Żyrandol

grażyna lutosławska

Nazywam się Grażyna Lutosławska. Mieszkam w Lublinie. To jest moje miasto, ale nie zawsze było. Lublin jest moim miastem od mniej więcej trzydziestu lat. Przyjechałam tu właściwie trochę przypadkiem na kurs dwutygodniowy i już nigdy z tego miasta nie wyjechałam. Jestem dziennikarką, dziennikarką radiową. Jestem związana z Polskim Radiem Lublin, ale współpracuję też z Programem Drugim Polskiego Radia. Jestem też pisarką. Piszę książki dla dzieci, piszę sztuki teatralne, eseje, felietony. Piszę w Lublinie, ale nie tylko o Lublinie.

 

 

 

Na środku pokoju stał stół. Babcia stawiała na nim najlepsze na świecie kluski z dołkiem, drożdżowe ciasto i chleb, który dziadek przynosił z piekarni za rogiem. Ale życie w największym pokoju mieszkania w przedwojennej kamienicy toczyło się także pod stołem i nad nim. Między posiłkami stół był namiotem, schronem, tajnym pokojem, a czasem planetą z odległej galaktyki. Bywało pod nim lirycznie – jak wtedy, kiedy siostra siostrze powierzała swoje tajemnice, ale i dramatycznie, kiedy nożyczkami do paznokci próbowała poprawić to, co fryzjer zepsuł, kiedy obcinał warkocze. Wynurzałyśmy się spod stołu nie tylko po to, żeby przy nim usiąść. Także dlatego, że wisiał nad nim secesyjny żyrandol. Miał trzy mosiężne obręcze, umieszczone jedna nad drugą. Każda bogato zdobiona, z każdej też zwisały dziesiątki, długich, szklanych sopli. Ich dźwięk uspakajał, kiedy siedząc na ramionach dziadka wygrywało się na nich melodie. Na soplach każda z nas uczyła się liczyć. A kiedy nikt nie patrzył, można było wejść na stół i udawać, że ma się na głowie koronę księżniczki z krainy lodu. Z roku na rok sopli ubywało, ale dorobienia ich nie chciał się podjąć żaden rzemieślnik. Po latach żyrandol został przeniesiony do mieszkania Mamy. Okazało się, że w nowym, niższym budownictwie, sople niemal dotykają podłogi. Żyrandol został więc skrócony, ale wciąż towarzyszy rodzinnym spotkaniom, a wujkowie, kiedy wstają od stołu zawadzają o nieliczne sople. Słyszę wtedy całe dzieciństwo. Czuję smak drożdżowego placka, pęka skórka krojonego przez dziadka chleba, a siostra wychyla głowę spod stołu i czeka, aż przyjdę, bo ma jakiś plan.