót do Stresy

Chłonę pisma Rosminiego unoszony myślą
o boskim pierwiastku w człowieku.
Długie zdania bez zadyszki i bez ostatniej kropki,
jakbyśmy wypłynęli łódką na jezioro,
w którym odbijają się góry i nasze profile.

2 listopada 1849 roku powrócił z Gaety
z piętnem rewolucjonisty i heretyka.
Tego dnia jezioro schowało się we mgle,
na drzewach kropelki srebra i rdza.
Może wcale nie patrzył przez zabłocone okienko.
Powóz zbliżał się do willi pod rozłożystym cedrem,
w kufrach książki, rękopisy i płomienie purpury.
Skrzywdzony, ale nie upokorzony.
Służył dobrej sprawie nie za wcześnie i nie za późno.

Często widywano go nad brzegiem,
jak rzucał kamyki do wody.
Bawił się jak chłopiec
i jak prorok rysował nieskończoność
w nietrwałej materii żywiołów i dziejów.

Pytania po lekturze

Przeczytałem Traktat teologiczny i zasmuciłem się.
Już wiem, że nie dopędzę starego człowieka,
nie zrozumiem błądzącego po obrzeżach herezji
brata, który tak, jak ja nie wierzy i wierzy.
Po łowach jastrzębia zostaje trochę kości i strzępy piór.
Nie dają pocieszenia traktaty.
Musimy mówić samotni wobec Boga,
który jak syn orientalnego króla siebie poznaje w nędznikach.

Czy istnienie jest winą?
Chrzczę, rozgrzeszam i klękam we krwi ołtarza,
nasłuchując jak Nietzsche,
czy nie powstały gdzieś pieśni odkupionych.

Gdzie jestem?
Wśród tych, którzy prawdy pragną bardziej niż życia?
Przed tą, co Jasnej broni Częstochowy?
W Rzymie Norwida?
Pytam, ponieważ potrzebne mi światło,
dopóki idę po ziemi zmarzniętej na grudę
jak chłopiec, którym kiedyś byłem
przed świtem na Mszę roratną.

07.12.2001.

Raissa i Jaques

               I

Porusza mnie ta historia sprzed wieku.
Raissa i Jacques szepczą wyznania
dwudziestoletnich w ogrodzie
i zastanawiają się, czy warto żyć?
Pochyleni ku sobie jak kikuty drzew
ogolonych w środku lata z liści
uroczyście postanawiają popełnić samobójstwo.
Uratowało ich pragnienie znalezienia prawdy.
Tak niewiele trzeba, aby powiedzieć sobie:
          Jesteśmy ofiarami systemu myśli.
          Szukajmy prawdy sami, bo któż powiedział,
          że ostatnie słowo ma Sorbona.
Kochali się naprawdę, dlatego zrozumieli,
że nie wystarczy skłonność, aby przeżyć miłość.

               II

Jeszcze bardziej poruszają wyznania
z listów do przyjaciela pisane 60 lat później.
          Jest obecna nie tylko w moich myślach i snach,
          bardziej rzeczywista niż ludzie, którzy mnie otaczają.
          Znikła z moich oczu, ale nie przestała istnieć.
          Nie otrzymuję od niej wiadomości,
          ale przecież i tak wiem, że myśli o mnie.

 

Sennik Pana Credo

                                                                             Bohdanowi Królikowskiemu

 

Kościół? Cerkiew?
Gdzieś w Rosji? Gdzieś na Sycylii?
Kobieta w czerni z rozpuszczonymi siwymi
włosami
żegna się i oddaje pokłony.
Jestem turystą, ale dlaczego ukrywam się
w konfesjonale?
Do staruszki podchodzi dziewczynka i prosi:
Naucz mnie tańczyć tak pięknie, jak ty.
Odciągają ją rodzice wrzeszcząc po angielsku:
Nie wolno ci, nie wolno.
Kobieta wychodzi z kościoła
ma twarz Sophii Loren, jej figurę i nogi
potem pochylona, podobna
do Anny Achmatowej.

Słuchając komunikatów znad Saxetbach

Swe muskularne ciała spragnione przygody
rzucają w nurt alpejskiego strumienia.
Śmiałością jest wspinać się i płynąć naraz.
Ryzykowny sport czy kult Matki Ziemi?
Z brzucha kanionu wypływają zrodzeni na nowo.
Nad głowami skały, po których w dół schodzi słońce,
przed nimi blask jeziora, światło odległej planety.
Trzeba zaufać kamieniom i być częścią potoku.

Wspólna śmierć dziewiętnastu chłopców
zepchniętych przez burzę na dno rzeki.
Udławieni mułem. Eliptyczna pętla.
Zabawa nieszczęście.

Napinamy łuk przeznaczenia, cokolwiek czynimy.
Słabsi jesteśmy od tellurycznych i atmosferycznych mocy
i dlatego przypada nam odpowiedzialność.
Tak rozmyślam bezradny i nie pogodzony,
słuchając komunikatów znad Saxetbach.
A oto pochody z otwartymi ustami, lecz bez śpiewu.
Łączą się parady wojsk z bronią na ramionach
i parady nagiej młodzieży ze słonecznikiem w pachwinach.
Buntowałem się kiedyś przeciw pochodowi na pierwszego maja
i to samo mnie teraz ostrzega.

29.07.1999.

Strefa zero

Pytasz, czy piszę wiersze.
Wiersze przylatują jak ptaki na przedwiośniu,
przychodzą jak umarli we śnie,
jedyne co mogę uczynić, to czekać.
Czytałem właśnie rzecz o bezwstydzie,
a potem oglądałem reality show
i poczułem wstyd za siebie i za ludzi na ekranie.
Czy podaż rodzi popyt?
Czy ocali nas kultura, cokolwiek to znaczy?
Czuję, że płonę jak wieże na Manhattanie,
dławię się kurzem Biblii i Bhagawadgity.
Jest to strefa zero,
w której przyszło mi walczyć jak Ardżunie i Jakubowi.
Jeśli przystąpię do walki, będę po prostu pokonany.
Jeśli jej nie podejmę, przegram z kretesem.

2002


 

Szczęśliwe pokolenie

Na imieninach Wiesława
śpiewano piosenki biesiadne,
bogoojczyźniane,
ludowe i te najbardziej swawolne.
Od czasu do czasu ktoś próbował coś powiedzieć.
Na przykład: jesteśmy szczęśliwym pokoleniem,
mój ojciec brał udział w trzech wojnach –
Urodzeni za Stalina, w latach studenckich
chodzili na rajdy i wiece,
później z robotnikami wznosili palce
na kształt litery „V”
na nich spełniało się
przesłanie Herberta.
Z przyjęcia wychodzili parami,
w grupie i osobno
prosto w jaśminową noc.
Zostałem w pustym ogrodzie
z resztką wina i niedocieczoną myślą
nasłuchując śpiewów podobnych do nas ludzi
za sto i za dwieście lat –
 

Wielkanocny dyptyk Pana Credo

1. Noli me tangere

Przyszła gdy jeszcze było
ciemno na wzgórzu i w jej wnętrzu
do grobu prowadziła ją tęsknota
łzy zmieszane z wonią olejku dla umarłych.
Zanim nastał dzień zobaczyła ogrodnika
a zaraz potem radość
jak pełne kosze oliwek i pomarańczy.
Nie dotykaj mnie, wstępuję do Ojca.
Rwała gałązki, zbierała owoce
Jego obecność nie mogła zmieścić się w dłoniach.
To nie był koniec, ale początek
nieoczekiwanej pieśni nad pieśniami.

2. Infer digitum tuum

Tomasz mój kolega
bliźni połowy ludzkości
(tej, co nigdy nie oderwała się od ziemi
i nie zaznała uniesień)
miał swoje rany
niewidzialne i dokuczliwe.
A rany Pańskie, w których objawia się Bóg
ciepłe w dotyku mówią więcej niż słowa
więcej niż człowiek potrafi ogarnąć.


 

* * * [5 marca 2001 roku zapisałem]

5 marca 2001 roku zapisałem:
Niezapomniany pozostaje spacer
w ogrodach watykańskich.
Niezapomniany?
Mój Profesor, z którym latami wędrowałem
meandrami spraw ludzkich,
utracił pamięć.

Chodziliśmy po pagórkach.
Kopuła św. Piotra zrównywała się
z naszymi głowami,
potem znowu się wznosiła,
chowała za piniami
i odsłaniała w prześwitach.

Tak zapamiętałem tamto popołudnie,
słońce kładło szyfr na trawniku,
nie mam pewności co do szczegółów.

2009

Powiązane artykuły

Zdjęcia

Inne materiały

Słowa kluczowe