Pan Dylon - Lidia Perlińska-Schnejder - fragment relacji świadka historii [TEKST]
Jeszcze taki żart profesora, ale nie w sensie, żeby zakpić z tego człowieka. W Zakładzie Mikrobiologii mieliśmy wiwarium. Potrzebny był baran, świnki morskie, króliki, myszki białe. Do tego musiała być obsługa, zwłaszcza do tego barana. Trzeba było mieć siłę przecież, żeby pobrać krew bo do odczynów Wassermana potrzebne były krwinki barana. Do opieki nad tymi zwierzętami był analfabeta ze Sławinka, ze wsi podlubelskiej wówczas. Naprawdę ten człowiek nazywał się Dylon, ale imienia nie pamiętam. No ale przecież były listy płac, listy obecności były. Musiał się podpisywać. Trudno powiedzieć, że on się podpisywał. On rysował swój podpis. Ale profesor uznał, że to jest zupełnie ministerialny podpis, ten narysowany. Ktoś mu napisał widocznie, jak to powinno wyglądać, a on, na ile jego ręka jeszcze była wprawna, kopiował. Bo jak od dziecka się nie pisze, to wcale nie jest to takie proste. A jeszcze ręce spracowane rolnika....
CZYTAJ DALEJ