Tajemniczy Lublin
Kataklizmy i pomory w Lublinie
Edukacja w Lublinie na przestrzeni wieków

Kataklizmy i pomory w Lublinie

Życie w mieście, w dużych skupiskach ludności, często wiązało się ze zwiększoną zachorowalnością. W czasach, gdy nie istniały organizacje publiczne zajmujące się ochroną porządku i dbaniem o stan sanitarny miasta, często dochodziło do różnorakich nieszczęść. Stale gęstniejąca zabudowa wzdłuż Czechówki prowadziła do sytuacji, w której wszystkie nieczystości z miasta i przedmieść spływały do lokalnych rzek. Część z nich wpadała do Wielkiego Stawu Królewskiego, a reszta do Bystrzycy. Zanieczyszczenie wody nie było jedynym problemem mieszkańców – był nim także wszechobecny smród. Michał Anioł Bergonzoni, osiemnastowieczny lekarz włoskiego pochodzenia i pisarz, który przebywał w Lublinie, w swym dziele: Lublin podług ustaw medyki uważany w iedney dysertacyi wspomina o powietrzu, które wręcz „przydusza wędrowca i każe mu się wzdrygać od wjechania do miasta”. Na „lubelski zapach” składały się nie tylko błoto i nieczystości płynące ulicami, ale także dymy z kominów i jatki rzeźnicze. Niezwykle wyniszczające były pożary wzniecane z niedbalstwa lub z przypadku, które niejednokrotnie pożerały całą zabudowę miasta, niszcząc dorobek życia mieszkańców i pochłaniając setki ofiar.

inf. 34

Dlaczego w ogóle dochodziło do epidemii?

Bo w mieście było brudno. Śmieci stanowiły pożywkę dla bakterii, a te uwielbiają wilgoć i ciepło. Zapewne właśnie takie środowisko wykrystalizowało się w zanieczyszczonych wodach otaczających Lublin oraz na terenach okolicznych łąk. Brudna woda była pita i wykorzystywana w gospodarstwach domowych. Jedzono skażone ryby poławiane w Wielkim Stawie Królewskim. W Lublinie prawdopodobnie były głębokie studnie, ale uboga ludność z pewnością korzystała z tych płytkich, sięgających wód gruntowych. Wspomniany już Bergonzoni wskazywał na brak kanalizacji w mieście, zalegające śmieci, błoto oraz zwyczaj wylewania przez mieszczan nieczystości z okien wprost na ulice. Nie wiadomo czy podobne sytuacje miały miejsce często, ale jeśli wierzyć źródłom, w 1773 roku w okolicy pałacu Czartoryskich leżały zwłoki ludzkie podgryzane przez miejscowe psy. Można tylko wyobrazić sobie fetor, który unosił się nad miastem. Ponadto niemałym problemem było dzielenie przez biedniejszych obywateli przestrzeni mieszkalnej ze zwięrzętami hodowlanymi, takimi jak świnie, bydło, owce czy kury. Ludzie i zwierzęta nie tylko więc spali, ale także jedli w tych samych pomieszczeniach, co z pewnością odbijało się na ich stanie zdrowia. Brak higieny osobistej narażał ludność na stały kontakt z zarazkami i nieuchronnie prowadził do chorób. Zakażeniom sprzyjało też gęste osadnictwo w obrębie murów miejskich.

Lublin, Czechówka - okolice ul. Siennej

Codzienne czynności nad rzeką Czechówką, autor nieznany

Kiedy wybuchały zarazy?

W okresach wzmożonej podatności na choroby, zwłaszcza w czasie wojen, nieurodzajów i klęsk głodowych. Zarażeniom sprzyjały też kontakty z przybywającymi do miasta kupcami, włóczęgami, pielgrzymami, wojskiem i chorymi zwierzętami. Oczywiście pośrednich przyczyn rozprzestrzeniania się chorób wówczas nie znano. W 1711 roku oskarżono trzech grabarzy o przeniesienie dżumy z Warszawy do Lublina. Mieli oni smarować klamki miejskich domów maścią przygotowaną z mózgów zarażonych nieboszczyków. Na torturach oskarżeni przyznali, że postąpili w ten sposób, aby zapewnić sobie dodatkową pracę. Ta informacja znajduje potwierdzenie u Wespazjana Kochowskiego, osiemnastowiecznego historyka. Według jego relacji takie procedery były powszechnie znane. W XVII wieku miały istnieć nawet całe szajki roznoszące zarazę i rabujące co bogatsze domostwa, czasem nawet dopuszczające się podpaleń całych miast, w celu „oczyszczenia powietrza”. Choć uznaje się, że szalejąca w XIV wieku w Europie czarna śmierć, czyli dżuma, ominęła nasz kraj, wydaje się, że informacja o wybudowaniu w mieście w tym okresie pierwszego szpitala może wskazywać na to, że jednak i tu zagrożenie było realne. Jedna z największych lubelskich zaraz miała miejsce dopiero w 1572 roku. Nie tylko zdziesiątkowała ludność, ale także zahamowała na pewien czas rozwój handlu. Zagadką pozostaje odpowiedź na pytanie, czy zaistniało w mieście jakieś wydarzenie, które ją wywołało, czy została przyniesiona z zewnątrz. Do kolejnej epidemii morowego powietrza doszło w 1592 roku. Następne miały związek z nawrotami tzw. dżumy mediolańskiej. Do Lublina dotarła ona w latach 1620, 1622, 1623–1625, 1627–1630, 1635, 1641,1645, 1650, 1652, 1657–1658 i 1677–1678. Do epidemii dżumy dochodziło także w latach 1695, 1707–1712, 1715, 1720 oraz 1736–1737. W XIX wieku ludność Lublina dziesiątkowała cholera zbierająca swe żniwo w latach 1827–1831, a także 1855 i 1892. Wojny światowe przyniosły kolejny nawrót cholery oraz tyfus, które pojawiły się w latach 1915 i 1942. Te pomory nie były już tak tragiczne w skutkach. Lepsze warunki sanitarne, rozwój nauk medycznych i upowszechnienie lekarstw sprzyjały walce z chorobami.

Lublin. Wnętrze szpitala żydowskiego przy ulicy Lubartowskiej

Sala w szpitalu żydowskim mieszczącym się na ulicy Lubartowskiej, autor nieznany 

Dżuma, cholera, tyfus – co to za choroby?

Dżuma ma rodowód azjatycki. Jest ostrą, bakteryjną chorobą zakaźną, wywołującą powiększenie i ropienie węzłów chłonnych (tzw. dymienicę). Czternastowieczna epidemia morowego powietrza wybuchła najprawdopodobniej w Chinach, skąd przedostała się przez szlak jedwabny na Krym. Stamtąd rozniosła się po Europie za sprawą szczurów zamieszkujących statki handlowe, których pchły kąsały zwierzęta, a te z kolei przenosiły bakterie na ludzi. Szacuje się, że dżuma przyczyniła się do zmniejszenia populacji Europy niemalże o 30–60 proc. W skali całego świata miał to być spadek z 450 do 375–350 milionów ludzi. Śmiertelność wśród zachorowań na odmianę dymieniczą wynosiła od 60 do 90 proc.; na dżumę płucną ratunku nie było. Począwszy od XIV wieku morowe powietrze powracało z różną siłą aż do XVIII wieku. 
Cholera również jest bakteryjną chorobą zakaźną. Do zarażenia dochodzi zwykle poprzez wypicie wody, rzadziej spożycie pokarmu skażonego ludzkimi odchodami. Choroba ta wywołuje silną biegunkę i wymioty, prowadząc do odwodnienia organizmu. Do zarażenia może, choć nie musi dojść także poprzez bezpośredni kontakt z chorym.
Tyfus ma dwie odmiany; obie bakteryjne i silnie zakaźne. Tyfus brzuszny (dur brzuszny) wywołują bakterie salmonelli, a do zakażenia dochodzi poprzez picie zanieczyszczonej wody i spożywanie niemytych owoców lub warzyw. Choroba ta prowadzi do ogólnego wycieńczenia organizmu, a charakterystyczna dla jej przebiegu jest wysoka gorączka i różowa wysypka. Tyfus plamisty (dur plamisty) jest przenoszony przez ludzkie wszy. Do zarażenia dochodzi nie tylko przez wysysanie krwi przez wesz, ale także przez drapanie i rozcieranie ich odchodów na uszkodzonej skórze. Inną odmianą tyfusu jest ta przenoszona przez szczurze lub mysie pchły. Obie wywołują niedotlenienie i niedożywienie serca, charakterystyczne dla ich przebiegu są krwawe wybroczyny na skórze, spadek masy ciała, a także majaczenie i bezsenność.

Czy podczas pomorów w mieście umierali wszyscy?

Oczywiście że nie. Umierała przede wszystkim biedota miejska i bezdomni, a także starcy i dzieci. Co bogatsi, dożywieni i bardziej dbający o higienę osobistą mieli większą szansę na przeżycie, zwłaszcza że stać ich było na opłacenie opieki medycznej i odseparowanie domostwa od szalejącej zarazy. Oni także rzadko pijali wodę, a ich głównym napojem były trunki: piwo, wino, czasem też soki. Inną grupę ludzi mniej podatnych na zarażenia stanowili Żydzi. Wynikało to po części z zasad religijnych i stosowanej przez nich diety. Nie ukrywajmy, starozakonni bardziej dbali o siebie niż ich chrześcijańscy sąsiedzi. Mężczyźni żydowscy odwiedzali łaźnię przynajmniej raz w tygodniu przed szabatem, urzędnicy przepisujący Torę, tzw. sojferzy, korzystali z mykwy przed rozpoczęciem pracy, a kobiety zażywały kąpieli zawsze po porodzie i menstruacji. Dbałość o czystość, dieta bogata w cebulę i czosnek zmniejszały ryzyko zachorowań epidemicznych. Zdarzało się jednak, że śmierć zbierała swe żniwo zarówno wśród Żydów (1572, 1695), jak i bogatych lublinian, czy rajców miejskich (1652).

Czy starano się im przeciwdziałać?

Tak, ale bardzo późno, bo dopiero w XVII wieku. Odpowiedzialna za stan miasta była Rada Miejska i ona też w 1614 roku zwróciła się do lubelskich rzeźników, aby nie wyrzucali nieczystości na wał i drogę. W 1633 roku Rada Miejska nakazała żydowskim szochetom przenieść rzeźnię z Podzamcza ze względu na smród dochodzący aż pod lubelski zamek. W 1615 roku zakazano handlu owsem i sianem przy Bramie Krakowskiej. W 1618 roku podjęto bardziej radykalne kroki, przyjmując ustawę o oczyszczaniu ścieków i wywożeniu błota z miasta. W związku z szalejącą zarazą w 1736 roku, i prewencyjnie w 1744 roku, zajęto się wywozem błota i gnoju z terenów pod ratuszem i na Korcach. Kolejną próbę podjęto w 1792 roku po nagłej śmierci lubelskiego dwunastolatka. Rada Miejska ponownie zarządziła uprzątnięcie z miasta nieczystości i udrożnienie publicznego kanału. Zakazano wówczas między innymi wylewania ścieków przez okna, a także ustanowiono dni sprzątania miasta w poniedziałki, środy i soboty. Śmieci miały znikać z przestrzeni międzyposesyjnych i ulic. Działalność magistratu utrudniali jednak sami mieszkańcy, w niewielkim stopniu stosujący się do tych zaleceń. W XIX wieku sytuacja zmieniła się na lepsze. Zdano sobie wówczas sprawę, że aby przeciwdziałać, należy edukować. Takiego zadania podjęło się Lubelskie Towarzystwo Lekarskie założone w 1884 roku. Jego członkowie organizowali prelekcje o przestrzeganiu zasad higieny osobistej, niejednokrotnie poprzez walkę z przesądami. Z perspektywy naszych rozważań najważniejszy był wykład doktora Staniszewskiego dotyczący sposobów zapobiegania chorobom zakaźnym.
Dwudziesty wiek przyniósł nowe rozwiązania w walce z epidemiami. Postanowieniem lubelskiego magistratu w lipcu 1919 roku zakazano mieszkańcom miasta trzymania zwierząt w domach oraz mycia naczyń przy studniach miejskich. W przypadku wystąpienia jakiejkolwiek epidemii, nakazywano przemywanie rynsztoków mlekiem wapiennym w każdą środę i sobotę. Dlaczego? Mleko wapienne miało bardzo dobre właściwości odkażające. Do poprawy stanu sanitarnego mieszkańców Lublina przyczyniło się również otwarcie łaźni miejskich na Bronowicach, a także rozwój medycyny, a co za tym idzie – szpitalnictwa. W dwudziestoleciu międzywojennym w naszym mieście było już osiem szpitali, w tym trzy prywatne oferujące usługi warstwie najbogatszej. Podczas epidemii duru brzusznego w okresie II wojny światowej hitlerowcy postanowili wprowadzić szczepienia przeciw durowi, czerwonce i szkarlatynie. W ten sposób usiłowali zapobiec przedostaniu się tych chorób na terytorium Niemiec. Ostatecznie rozprzestrzeniali je sami, a często też padali ich ofiarą, przenosząc ludność żydowską z miejsca na miejsce. W 1939 roku swe usługi oferowało sześć placówek medycznych. Największa z nich, kierowana przez doktora Mieczysława Biernackiego, mogła pomieścić blisko trzystu chorych. W mieście pracowało też czternastu lekarzy domowych.

Krakowskie Przedmieście w Lublinie

Krakowskie Przedmieście z widocznym rynsztokiem, litografia rysunku Adama Lerue

Jak radzono sobie z głodem?

Gromadzono zapasy w basztach miejskich. Chowano w nich mąkę, kaszę, groch, masło, ser, słoninę i inne produkty niezbędne do przeżycia. Rozdzielano je potem pomiędzy zdrowych, a w następnej kolejności wśród grabarzy i zarażonych. Niekiedy w pomoc mieszkańcom angażowali się także bogatsi. Podczas zarazy w 1623 roku książę Zbaraski zaopatrywał Lublinian w zboże. W krańcowych przypadkach dochodziło do kanibalizmu i spożywania padliny. Takie praktyki odnotowuje się na terenie całego kraju.

Co robiono z ofiarami epidemii?

Zazwyczaj starano się pozbyć ich jak najszybciej – zwłoki palono lub chowano poza miastem. Odległość miejsc pochówków od murów miejskich nie mogła być jednak duża, aby nie narażać grabarzy na długotrwały kontakt z zarażonym ciałem. Lubelscy archeolodzy wciąż natrafiają na masowe groby ofiar epidemii grzebanych w pośpiechu, choć z należytą czcią. Miejscem pochówku były między innymi ulica Bajkowskiego za kościołem Świętego Ducha, ulica Wyżynna, kurhan przy ulicy Willowej, a także nasyp ziemny z kapliczką na terenie Ogrodu Saskiego. Niemal wszystkie miejsca, poza ostatnim, nie zawierają istotnych informacji o dacie czy chorobie, która wówczas nawiedziła miasto. Przy pomocy numizmatów odkrytych w okolicach pochówków udało się ustalić, że grób przy ulicy Wyżynnej pochodził z pierwszej połowy XVII wieku, a ofiary epidemii pochowane przy ulicy Bajkowskiego zmarły między XV a XVI wiekiem. Przy Alejach Racławickich pogrzebano ciała ofiar morowego powietrza z 1773 roku.

Kapliczka przy Alejach Racławickich w Lublinie

Kapliczka z kopcem wzniesionym dla ofiar zarazy przy Alejach Racławickich, fot. Joanna Zętar

Ciekawostka: Jak wyglądali zapowietrzeni?

Aby zilustrować wygląd osób dotkniętych zarazą, posłużymy się osiemnastowiecznym opisem sporządzonym w czasie zarazy w Marsylii. Ciała chorych przybierały nabrzmiałe kształty i różne kolory: od czarnego, po niebieskie i żółte. Ze wszystkich wydobywał się smród i, jak to określił autor, „pozostawiały za sobą ślad zgniłej krwi”. Była to niewątpliwie dymienicza postać choroby, w trakcie której zadżumieni pokryci czyrakami i ropniami, umierali w ciągu pięciu dni. Dżuma płucna, zdaniem czternastowiecznego francuskiego chirurga Guya de Chauliaca, miała objawiać się stałą gorączką i pluciem krwią; zabijała szybciej, bo w ciągu trzech dni. Chorych izolowano w szpitalach. W XVII wieku przykościelna lecznica Świętego Ducha mogła pomieścić około 170 osób. Funkcję przytułków spełniały też szpitale św. Łazarza i bonifratrów. Zapowietrzonych leczono między innymi poprzez wypalanie wrzodów.

Ofiary czarnej śmierci na rycinie z XV wieku (źródło: www.wikipedia.org.pl)

Kiedy zaprzestano pochówków w obrębie murów miejskich?

Na przełomie XVIII i XIX wieku przez kraj przeszła fala delokalizacji miejskich cmentarzy. Zdano sobie wreszcie sprawę, że chowanie zwłok w obrębie murów miejskich przynosi więcej szkód niż korzyści. Przenoszenie cmentarzy zarządziła Komisja Policji Obojga Narodów 18 lutego 1792 roku. Akcja ta, podobnie jak inne próbujące w jakiś sposób zmienić zastane obyczaje, spotkała się z mniejszym lub większym oporem. Nie pierwszy raz: Piętnastego grudnia 1728 roku prowincjał ojców bonifratrów zwrócił się do przeora z prośbą, „aby więcej trupów nie chować, ponieważ smród wielki w kościele”. Mimo to w Lublinie do końca XVIII wieku grzebano zmarłych w podziemiach kościelnych i na przykościelnych cmentarzach. Rozporządzenie Komisji Policji zdawało się jednak dawać oczekiwany skutek. W 1792 roku poza mury przeniesiono nekropolię przy kościele św. Michała. Zaprzestano też grzebania na cmentarzu na Żmigrodzie utworzonym między 1719 a 1730 rokiem, a także cmentarzu ewangelicko-augsburskim założonym pomiędzy 1783 a 1788 rokiem oraz cmentarzu greckokatolickim przy ulicy Zielonej.

Gdzie zaczęto chować zmarłych?

Na ulicy Lipowej. W 1794 roku biskupi lubelski i chełmski wydali zgodę na założenie wspólnego dla wszystkich wyznań cmentarza na gruntach brygidkowskich, zwanych Rurami. Zaczął funkcjonować w 1795 roku i to właśnie wtedy nadano mu nazwę rurski. Ogrodzono go niskim, drewnianym parkanem z murowanymi słupami, otaczały go lipy, które po dzień dzisiejszy stanowią granicę dziewiętnastowiecznej nekropolii. Nazywano go wówczas cmentarzem Pod Lipkami, a ulicę nazwano Lipową. Rozporządzenie Komisji Policji utrzymały w mocy władze austriackie, definitywnie zakazując grzebania zmarłych w obrębie w murów miejskich.

Fragment ogrodzenia cmentarza przy ul. Lipowej w Lublinie. Fotografia

Brama cmentarza przy ulicy Lipowej, fot. Piotr Sztajdel

Czy wszyscy godzili się na pochówek na cmentarzu przy ulicy Lipowej?

Oczywiście że nie. Wyznawcy różnych religii niechętnie chowali swoich zmarłych w tym samym miejscu. Z pewnością dochodziło więc do manifestacji niezadowolenia lub potajemnych, nielegalnych pochówków na starych cmentarzach. Problem rozwiązano, dzieląc cmentarz na ogrodzone murami części wyznaniowe: katolicką, prawosławną, unicką i protestancką. Jako pierwsi, bo już w 1811 roku, z nowo utworzonej nekropolii skorzystali lubelscy wolnomyśliciele. To dlatego znajduje się tam wiele nagrobków masońskich, pozbawionych symboliki religijnej.

Czy w Lublinie często dochodziło do pożarów?

Pożary były poważnym problemem, z którym lublinianie borykali się wielokrotnie. Musimy pamiętać, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu drewno było najtańszym i przez to powszechnie stosowanym materiałem do budowy domów. Łatwopalność tego budulca sprawiała, że w razie pożaru ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Zdarzało się, że cała zabudowa ulegała płomieniom, nieodwracalnie niszcząc dotychczasowy charakter miasta. Mieszkańcy w pośpiechu uciekali za mury i zostawiali cały majątek na pastwę płomieni. Pierwszy pożar odnotowany w lubelskich kronikach miał miejsce w 1415 roku. Pożary z 1447 i 1491 roku strawiły całe miasto, co do ostatniego domu. W pożarze z 1515 roku spłonął ratusz, odbudowany później w stylu renesansowym, kolejny, z 1557 roku, pochłonął Krakowskie Przedmieście.

Zatem to one były największe?

Nie. Największym, a jednocześnie najlepiej opisanym w źródłach, był pożar z 9 maja 1575 roku. Tego dnia ogień strawił niemal całą gotycką zabudowę miasta i symbolicznie zakończył epokę późnośredniowiecznego budownictwa, otwierając drogę renesansowi lubelskiemu. Spłonęły wszystkie miejskie świątynie, bramy: Grodzka i Krakowska, a także większość kamienic rynkowych. Precyzyjny opis zniszczeń pozostawił po sobie Sebastian Klonowic. Zgodnie z jego relacją, z płonącej wieży świątyni św. Michała spadły, rozbijając się, zegar i dzwony kościelne. Brama Krakowska runęła wraz ze szczytem, zegarem, gankami, balustradami, schodami i strażnicami. Rozpadły się wszystkie baszty, a mury miejskie zostały ogołocone. Z Bramy Krakowskiej ogień rozprzestrzenił się na krytą słomą chałupkę znajdującą się na gruntach kościoła Świętego Ducha, dalej na Krakowskie Przedmieście, gdzie zrównał z ziemią budynki, stodoły i ogrodzenia, a także sam kościół i szpital.

Czytaj więcej>>> opis pożaru miasta sporządzony przez Sebastiana Klonowica

Sebastian Klonowic

Sebastian Klonowic (ze zbiorów Biblioteki Narodowej; www.polona.pl)

A ludzie?

Klonowic pisał, że przez całą noc słychać było w mieście płacz i krzyk, wycie i szczekanie psów, rżenie koni, kwiczenie świń. Nastrój ogólnej paniki potęgowały jeszcze inne, bliżej niesprecyzowane dźwięki. Wielu ludzi, zwłaszcza starcy i dzieci, spaliło się żywcem, inni udusili się dymem lub zginęli pod gruzami budynków, kryjąc się w piwnicach. Ocalali w pośpiechu uciekali z miasta. Lublin pustoszał. Wszędzie walały się zwłoki ludzi, psów i świń. Strat poniesionych w efekcie lubelskiej pożogi nie sposób było oszacować.

Dlaczego w ogóle doszło do tego pożaru?

Przyczyną pożaru były... placki. Tej nocy w domu Kołaczniczków pełną parą szły przygotowania do porannego odpustu na św. Stanisława. Gospodyni domu, Jadwiga, smażyła właśnie placki na oleju, kiedy to od nieszczelnego przewodu kominowego zajął się dach jej domu. Płomienie błyskawicznie rozprzestrzeniły się na budynek stojący na rogu ulicy Grodzkiej 16. Fala ognia przeniosła się na sąsiednie domy, a dalej na całe miasto w murach, skąd przedostała się na Krakowskie Przedmieście, zajmując wszystko na swojej drodze, aż po klasztor Brygidek.

Czy ten wypadek był przestrogą dla mieszkańców Lublina?

Nie. Chyba nawet nie bardzo wiedzieli, jak się przed nimi uchronić. Już w 1653 roku w pożarze ucierpiała lubelska fara, kolejne miały miejsce w 1702 i 1710 roku. Do niecodziennego zjawiska doszło w trakcie czerwcowego pożaru z 1719 roku. Pożogę wywołała szalejąca burza. Pioruny raz po raz uderzały w miejskie zabudowania, wzniecając nowe ogniska. Gdy wydawało się, że nic już nie jest w stanie powstrzymać kataklizmu, do akcji wkroczyli dominikanie: Szukając pomocy w Bogu, szepcząc modlitwy, ruszyli z procesją naprzeciw żywiołowi. O dziwo, ogień opanowano. Cud przypisywano cudownej mocy relikwii Krzyża Świętego. Obraz przedstawiający to wydarzenie można dzisiaj zobaczyć w kościele Dominikanów przy ulicy Złotej. Każdego roku, w rocznicę wybuchu pożaru, Lubelska Trasa Podziemna organizuje inscenizację tego wydarzenia. Kolejny pożar w mieście miał miejsce w 1768 roku. Podczas odbijania Lublina przez wojska rosyjskie z rąk konfederatów barskich, wspierające Rosjan oddziały kozackie podłożyły ogień pod dwa domy w okolicy pałacu Sanguszków. W efekcie rozprzestrzeniający się pożar pochłonął sześćdziesiąt domów, sześć pałaców i kościołów, a także klasztor Bernardynek. Rok później burza zniszczyła wieżę kościoła św. Michała. W marcu 1790 roku na Krakowskim Przedmieściu spłonęło blisko dwadzieścia domów – w tym przypadku ogień zaprószyli złoczyńcy. Dziewiętnasty wiek nie przyniósł większych zmian. W 1803 roku wybuchła pożoga trwająca blisko dwa tygodnie. Zniszczeniu uległa większość zabudowy Krakowskiego Przedmieścia, a także Korce, klasztor Karmelitanek z biblioteką i zabudowania klasztoru Jezuitów. Ogień dotarł też do miasta właściwego. Wtedy po raz kolejny w historii wykorzystano zniszczenia, by wprowadzić do miasta nowy styl architektoniczny. W 1823 roku ogień strawił gmach Poczty Głównej, a w 1831 roku w wyniku wybuchu składu amunicji na Tatarach zajęła się zabudowa lubelskich okolic, w tym Kalinowszczyzna. Pożar z 1856 roku zniszczył gminę żydowską na Podzamczu i synagogę Maharszala, którą odrestaurowano i oddano do ponownego użytku dopiero w 1864 roku. Mniejsze pożary miały też miejsce w XX wieku, jednak, pomijając okres wojen, nie zagrażały miastu i jego mieszkańcom w takim stopniu, jak miało to miejsce w poprzednich wiekach.

Fragment obrazu "Pożar miasta Lublina"

Fragment obrazu Pożar Miasta Lublina, autor nieznany

Czy to znaczy, że nie robiono nic, aby im zapobiec?

Oczywiście próbowano, tylko nie zawsze przynosiło to spodziewane efekty. Już Sebastian Klonowic zwracał uwagę, że warto ustanowić w mieście straże nocne, które informowałyby o płomieniach już w pierwszych chwilach, a także zająć się kwestią wodociągów, aby do miasta mogła docierać bieżąca woda. Były to bardzo ważne spostrzeżenia – w jaki sposób mieszkańcy mogli bowiem ugasić płomienie, jeśli w mieście nie było wody? Postulaty Klonowica przeszły bez echa. Wodociągi zlikwidowano ostatecznie w 1673 roku, a głównym źródłem wody pozostały jedynie okoliczne stawy i podratuszowa studnia. Magistrat lubelski zainterweniował w tej sprawie dopiero w dobie reform stanisławowskich. W kwietniu 1792 roku wydano wiele rozporządzeń przeciwpożarowych. Kominiarze lubelscy zostali zobowiązani do comiesięcznego czyszczenia kominów i wyskrobywania z nich sadzy. Informacje o zepsutych lub źle wyprowadzanych kominach, a także listy osób opierających się przymusowemu czyszczeniu, miały niezwłocznie docierać do dozorców cyrkułowych. Nakazy te nie ominęły też żydowskiej części miasta. W XIX wieku zakazano stosowania dachów słomianych, drewnianych i chrustowych oraz wylepianych gliną kominów. Niestety, zmiany na lepsze dotyczyły tylko miasta właściwego i nie objęły przedmieść.

Czy zarazy, głód i pożary były jedynymi klęskami, które dokuczały mieszkańcom Lublina?

Niestety nie. Nie należy zapominać o okresach nieurodzajów oraz powodziach, które także powodowały głód. Miasto zostało podtopione co najmniej siedem razy: w 1621, kiedy to „młyn nie mógł mleć”, 1622, 1909, 1922, 1940, 1947 i 1964 roku. Do powodzi doszło w marcu 1947 roku, w okresie roztopów. Z powodu obfitej w śnieg zimy wylewające rzeki niemal całkowicie zatopiły miasto. Powódź z 1964 roku stała się pretekstem do budowy Zalewu Zemborzyckiego wraz z tamą. Powodzie w Lublinie występowały więc rzadko, a ich rozmiar był stosunkowo niewielki. Dwudziestego lipca 1931 roku przez Lublin przewinął się huragan, i to nie byle jaki, bo siła wiatru przekraczała wówczas 369 km/h. Wichura zniszczyła grube mury budynków i konstrukcje żelazne, zerwała dachy z domów. Wiatr zdołał nawet przewrócić ciężkie wagony kolejowe i zburzyć komin w młynie Blachmana. Nie obyło się bez rannych i ofiar. I choć wydarzenie to było tragiczne w skutkach, stanowiło raczej ewenement.

Młyn Braci Krausse w czasie powodzi w Lublinie w 1947 roku. Fotografia

Młyn braci Krausse w czasie powodzi w 1947 roku, autor nieznany

Najkrócej mówiąc...

Ogień i zaraza to niewątpliwie te klęski, które najmocniej odcisnęły swoje piętno na historii naszego miasta. Siła ognia w jednej chwili niszczyła to, na co pracowały całe rodziny, a nawet pokolenia. Epidemie dziesiątkowały ludność, przez co prowadziły do zastoju ekonomicznego i kulturalnego miasta. W epoce renesansu lękano się kiły, w baroku – dżumy, a XIX wieku – cholery i gruźlicy. Nic dziwnego, że przez wieki choroby te wywoływały poruszenie i trwogę. Słowa modlitw na przydrożnych kaplicach i krzyżach przypominają nam dzisiaj, że jeszcze niedawno nasi dziadkowie zwracali się z prośbą do Boga, aby ustrzegł ich od powietrza (morowego), głodu, ognia i wojny. Wiemy jednak, że lublinianie ponosili po części odpowiedzialność za stan zdrowotny i sanitarny miasta, i bynajmniej nie różnili się pod tym względem od mieszkańców innych miast Europy. Rozwiązania mające zapobiegać klęskom pojawiły się dopiero wraz z rozwojem medycyny i wiedzy o źródłach pożarów.