Festiwal Miasto Poezji (24.5.2010-28.5.2010)

W dniach 24 maja - 28 czerwca 2010 r. w Lublinie odbędzie się kolejna, trzecia edycja Festiwalu Poetyckiego Miasto Poezji. Na terenie całego miasta  odbyło się  się ponad 100 poetyckich wydarzeń.

Gośćmi Festiwalu Miasto Poezji 2010 byli m. in:

Dariusz Adamowski, Anatol Alter, Jurij Andruchowycz, Nadzieja Artymowicz, Marcin Bies, Zuzanna Biolik, Iryna Chadarenka, Maria Cyranowicz, Marcin Czyż, Paulina Danecka, Zbigniew Dmitroca, Tomasz “Dolar” Dymek, Urszula Gierszon, Anna Maria Goławska, Katrina Haddad, Jarosław Janiszewski, Aneta Kamińska, Marcin Kamola, Ołeh Kotsarev, Paweł Laufer, Dmytro Lazutkin, Bohdana Matijasz, Rafał Mieczysłavsky, Piotr Mitzner, Artur Nowaczewski,Dominik Opolski, Eda Ostrowska, Edward Pasewicz, Ireneusz Pieczonka, Zygmunt Piotrowski, Marta Podgórnik, Jakub Przybyłowski, Artur Przystupa, Justyna Radczyńska, Marcin Różycki, Tomasz Różycki, Maciej Samolej, Krzysztof Skai May, Leszek Szaruga, Julia Szychowiak, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Rhys Trimble, Jakub Węgrzyn, Bartosz Wójcik i inni.

Program szczegółowy Festiwalu >>>

Wybrane relacje festiwalowe:

24.05.2010 – poniedziałek

9.00–12.00 – "Świadectwa". Spotkania w lubelskich szkołach

Powrót do szkoły

W ramach akcji „Świadectwa” Miasto poezji umożliwia powrót do szkolnej ławy, choć tym razem w nieco innym charakterze. Redaktorki 5ściany, Kaśka Piwońska i Kaśka Plebańczyk, zmierzyły się z gimnazjalistami lubelskiego Gimnazjum nr 5 im. Króla Władysława Łokietka. Uczniowie klasy 1c mogli od nas uzyskać podstawowe informacje o Mieście Poezji oraz o działalności 5ściany. Po krótkim wstępie, w którym zawarłyśmy najważniejsze informacje o naszej gazecie, gimnazjaliści przeszli mini szkolenie z zakresu form dziennikarskich. Podczas niego dowiedzieli się, jakie są niezbędne elementy relacji, recenzji, przypomniałyśmy również o zasadach, które należy zachować podczas przeprowadzania wywiadów. Nie obyło się bez śmiechu i zabawy – podczas przeglądania archiwalnych numerów 5ściany gimnazjaliści wytropili zabawną wypowiedź jednej z osób, która wzbudziła ogólną radość.

Na zakończenie lekcji uczniowie zostali poproszeni o napisanie krótkiej relacji z prowadzonej przez nas lekcji. Podałyśmy im również maila i poprosiliśmy, by podzielili się swoimi opiniami na temat wydarzeń festiwalowych, w których będą uczestniczyć. Z niecierpliwością czekamy więc na relacje z naszej lekcji... Gimnazjaliści, piszcie!

Kaśka Plebańczyk

 

18.00 – "Synestezja" – wystawa Kasi Krzywickiej i Anety Jarki, Kawiarnia "Cabaret Cafe", ul. Grodzka 21

Siła dwóch

Czym jest synestezja? To wiązanie wrażeń odbieranych jednym zmysłem z doznaniami, które właściwe są innemu. „Synestezją” nazwały swój projekt Aneta Jarka i Katarzyna Krzywicka – zakłada on pokazywanie prac, które zrodziły się na styku dwóch dyscyplin. Postanowiły zacząć od zaprezentowania efektu własnej współpracy: dzięki temu w poniedziałkowe popołudnie mogliśmy w piwnicy Cabaret Cafe obcować ze spójnym połączeniem poezji i fotografii .

Wernisaż składał się z dwóch części. W pierwszej dziewczyny przedstawiły historię i założenia wspólnej inicjatywy. Była to prezentacja pozbawiona efekciarstwa, ale bezspornie efektowna. Autorki naturalnie i z lekkością opowiadały o kulisach powstawania wystawy oraz o sobie nawzajem. Ich wypowiedzi były przerywane kompozycjami słowno-wizualnymi, na które składały się wiersze Kasi i fotografie Anety. Ciężko stwierdzić, które z nich stanowiło punkt wyjścia dla drugiego. Kluczem do zrozumienia poezji stają się tu zdjęcia, a te z kolei pozwalają się rozumieć przez towarzyszące im słowa. Ale tekst i obraz nie są w „Synestezji” tautologią – mogą z powodzeniem istnieć jako osobne komunikaty, a razem tworzą nową autonomiczną jakość.

W drugiej części uczestnicy wydarzenia mogli się przenieść do kobiecego pokoju, który wspólnie zaaranżowały Krzywicka i Jarka. To miejsce, w którym poezja i fotografia są obecne na każdym kroku: w pościeli, na odzieży, oprawione w ramy i umieszczone na ścianie… W tej przestrzeni zajmują równoprawną pozycję, ale jest też miejsce na wiele innych rzeczy: jak na przykład stos rozrzuconych książek na szafce przy łóżku. W tej subtelnej niedbałości ukryty jest jednak jakiś ład – bo czy porządek kobiety nie polega właśnie na bałaganie? Zostawiona na parawanie spódnica nie musi oznaczać przecież, że ktoś jej nie sprzątnął, lecz przygotował do założenia, ale… na później.

Katarzyna Krzywicka wyznała, że „Synestezja” swój początek ma w niemocy – kiedy dotknęła ją twórcza bezsilność przyjaciółka zaproponowała jej połączenie sił. Stwierdziły: lepiej stworzyć coś razem, niż rywalizować. Swoją wystawą pokazały, że takie postawienie sprawy ma sens. Teraz zachęcają innych do tworzenia prac, które można będzie zaprezentować pod hasłem „Synestezji”.

Kaśka Piwońska

 

21.00 – "Mieszkanie Poezji" – "Wy-ust-danie", spotkanie z Pauliną Danecką, Agnieszka Jarmuł, ul. 

Agatowa 18/53

Siedem kobiet i poezja

Ani jeden z mężczyzn nie pokusił się o to, by pojawić się na Mieszkaniu Poezji u Agnieszki Jarmuł i spotkać się z poetką Pauliną Danecką. Zjawiło się za to kilka pań i spędziło bardzo miły poniedziałkowy wieczór przy winie dyskutując o poezji, głównie kobiecej. Spotkanie w niezwykłej atmosferze było bardzo kameralnym wydarzeniem i w tym tkwił jego urok.

Dziewczyny bardzo szybko poczuły się swobodnie w swoim gronie, na co wpływ miała Agnieszka jako gospodyni, która zadbała o odpowiedni nastrój, a także bohaterka wieczoru –sympatyczna, otwarta, nie mająca w sobie nic z lubiących się wywyższać poetów Niczelina. Zasiadła na honorowym miejscu, którym był bujany fotel, przeczytała kilka wierszy ze swojego debiutanckiego tomiku „Wy-ust-danie” oraz na deser coś jeszcze nie opublikowanego. Uraczyła zebranych także śpiewem jednego z utworów, czym ujawniła swoje upodobanie do melorecytacji. Jej poezja to zabawa językiem, wykorzystanie wieloznaczności znaczeń słów, czy bawienie się ich brzmieniem jak w poezji lingwistycznej. W konsekwencji efekt jest naprawdę interesujący. Prezentowane wiersze są świeże, lekkie, ironiczne, a jednak pełne odkrywczej mądrości. Pozornie „wyuzdane”, pełne erotyzmu, ale posiadające także drugie, głębsze dno. Zaskakująco dojrzałe jak na tak młodą 23 letnią poetkę!

Paulina ma już kilkuletnie doświadczenie z poezją oraz z jej odbiorcami spotykanymi na żywo – często brała udział w licznych slamach poetyckich, wiele z nich wygrała, jak Slam Tour, który umożliwił jej wydanie zbioru wierszy. Tomik w kilku egzemplarzach został także zaprezentowany podczas spotkania. Uderzał wręcz swoim pięknym od strony graficznej wydaniem, opracowanym od tej strony przez samą Paulinę i jej kolegę. Podzielony jest na kilka rozdziałów tematycznych, z których każdy odróżnia się szatą graficzną, miedzy innymi stosowane są różne czcionki, a tekst urozmaicają świetne rysunki rysunki. Udowadnia, że forma może iść w parze z treścią. Wiele dowiedzieliśmy się o tym jak powstają jej utwory, że po prostu się spontanicznie tworzą, pod wpływem sytuacji, choć w ostatnim czasie poetka bardziej pracuje nad ich dopracowaniem. Niczelina, której pseudonim pochodzi od filozofa Nietzschego, opowiedziała także trochę co (lub kto) jest inspiracją do powstania utworów.

Dyskusje prowadzone przez dziewczyny w blasku świec, dotyczyły głównie poezji, zwłaszcza, że okazało się, że Paulina to nie jedyna poetka w tym towarzystwie, lecz jest tu osoba do tej pory za bardzo nie ujawniająca się przed lubelską publicznością. Ale może to spotkanie będzie impulsem, żeby pokazać światu swoją twórczość? Jednak tematy rozmów dotyczyły nie tylko wierszy, slamów i festiwali poetyckich, ale jak to w babskim gronie zeszły też na zupełnie inne sprawy (jak dyskusja o horoskopach i znakach Zodiaku).

Poniedziałkowe Mieszkanie Poezji to nie jedyne spotkanie z Pauliną Danecką w ramach festiwalu. Niczelina pojawi się też na slamie w Cax Mafe. Już nie mogę się doczekać, by zobaczyć jej poetyki popis, który zawsze ma w sobie element show. I żeby zobaczyć jak „kastruje” mężczyzn na żywo przez swoją poezję.

Wioleta Rybak

Obejrzyj galerię zdjęć z mieszkań poezji

25.05.2010 – wtorek

17.00 – Wręczenie nagrody "Kamień". Spotkanie autorskie z laureatem – Tomaszem Różyckim. Brama Grodzka ("Sala czarna"), ul. Grodzka 21

Co roku przyznajemy Nagrodę "Kamień" - kamienny "reprint" pierwszej strony debiutanckiego tomiku poezji Józefa Czechowicza. W roku 2010 nagroda za wybitny dorobek poetycki została wręczona Tomaszowi Różyckiemu podczas spotkania autorskiego 25 maja.

Obejrzyj galerię zdjęć z wręczenia Nagrody "Kamień"

Raport z potknięcia o kamień

Do „Sali Czarnej” w Ośrodku „Brama Grodzka - Teatr NN” spóźniamy się dobre kilka minut - Paweł Próchniak czyta laudację i zerkając raz po raz na wchodzących, kończy czytanie porównaniem do odlatujących gęsi. Jest 25 maja 2010 roku, drugi dzień lubelskiego festiwalu „Miasto Poezji”. Wybija 17:30, rozpoczyna się gala wręczenia nagrody „Kamień”.

Po prawej stronie stolik oświetlony mocnym snopem światła. Przy stoliku siedzą: Tomasz Różycki (bródka, koszula, marynarka) i Paweł Próchniak (kartki, jeansy, szara bluza). Jest kamerzystka (nieprzerwanie się kręci), są panowie z radia (uciekają w połowie spotkania) i publiczność dość licznie zgromadzona (jeszcze nie ucieka, jeszcze słucha). Wręczenie nagrody odbywa się nadzwyczaj szybko. Tomasz Pietrasiewicz, dyrektor ośrodka, podnosi się z miejsca. W rękach trzyma drewnianą skrzynkę, gdzie ukryto statuetkę z wyrytą dedykacją oraz debiutancki tom Józefa Czechowicza Kamień. Bijemy brawo. (Po spotkaniu kolega zastanawia się głośno, ile liczy sobie czek, który otrzymał laureat.)

Tomasz Różycki dziękuje za nagrodę, odkłada ciężką skrzynkę na stolik i daje krótki komentarz; mówi zgrabnie, wspomina wcześniejszych nagrodzonych, tj.: Julię Hartwig i Ryszarda Krynickiego, po czym siada. Kiedy milkną oklaski, Paweł Próchniak mówi, że nadszedł właśnie czas na dwie „niespodzianki”. Pierwsza, udana w jednej-trzeciej, druga - cokolwiek zbędna.

Troje lubelskich licealistów wychodzi na scenę - chcą lub kazano im (na sali znajdują się panie nauczycielki) wyrecytować wiersze siedzącego z uśmiechem na twarzy laureata. Pierwsza recytacja zapada w pamięć: słowa mocne, prawdziwe wybrzmiewają mocno i prawdziwie, z przejęciem bliskim płaczu. Sala drży, Paweł Próchniak uśmiecha się, po chwili słychać zasłużone brawa. Kolejni licealiści słowa twarde i szczere zamieniają w słowa wyplute i sztuczne. Koniec. Ulga.

W pewnej chwili starszy pan dotyka mojego ramienia. Kątem oka dostrzegam, że na dłoni ma tatuaż. Podaję mu szybko i ostrożnie drewniane krzesło. Czas na drugą niespodziankę, czyli prezentację strony internetowej festiwalu „Miasto Poezji”. Uruchomiony zostaje rzutnik i przed zebranymi ukazuje się zdjęcie laureata - specjalnie na okazję wręczenia nagrody „Kamień” stworzony został dział poświęcony Tomaszowi Różyckiemu. Oglądamy filmik - starszy pan obok zaczyna ziewać, za moment zmienia miejsce. Patrzymy na wykazy bibliograficzne, okładki książek nagrodzonego poety, który na zakończenie prezentacji dziękuje, bardzo dziękuje. I siada.

Zaczyna się rozmowa. Paweł Próchniak pyta: o podróże, o ulubionych twórców oraz o „pióro, długopis czy ołówek”, a w tym o wpływ Internetu na współczesną literaturę. Tomasz Różycki składa wyrazy płynnie, słowem: miło się słucha. Jest mowa o pociągach, o grupie OuLiPo, o zapisywaniu wiersza i przepisywaniu go na laptopie. Grzecznie słuchamy, czasem się śmiejemy. (Po wyjściu z „Sali Czarnej” kilka osób powie, że nagrodzony poeta to człowiek „ludzki”, „przystojny”, „doświadczony” i „miły”.) Mimo to atmosfera tkwi gdzieś pomiędzy „jest przyjemnie” a „nie wiem, czy zaraz nie wyjdę”, dlatego też wraz z pierwszym pytaniem od publiczności (wtrąconym przez siedzącego po mojej prawej mężczyznę) gala zaczyna się sypać, publiczność zaczyna wychodzić, sala pustoszeć. W pewnym chwili i ja się zabieram. Wręczenie nagrody zmieniło się nagle w kpinę. Kiedy wychodzę Paweł Próchniak jest mało zadowolony, Tomasz Różycki próbuje łagodzić sytuację, prym wiedzie natomiast pan po mojej prawej i licealiści wraz z nauczycielkami. Niesmak pozostaje i, jak pisze laureat w wierszu Robak, „Mydło tego nie zmyje”.

Wychodzę na zewnątrz i cieszę się, że na spotkanie przyszli nie tylko ludzie „od pióra” czy jakoś „z piórem” związani, z drugiej jednak strony jestem przerażony i zdenerwowany -największa (bądź co bądź) nagroda literacka w Lublinie, ba, na wschodzie Polski zamienia się w „naiwniacką” szopkę. Paweł Próchniak trzykrotnie zwraca uwagę, że nie jest to wieczór „państwa zgromadzonych na sali”, a wieczór laureata, Tomasza Różyckiego, autora poematu Dwanaście stacji i nominowanego do nagrody Nike zbioru Kolonie.

Pierwsze pytanie od publiczności brzmi: „a po co to panu? ma pan przecież czterdzieści lat! po co panu poezja?”. Poeta więc tłumaczy, a tłumaczy w sposób uprzejmy i możliwie jasny, kiedy kończy swoją wypowiedź, dołącza się starszy pan (ten, co to ziewał i co to zmienił miejsce). Wspomina Mikołaja Reja i Jana Kochanowskiego, zaraz jednak zaczyna wyrzucać Pawłowi Próchniakowi, że zadaje naiwne pytania „o pióro czy długopis”. Po chwili włączają się licealiści (w tym jedna z wcześniej deklamujących), próbują wyjaśnić sens wypowiedzi poety i bronić krytyka. Próchniak śmieje się przez łzy, starszy pan (ten co to ziewał i co to miał tatuaż na ręku) wstaje i mówiąc „Zapamiętam sobie pana”, wychodzi. Sytuacja uspokaja się na chwilę. Pani w pierwszym rzędzie zadaje trzy neutralne pytania, w tym: „jakie ma pan jako poeta rady dla młodych ludzi, którzy piszą, którzy zaczynają pisać i chcieliby się w swoim życiu literaturą zajmować?”. Tomasz Różycki odpowiada: „Rzućcie to”, po czym referuje swój stosunek do poezji i do pisania w ogóle. Znów wtrąca się pan po mojej prawej - kiedy poeta nie ma już nic do dodania, zabiera głos uczennica liceum i pyta o maturę, na której znalazł się wiersz Różyckiego. „Co pan sądzi o kluczu do tego wiersza? Czy widział pan ten klucz?...” Wtedy wychodzę, myśląc, że zaraz pewnie będą czytane wiersze i żałuję, że to w ten sposób się toczy, że poeta ciekawy, a pytania durne; przed oczami mam zrezygnowaną twarz Pawła Próchniaka.

Komórka w kieszeni zaczyna wibrować, dostaję sms'a (prosto z sali): „Co? Znudził ci się poeta?” Czekam przed drzwiami „Ośrodka”. Za chwilę wychodzi znajomy i mówi, że Różycki dał „tróję plus” za klucz maturalny. Znajomy strzela palcami i mówi: „Autorytet pań nauczycielek gdzieś nagle prysnął.” Przez bramę przechodzi wiatr, zaczyna być chłodno. Zapinamy kurtki i idziemy na kawę. Do zakończenia festiwalu „Miasto Poezji” pozostało trzy dni.

Maciej Topolski

18.30 – "Teatr Poezji" – "Mironia" wg tekstów Białoszewskiego, Teatr Panopticum, scenariusz i reż. Mieczysław Wojtas, muzyka Piotr Tesarowicz, MDK "Pod Akacją", ul. Grodzka 11

Przedstawiać poezję

Prezentować poezję można różnie. Klasyką są już chyba wieczorki poetyckie organizowane przez młodzież szkolną, czy wieczorki autorskie połączone z odczytywaniem wierszy. Zazwyczaj prezentacje te odbywają się w atmosferze co najmniej lekko podniosłej, a poeci i ich utwory traktowani są jak zjawisko niezwykle cenne i rzadkie. Wielu recytatorów odnosi się z olbrzymim szacunkiem do wykonywanych przez siebie wierszy, czyniąc w ten sposób z poezji obiekt kultu, niedostępnego dla wszystkich i wymagający powagi. Na szczęście (dla poezji oczywiście) coraz częściej odchodzi się od takiej formy przekazu i próbuje się oswajać poezję, pokazywać jej dostępność.

 

Obejrzyj galerię zdjęć z działań Teatru Poezji
 

Zamiar przybliżenia twórczości Mirona Białoszewskiego stał się dla Teatru Panopticum impulsem do stworzenia przedstawienia „Mironia”. Nie jest to spektakl teatralny, ale montaż słowno-muzyczno-teatralny. Młodzi aktorzy nie dość, że recytują, to jeszcze śpiewają i tańczą poezję. Wszystko to jest oczywiście wzbogacone o elementy aktorstwa, dzięki czemu wiersze zyskują wymiar mini scenek. W zamierzeniu Mieczysława Wojtasa, „Mironia” nie ma być spektaklem, a właśnie próbą odczytania poezji, zmierzeniem się z nią. Chociaż na podstawie wierszy nie stworzono scenariusza, a wydarzenia na scenie są prezentacją różnych utworów, to jednak widowisko jest spójne. Ciągłość pomiędzy scenkami zachowana jest dzięki dynamicznym zmianom aktorskim. Dodatkowo zmiana utworu sygnalizowana jest widzom przez jednego z wykonawców, który przebiega przez scenę z ogromną tekturową gitarą. Ten absurdalny pomysł, oprócz czysto pragmatycznej funkcji, zaskakuje i bawi.

Białoszewski odczytany przez Wojtasa nie traci niczego ze swojej wyjątkowości. Lekko chaotyczny, absurdalny, eksponujący językowe zawirowania poezji spektakl jest formą adekwatną do poezji, którą prezentuje. Uroku przedstawieniu nadaje muzyka skomponowana i wykonywana przez Piotra Tesarowicza, wspomaganego przez chór gołębi nawiedzających patio Miejskiego Domu Kultury. Dynamiczny charakter „Mironii” podkreśla charakterystyczne cechy twórczości Białoszewskiego, ale przede wszystkim jest dowodem na to, że poezja nie musi być traktowana śmiertelnie poważnie.

Kaśka Plebańczyk

 

21.00 – Slam poetycki – prowadzanie: Jarek "Doktor" Janiszewski – "Cax Mafe", ul. Staszica 1

Słowne potyczki

Podczas festiwalu Miasto Poezji nie mogło zabraknąć zmagań poetów młodszych generacji: tym razem slamerów gościł pub Cax Mafe przy ulicy Staszica. Do udziału zgłosiło się jedynie dziewięciu uczestników. Było to grono zróżnicowane: i międzynarodowe (swoje teksty zaprezentowali Ukrainiec i Walijczyk), i międzymiastowe (Toruń, Warszawa i oczywiście Lublin), i międzypłciowe (dwie kobiety).

Zacznijmy od sprawy najważniejszej, czyli od samego konkursu. Tematyka prezentowanych wierszy jak zwykle szeroka: od metapoetyckich uwag, przez reakcje na smoleńską katastrofę, po komunikaty w językach obcych. Poniekąd zbyt obcych, ale nadrabiających ekspresją włożoną w sposób wypowiedzi i nastawieniem na nawiązanie kontaktu mimo barier. W pierwszym etapie najwięcej punktów zebrali Wojciech Dunin-Kozicki, Niczelina, Jakub Przybyłowski i Grzegorz Jędrek. Drugi wyłonił parę finalistów w osobach Niczeliny i Wojtka, co osobiście mnie cieszy, bo byli moimi niekwestionowanymi faworytami. Ogólny poziom wygłaszanych utworów był przeciętny, ich teksty wybijały się zdecydowanie. Mogłyby z powodzeniem zyskać uznanie również poza konwencją slamu.

Wojtka, który zdecydowaną większością głosów zwyciężył w finale, prawdopodobnie nikomu przedstawiać nie trzeba. Natomiast warto poświęcić parę słów Niczelinie, czyli Paulinie Daneckiej. Nazywa sama siebie postpolonistką, bo rok studiowała na tym kierunku. Jej literackie dokonania charakteryzuje „drążenie” języka w poszukiwaniu tkwiących w nim znaczeń. Teksty, które wygłosiła (a po części także wyśpiewała) przypaść do gustu mogą zwłaszcza żeńskiej części publiczności, bo właśnie kobiecy punkt widzenia w nich reprezentuje. Pewne znamiona kobiecości nosi też forma utworów: mam na myśli lekkość, przewrotność, zmienność.

Moje obawy o to, czy w niewielkiej salce Caxa uda się znaleźć dogodne miejsce okazały się zbędne: tym razem słuchaliśmy wierszy w kameralnym gronie. Stąd pewnie brak żywiołowych reakcji i komentarzy, które zazwyczaj towarzyszą konkursom tego typu. Przy skromnym audytorium ośmioosobowe jury można uznać za naprawdę reprezentatywny głos. Powinno cieszyć zainteresowanie mediów: kamer, aparatów i dyktafonów było bowiem pod dostatkiem.

Prowadzenie wydarzenia powierzono z niejasnych dla mnie względów Jarkowi „Doktorowi” Janiszewskiemu. Chwalebnie w tej roli wspierał go Adam Marczuk, który znacznie lepiej odnajduje się w slamowych klimatach. I choć do tej pory nie należał do moich ulubionych prowadzących, tym razem muszę zwrócić mu honor i docenić to, że nie pozwala, aby jego komentarz koncentrował uwagę bardziej, niż występy poetów. Nie potrafił tego Janiszewski, ciężko było mu zatem zjednać sobie publiczność Miasta Poezji. Ostatecznie swoje wstawki, rodem z konferansjerki koncertów Big Cyca, nazwał wybroczyną intelektualną, co trzeba uznać za trafną samoocenę.

Wojciech Dunin-Kozicki za zwycięstwo w konkursie otrzymał 500 złotych. Za głosy odwdzięczył się przybyłym do Caxa niespodzianką w postaci występu ze Zbyszkiem Kowalczykiem (autorem muzyki do jego wierszy). Ten żartował, że tekstów Wojciecha nauczył się dzień wcześniej, bo rzekomo Adam Marczuk już wtedy poinformował go o wygranej Wojtka na slamie.

Kaśka Piwońska

 

26.05.2010 – środa

18.30 – "Teatr Poezji" – "Lubelskie obrazki słowem malowane". Wiersze o Lublinie autorstwa lubelskich poetów, Teatr Panopticum, reż. Mieczysław Wojtas, MDK "Pod Akacją", ul. Grodzka 11

Teatr Panopticum w cyklu przygotowanym w ramach Miasta Poezji przeznaczył środę na prezentację wierszy o Lublinie w programie zatytułowanym „Lubelskie obrazki słowem malowane”. Organizatorzy zostali zaskoczeni zainteresowaniem publiczności, bo nie przygotowali wystarczającej liczby miejsc i zmuszeni byli organizować coś „na szybko”. Kogo przyciągnęli recytatorzy z Teatru Panopticum? Widzowie to w przeważającej części młodzież w wieku szkolnym, ale na widowni zasiedli miłośnicy poezji od lat pięciu do siedemdziesięciu (ocena na oko, więc nie do końca wiarygodna).

Korzystając z pogody, twórcy zaprosili nas do patio Młodzieżowego Domu Kultury przy ulicy Grodzkiej. Wybór okazał się bardzo dobry, biorąc pod uwagę, że podczas spotkania prezentowano wiersze dotyczące lubelskiej starówki. Nie znam działalności Panopticum na tyle, by wiedzieć, czy korzystają częściej z warunków, jakie stwarza ta przestrzeń, ale jeśli nie, to warto to zrobić.

Gościem wydarzenia była Eda Ostrowska. Mieczysław Wojtas rozpoczął spotkanie od przeczytania kilku jej tekstów wiążących się – czasem tylko podskórnie – z Lublinem. Zapowiedział, że po prezentacji przygotowanej przez jego teatr można będzie porozmawiać z poetką i poznać wiersze z jej najnowszego tomiku. W dalszej kolejności mogliśmy wysłuchać piosenek dotyczących Koziego Grodu w wykonaniu dwóch wokalistek z Młodzieżowych Domów Kultury na ulicy Chrobrego i Grodzkiej.

Główną część stanowiły skomponowane ze sobą utwory dotyczące lubelskiej starówki. Złożyły się one na rozmowę o mieście, w której głos – ustami podopiecznych Mieczysława Wojtasa – zabrali poeci dwudziestolecia międzywojennego i współcześni. Miasto jawi im się jako wyjątkowo gościnne, pozwalające na swobodę i zachęcające do zgłębiania swoich tajemnic, które nie kojarzą się z niebezpieczeństwami, a raczej przygodą czy niespodzianką. Jednym słowem widzą w Lublinie gród niezwykle przyjazny. Nie zabrakło też tekstów mających za swój przedmiot architekturę Starego Miasta, co uczestnikom spotkania pozwoliło odświeżyć spojrzenie na pewnie dobrze już znane zaułki i kamieniczki.

Kaśka Piwońska

 

20.00 – Koncert zespołów "Ballady i Romanse", "Kawałek Kulki", Klub "Czarna Owca", ul. Narutowicza 9

Koncertowa środa

Rozbudowane w tym roku o moduł koncertowy Miasto Poezji zdecydowanie zyskuje. Popularne i lubiane zespoły, które zdążyły wyrobić sobie markę na polskim rynku muzycznym, są gwarancją pojawiania się na festiwalu nowych osób, nie do końca ufających formule mieszkania poezji, jak ognia bojących się nudnych poetów. Poezji wolą posłuchać w porządnej oprawie muzycznej. W środę mieli taką szansę – oba zespoły, Ballady i Romanse i Kawałek Kulki, oprócz interesującej strony instrumentalno-wokalnej, charakteryzuje bowiem również wysoka jakość śpiewanych tekstów.

Ballady i Romanse stworzyły w 2007 roku siostry Wrońskie – Zuzanna i Barbara, która na co dzień występuje również w Pustkach (będziemy mieli okazję spotkać się także z tym zespołem w czwartek w Centrali o 20). Dziewczyny same komponują muzykę i piszą teksty. Piosenki o życiu, oddychaniu, zakrętach losu, napięciach między ludźmi, zawirowaniach w relacjach z bliskimi – wszystko na tle warszawskiego pejzażu. Delikatne, liryczne, momentami trochę smutne, balladowe kawałki świetnie nadawały się do posłuchania, ich melodyjność zachęcała do poruszania nogą, ale raczej nieśmiało, pod stołem.

 

Kawałek Kulki (dla porządku dodam, że zespół powstał w 2001 roku w Gorzowie Wielkopolskim, tworzą go Magdalena Turłaj, Błażej Król, Maciej Parada i Jacek Szmytkowski) zenergetyzował słuchaczy – młodzież poderwała się z krzeseł i zachęcana przez wokalistę, podrygiwała pod sceną w rytm skocznej i radosnej muzyki, śpiewała dobrze znane teksty (pozytywne i zakręcone jednocześnie). Muzycy dali godzinny koncert. Oczywiście nie mogli nasycić zgłodniałej muzycznych wrażeń i radosnych pląsów publiczności, zdaniem której zespół powinien bisować w nieskończoność. Niestety ekipa ewakuowała się ze sceny, i – co gorsza – z Czarnej Owcy, o wiele za szybko. Wyraźnie odebrało to chęć do zabawy, około północy klub opuszczały ostatnie zabłąkane dusze, rzucając tęskne spojrzenia na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą mieściła się scena...

Justyna Czarnota

 

27.05.2010 – czwartek

17.00 – Spotkanie autorskie z Marcinem Różyckim, Klub "Gramofon" (wewnątrz), ul. Rynek

Występ poety

Niewielką grupkę fanów i ciekawskich przyciągnęło czwartkowe spotkanie poetyckie z Marcinem Różyckim. Chociaż wydarzenie rozpoczęło się z opóźnieniem, na twarzach obecnych nie dało się zauważyć zniecierpliwienia. Fani i fanki (tych drugich było zdecydowanie więcej) cierpliwie czekali na występ poety. Gdy tylko pojawił się w klubie Gramofon, a raczej – gdy wynurzył się z jego zakamarków, zaczął hipnotyzować zgromadzonych. Niski, zachrypnięty głos znakomicie pasował do przestrzeni Gramofonu. Artysta, wspomagany przez akompaniującego mu na kontrabasie muzyka, odczytywał wiersze z tomu „Iluzjonista”. Atrakcją dla wielbicieli twórczości Różyckiego było zapewne zaprezentowanie przez niego utworów, które ukażą się już wkrótce w nowym tomie „Pan śmierć”. Artysta pozwolił sobie również na zaśpiewanie kilku wierszy ze swojego dorobku, czym wzbudził entuzjazm wśród zgromadzonych w Gramofonie pań.

Poezja Marcina Różyckiego, na wskroś męska, przepełniona gorzkimi refleksjami na temat kobiet, zakrapiana alkoholem, z pewnością niesie ze sobą duży ładunek emocjonalny. Wyrecytowana, czy też zaśpiewana, w kameralnym gronie może stać się przekazem wyjątkowo silnie oddziałującym. Dla sympatyków twórczości Różyckiego spotkanie było okazją do poznania swojego ulubieńca z nieco innej strony. Zamiast odległego, występującego na scenie piosenkarza, spotkali poetę, który w kameralnej przestrzeni próbował zaczarować wąskie grono odbiorców. Dzięki niewielkiej sali kontakt artysty z wielbicielami stał się bardziej intymny niż podczas koncertów, co wyraźnie cieszyło większość zgromadzonych. Panowała atmosfera skupienia, zebrani chłonęli każde słowo wypowiadane przez Różyckiego, który, świadomy wrażenia jakie wywiera na słuchaczach, zamienił spotkanie w mini-recital. Artysta namówił także publiczność do wspólnej recytacji fragmentu tekstu, nie zabrakło też humorystycznych wstawek słownych pomiędzy utworami. Wiersze, ułożone w ścisłym porządku i przyprawione dobrze dobraną muzyką, sprawiły, że chwile spędzone w Gramofonie z pewnością na długo pozostaną w pamięci słuchaczy.

Kaśka Plebańczyk

Obejrzyj galerię zdjęć z innych spotkań poetyckich

 

19.30 – Justyna Jasłowska i Tomasz "Dolar" Dymek – taniec intuitywny Justyny + teksty Dolara – Klub "Centrala", ul. Dolnej Panny Marii 3

Wielka Improwizacja

Nie musisz być panem w golfie, żeby interpretować poezję. Wyłącz tę lampeczkę, przy której czytasz po cichutku Miłosza. Równie dobrze możesz mieć na sobie dresy, wygodne buty i opowiadać ludziom własnymi słowami poezję. Najważniejsza jest kreatywność i otwarty umysł. A tego na pewno nie można odmówić twórcom czwartkowego projektu w Klubie Centrala, czyli Justynie Jasłowskiej i Dolarowi.

Ruch, słowo i rapowanie to fundament tego performancu. Całość polegała na interpretacji wybranych wierszy poetów takich jak: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Roman Honet, Edward Stachura czy Czesław Miłosz. To poezja pokazana w całkiem inny sposób. Słowo równe ruchowi – przenikanie dwóch środków wyrazu.

– Nie spodziewałem się, ile można wyrazić przez ruch, mimikę i ile jest w tym ekspresji – przyznaje jeden z twórców projektu, raper Dolar.

Jeśli chodzi o „słowną” część performancu, to autorzy postawili na całkowitą improwizację. Tekst wierszy był tylko inspiracją i punktem wyjścia do wyrażania siebie, swoich poglądów a nawet uczuć. Wychwytywali główną myśl utworu i, na zasadzie bliższych lub dalszych skojarzeń, pokazywali własny stosunek do tematu. W wypowiedziach często nawiązywali do pop kultury, ironicznie opowiadali o współczesności. Obok „fejsa” i „naszej klasy” , pojawili się również „lanserzy z laskami na tylnym siedzeniach” a nawet „teletubisie”. Interakcja zachodziła nie tylko na poziomie słowa, ale widoczna była również w ruchach. Performerzy współgrali ze sobą na scenie, wyczuwali swoją obecność i gospodarowali przestrzenią, pozostając w ciągłym kontakcie.

Docenić należy fakt, że był to kompletny freestyle i mimo tego, że autorzy nie mieli przygotowanych tekstów i wypowiedzi, a ich próby polegały głównie na rozmowach o wierszach i dzieleniu się wrażeniami, udało się im wciągnąć publiczność w swój świat, a nawet zachęcić do współtworzenia improwizacji. Niejednokrotnie rozbawili widownię, co, jak sami przyznają, zaskoczyło ich samych, bo w założeniach performance nie miał być zabawny. Ale jak widać freestyle zdominował projekt. Może i lepiej, bo poezja dzięki temu nabrała innego wymiaru i pozbyła się sztucznego patosu, zbudowanego przez „panów w golfach”.

Joanna Podgórska

 

"Warto w życiu próbować wyrażać się twórczo"

Rozmowa z Tomaszem Dymkiem (raperem "Dolarem"), który w ramach Miasta Poezji prowadził w Gimnazjum nr 19 lekcję na temat improwizacji w literaturze.

J: Jak zareagowali uczniowie na Twój widok?

D: Miałem wrażenie, że pomyśleli: „Poeta? A gdzie golf?” Chciałem im pokazać, czym jest improwizacja w literaturze. Wykorzystałem do tego dwa wiersze Wisławy Szymborskiej z tomiku „Tutaj”. Myślę, że dobrze odebrali tę lekcję. Pokazałem im coś świeżego i to, że warto w życiu próbować wyrażać się twórczo.

J: Twoje początki z freestyle’em…

D: Zaczęło się w 1998 roku od osiedlowych imprez i prób. Kiedyś w Lublinie odbywał się koncert Wujka Samo Zło [znany polski raper – przyp. J.P.], tam po raz pierwszy miałem styczność z freestyle’em. Zacząłem trenować i w 2000 roku pojawiły się małe improwizacje, ale początki zawsze są trudne. To były naprawdę śmieszne i dziecinne skojarzenia typu główka-skuwka. Ale nie zrażałem się i w końcu zaczęło to dawać efekty. Brałem udział w różnych lokalnych bitwach, w których zajmowałem 2, 3 miejsce.

J: A Twoja przygoda z poezją?

D: Trwa od jakichś 2, 3 lat. Zacząłem interpretować poezję poprzez rap. Brałem udział w slumach poetyckich i innych spotkaniach, przez co wspierałem Lublin jako Europejską Stolicę Kultury.

J: Czym jest dla Ciebie poezja?

D: Najtrudniejsze pytanie, jakie ostatnio usłyszałem [śmiech]. Poezja to dla mnie nieodkryty świat, którego się uczę. To tworzywo, w którym można wszystko wyrazić. Poeta wie, co czuje i jak to pokazać. Osobiście bardzo lubię wiersze dobitne, spuentowane.

J: Na przykład?

D: Lubię twórczość takich poetów jak Tadeusz Dąbrowski, Jacek Dehnel, Czesław Miłosz i Wisława Szymborska.

J: Twoje plany na przyszłość?

D: Przede wszystkim grać koncerty, zająć się animacją kultury. Chciałbym pokazywać kulturę hip-hopową jako kulturę tworzenia, a nie destrukcji. Ogólnie mam nadzieję, że będę mógł żyć z pracy artystycznej.

Rozmawiała Joanna Podgórska

 

20.00 – Koncert zespołu "Pustki" – Klub "Centrala", ul. Dolna Panny Marii 3

Puste dźwięki

Wbiegam do Centrali chwilę po 20:00 i zastaję ciszę. Kupuję piwo, potem drugie i spotykam kilkunastu znajomych. A cisza trwa nadal. Zastanawiam się, czy trafiłam w dobre miejsce. Jednak o 21:00 nie mam już wątpliwości: na „scenę” wchodzi zespół Pustki, zapowiedziany przez Wojtka Dunina-Kozickiego, jednego z organizatorów Festiwalu. Chwilkę czekają jeszcze na swojego gitarzystę, który podobno lubi długo stroić się do występu (zupełnie nie wiem po co, skoro i tak zaraz zedrze z siebie koszulkę – oczywiście pod wpływem temperatury!) i są. Basia Wrońska z kucykiem na czubku głowy, starannie umalowana (byłam świadkiem tej czynności w toalecie WOK’u), a razem z nią Radek Łukasiewicz, Szymon Tarkowski i Grzegorz Śluz. Wychodzą na środek pociesznego dywaniku i zaczynają grać. I wtedy przestaje być ważne, że jest ciasno i duszno. Muzycy zapraszają nawet bliżej, jakby nie odczuwali narastającego wrażenia gorąca, utrudniającego oddychanie. Nie da się otworzyć okien, jednak to nic. Ludzie się bawią, podskakują i bujają się w rytm pięknych piosenek zespołu. Można usłyszeć „Trawę” do słów Tuwima – moim zdaniem perełkę na płycie „Kalambury”, ale także „Wesoły jestem”, czy parę utworów ze starszego repertuaru, takich jak „Słabość chwilowa,”, czy „Parzydełko”. Tłum ludzi w sali, gdzie odbywał się koncert, w samej Centrali i na patio narastał. Nie sądzę jednak, by ktoś narzekał na – uniedogodnienia można było sobie zrekompensować słuchając zespołu.

Pustki tworzą wokół siebie aurę poetyckości, nie szukają na siłę uwznioślonej pozy, nie dążą ślepo do sukcesu. Grają już 11 lat, a nadal uważane są za świetnie zapowiadających się debiutantów. Zespół wyróżnia podejście do poezji – z namaszczeniem, poważnie, z przekonaniem, że jest wartościowa, a propagowanie jej ma sens. Dla mnie Pustki są magiczne – przybliżają teksty poetyckie takich autorów, jak Gajcy, Broniewski, Tuwim i Leśmian, łącząc słowa z niezwykłą muzyką i przekazując trew sposób łatwy i bezpretensjonalny, nigdy trywialny.

Jedno, co jest pewne po występie Pustek na Festiwalu Miasto Poezji to fakt, że nie serwują słuchaczom pustych dźwięków. U nich zarówno słowa, jak i obrazy łączą się w spójną, wzajemnie inspirującą się siłę.

Kasia Krzywicka

 

Piosenki o życiu

(...) Przyznam, że jeśli chodzi o muzykę to występ, na który czekałam najbardziej na tegorocznym Mieście Poezji. Skład częściowo był już znany z poprzedniego wieczoru i występu Ballad i Romansów. Tym razem wokal Basi łączył się nie z głosem jej siostry, ale Radka Łukasiewicza, grającego także na gitarze. Miejsce było już inne – podziemia Czarnej Owcy zajęła Centrala, a raczej jedna z sal Wojewódzkiego Ośrodka Kultury. Moim zdaniem miejsce nie do końca trafione – sala słabo nagłośniona, niezwykle ciasno, artyści nie występowali na żadnym podeście, więc jeśli ktoś stał dalej nic nie widział. I co najgorsze panowało przerażające gorąco, co najbardziej odbiło się na członkach zespołu, zwłaszcza na gitarzyście, który po pozostawionym bez odzewu apelu o ręcznik po prostu zrzucił koszulę, ale mimo tego czuł się jak w saunie. Nie przeszkodziło to jednak Pustkom w zagraniu świetnego ponad godzinnego koncertu.

Wszystkie z tych zespołów grają rockową alternatywną muzykę, jednak każdy z nich ma swój własny charakterystyczny styl. Łączy ich jednak to, że śpiewają piosenki o życiu, uciekając od banału, ubierając wszystko w poetyckie słowa. A jeśli dochodzi do tego świetnie zagrana muzyka – można ich słuchać i słuchać godzinami.

Wioleta Rybak

 

28.05.2010 – piątek

16.00 – Spotkanie z Jurijem Andruchowyczem. "Od metafizyki innego Lwowa do Sztukmistrza Wschodu", prowadzenie: Marcin Czyż, Ośrodek "Brama Grodzka – Teatr NN", ul. Grodzka 21

20.00 – "Rozstrzelane Pomarańcze" nowa poezja ukraińska na śniadanie. Spotkanie z poetami ukraińskimi: Katrina Haddad, Bohdana Matijasz, Dmytro Łazutkin, Ołeh Kocarew. Prowadzenie: Marcin Czyż, Aneta Kamińska, ACK "Chatka Żaka", ul. Radziszewskiego 16

21.30 – Projekt "Cynamon" – Koncert zespołu "Karbido" z Jurijem Andruchowyczem, ACK "Chatka Żaka", ul. Radziszewskiego 16

Pożegnanie we wschodnim stylu

Ostatni dzień festiwalu Miasto Poezji był wyraźnie skierowany na Wschód. Wiele wydarzeń związanych było z naszymi przyjaciółmi z Ukrainy. Spotkanie z poetami oraz koncert udowodniły, że poezja ukraińska ma się bardzo dobrze.

W „Rozstrzelanych pomarańczach” - spotkaniu z ukraińskimi twórcami ( Oleh Kotsarev, Katrina Rozkladai, Aneta Kamińska, Bohdana Matijasz) niestety uczestniczyć nie mogłam, ale udało mi się pojawić na wieczornym Projekcie „Cynamon”, czyli koncercie zespołu Karbido z Jurijem Andruchowyczem w Chatce Żaka. Publiczność wypełniła salę jedynie do połowy, ale przyjęcie artystów było bardzo gorące.

Scena pełna była różnorodnych instrumentów, na których grali polscy muzycy, natomiast towarzyszący im Andruchowycz wyśpiewywał swoje teksty. Część po ukraińsku, cześć po polsku (przekład Jacka Podsiadły). To prezentacja płyty „Cynamon” grupy Karbido, w efekcie dająca rodzaj trwającego ponad 1,5 godziny spektaklu. Magicznego, fascynującego, budującego atmosferę, naprawdę niezwykłego. Muzyka łącząca alternatywnego rocka z elektroniką świetnie brzmiała z charyzmatycznym głosem Andruchowycza.

Widać było też inspiracje Indiami, w odpowiednim nastroju po koncercie przenieśliśmy się, gdyby popatrzeć na mapę świata, jeszcze bardziej na Wschód – do Oriental Cafe. W jednej z sal lokalu urządzonego w klimacie indyjskim, grupa miłośników poezji zebrała się, by zastanowić się, czy poezja jest zmęczona czy męcząca? Stłoczyliśmy się przy jednym stole, by posłuchać poezji Aleksandry Zińczuk, Adama Marczuka i Wojciecha Dunin – Kozickiego. Warunki nie do końca sprzyjały – w lokalu znajdowali się goście, których głosy zagłuszały słowa poetów, podobnie jak orientalna muzyka w tle. Nie wszyscy chętni do udziału z spotkaniu znaleźli dla siebie wolne miejsce, więc musieli zrezygnować. Ale Ci, którzy pozostali, mieli okazję posłuchać utworów w wykonaniu jednych z najważniejszych osób z poetyckiego świata Lublina, a przy tym spróbować specjałów kuchni hinduskiej.

Aleksandra Zińczuk to tegoroczna laureatka nagrody kulturalnej Żurawie w kategorii słowo. Tego wieczoru mogła udowodnić, że nagroda ta słusznie się jej należała. Kilka swoich wierszy przeczytał Adam Marczuk, jeden z organizatorów Miasta Poezji i innych wydarzeń w naszym mieście związanych z liryką. Zazwyczaj to on umożliwia innym prezentację swojej twórczości, tym razem mimo wielkiego zmęczenia, to on demonstrował napisane przez siebie utwory. Udało mu się wprawić w rozbawienie publiczność cytując fragment ze swojego notesu z listą telefonów. Niektórzy naprawdę sądzili, że to rodzaj awangardowej twórczości Adama... Swoją twórczość zaprezentował po raz kolejny na festiwalu Wojciech Dunin – Kozicki, zwycięzca wtorkowego slamu w Cax Mafe, również jeden z organizatorów. Wojciech zwracał uwagę nie tylko treścią swoich wierszy, ale także sposobem ich czytania. Jego głęboki, dostojny głos wciągał nawet bardzo zmęczoną publiczność. Okazało się, że nie tylko planowani artyści chcą wystąpić. Pomimo początkowych protestów do głosu został dopuszczony przez prowadzącą spotkanie Monikę Krzykałę, Zbigniew Kowalczyk, który przeczytał jeden wiersz.

Poezja na spotkaniu na pewno nie była mecząca, ale artyści i publiczność byli już bardzo zmęczeni po całotygodniowym festiwalu. Zrobiono więc przerwę, by mieć chwilę na dyskusję, niektórzy korzystając z okazji dyskretnie opuścili lokal, natomiast reszta wróciła do dalszego czytania i delektowania się słowem poetyckim. Niestety u mnie zwyciężyło zmęczenie….

Wioleta Rybak

 

Magia poezji

Do niedawna poezja nie była moim ulubionym rodzajem literackim. Zdarzało mi się sięgać po wiersze, ale zdecydowanie wolałam prozę, czy dramat. Do momentu aż zetknęłam się z lubelskim festiwalem Miasto Poezji. Od trzech lat nastaje w maju czas, gdy poezja staje się wszechobecna. Stara się docierać do wszystkich mieszkańców miasta, przeróżnymi, często oryginalnymi środkami. Na pewno skutecznymi!

Przebywając w Lublinie w tych dniach, trudno nie natknąć się na działania związane z Miastem Poezji. Program festiwalu pełen jest wydarzeń, czasem aż trudno zdecydować, na które z nich się wybrać. A Ci, którzy pracują żałują, że tyle rzeczy dziejących się w ciągu ich omija (niestety należę do tej grupy). Już od rana lublinianie spiesząc się do pracy mogli spotkać wolontariuszy akcji „Poezja w papilotach”, przejechać się autobusem albo trolejbusem, w którym rozbrzmiewały wiersze, potem w kilku miejscach w pobliżu centrum znajdowali stół poezji, byli też świadkami „tatuowania” miasta. Wiersze pojawiające się na chodnikach, czy murach (w tym roku np. liceum Zamojskiego) zwracają uwagę przechodniów jeszcze na długo po zakończeniu całego festiwalu. Miasto Poezji docierało także do szkół, przedszkoli, by zafascynować liryką najmłodsze pokolenie. Oczywiście były „tradycyjne” wydarzenia festiwalowe, jak spotkania w kawiarniach z autorami, slamy poetyckie, spektakle teatralne, filmy otwarte na szeroką i często przypadkową publiczność. Istotne było przyznanie nagrody „Kamień” Tomaszowi Różyckiemu. Ważne były też wieczorne koncerty. Alternatywne brzmienia w połączeniu z poetyckimi tekstami kilku występujących grup idealnie pasowały na Miasto Poezji. Pojawiły się również akcje zaskakujące i nieplanowane jak „Ciasteczka poezji”. Ostatniego dnia pewna grupa szczęśliwców została poczęstowana przepysznym ciasteczkiem z dołączonym do niego wierszem. Dziewczynom gratuluję inwencji i talentu kulinarnego, bo ciasteczka oczywiście były pieczone własnoręcznie.

Obejrzyj galerię zdjęć z Terytoriów Poezji

Obejrzyj galerię zdjęć z Poezjoterapii

Ale były też wydarzenia bardziej kameralne – liczne mieszkania poezji, organizowane głównie dla przyjaciół i znajomych, ale pojawić się na nich mógł każdy, by spotkać z poetą/poetką, posłuchać czytanych utworów, czy podyskutować o poezji. To doskonała okazja, żeby przekonać się, że autorzy wierszy są normalnymi ludźmi, z którymi można pogadać o wszystkim. W ogóle cały festiwal właśnie to ma na celu - pokazać, że poezji nie trzeba się bać, nie zawsze jest ona trudna, a poeci to nie tylko „panowie w golfach”. Takie festiwale pomagają wierzyć, że może jednak nie jesteśmy totalnie zepsutym społeczeństwem, dla którego liczy się tylko pusta komercyjna rozrywka, ale sztuka może być dla nas także ważna. Czasem jednak w mojej głowie pojawia się złośliwa i smutna refleksja, że bez uciekania się do promowania liryki w taki oryginalny sposób, coraz mniej osób sięga po poezję z własnej woli. Ale zaraz staram się odpędzić tę pesymistyczną myśl, bo z drugiej strony wierzę, że ten festiwal sprawi, że więcej osób zwróci uwagę i pokocha polską poezję. Tak jak ja…

w.r

 Lublin wierszami uskrzydlony