Mapa wspomnień

W ramach działania "Podwórko Domu Słów" spotkaliśmy się z mieszkańcami kamienic Żmigród 1 i Królewska 17, aby zebrać od nich historie, wspomnienia o miejscu, w którym żyją. Dzięki temu powstał wspomnieniowy portret miejsca.  


KRÓLEWSKA 17

Kamienica wraz z oficyną znajduje się u zbiegu ulic Królewskiej i Żmigród. Pod obecnym adresem Królewska 17 został zlokalizowany pałac Pociejów, zbudowany przez hetmana litewskiego Ludwika Pocieja pod koniec XVII wieku.

„Ktoś mądry stawiał budynek, na stałym gruncie jest wybudowany, na twardym, litym podłożu. W tysiąc sześćset którymś roku to stawiali, hetman z Pociejów. Z ich pałacu to niewiele zostało. Teren się podniósł strasznie. Są zdjęcia, jak do tej oficyny, co teraz się po schodkach schodzi, że wchodziło się z ulicy na prosto. Przed wojną budynek był w rękach prywatnych, to było długo w prywatnych rękach, pamiętam, że babcia komuś płaciła czynsz. A teraz zajmuje się tym ZNK. Klatki schodowe były malowane. Kiedyś jak tutaj robili remont i odkuwali, to pokazały się takie wzory. To było może do lat 60., tak krótko, bo to z przyzwyczajeń przedwojennych jeszcze. Później pomalował ktoś ten parkiet na żółto. To było chyba w 1983 roku, jak robili remont. „Przy Królewskiej 17 było mieszkanie mojej ciotki Bogdy, ona była siatkarką, jej mąż, a mój chrzestny, trenował razem z Wagnerem. Ich syn też był siatkarzem. Ciotka dostała z klubu mieszkanie na Lubartowskiej i zamieniła się z panem Tomaszem Trąbickim, lekarzem, na większe mieszkanie. Ja to znam z opowiadań, to były stare dzieje, 1952-53 rok. Dostała to mieszkanie, później zmarła w 1955 roku i babcia zamieszkała z nimi. Przed wojną rabin tu mieszkał, miał całe drugie piętro. Jedno mieszkanie to było, ale na dwie strony wychodziło, bo tam były dwa mieszkania przeważnie na piętrze. Te mieszkania były duże, nawet do stu pięćdziesięciu metrów dochodziły. Było cztery, pięć, sześć, siedem pokoi nawet i służbówka jeszcze, to ósmy pokój był. A teraz stoi pustostan, pani Bartnikowa wyprowadziła się, bo niestety czynsze nie są małe wcale. Dziwne to mieszkanie było, ściany były na czarno malowane, w takim dużym pokoju drewniane podłogi były czerwone. Były sztukaterie wszędzie, zostały po nich te półokrągłe sufity. Teraz są zbite, zamalowane, pewnie były zniszczone, więc je pousuwali. W tamtym mieszkaniu było coś takiego, jak pokój kąpielowy. Potem tam była łazienka zrobiona, to było takie małe wydzielone pomieszczenie, to mogła być mykwa. Jeszcze jak Bartnikowa mieszkała, moja sąsiadka, to przyjechały dwie Żydówki, starsze babcie, które tam mieszkały. A zresztą jak jeszcze było po całości to mieszkanie, zanim zostało rozdzielone, to było takie okienko od służbowego pokoju, żeby tam mogła się komunikować służba z mieszkańcami. Jak oni to rozbierali, to tam w środku były gazety żydowskie.” - Małgorzata W.

„Do drugiego piętra był pałac Pociejów, a później trzecie i czwarte piętro zostało dobudowane. Tutaj kiedyś była biblioteka. Lokatorów jest mniej, mieszkania są puste, część lokatorów jest w takim wieku, że już nie wychodzi, albo nie chcą rozmawiać z nikim tutaj”. - Grażyna R.

 

Małgorzata Wójcik

Mieszkam przy ulicy Królewskiej 17. Urodziłam się na Starym Mieście, a później mieszkaliśmy przy ulicy Wesołej. W domu było nas pięcioro, ja jestem najmłodsza. Najpierw poszłam do trzynastki na Narutowicza. Potem mnie przenieśli do jedenastki na Farbiarską, gdzie wybudowano szkołę na Tysiąclecie Państwa Polskiego, teraz jest tam liceum. Potem skasowali szkołę, a siódmą i ósmą klasę przechodziłam do dwunastki, więc kursowałam po szkołach. Mieszkałam na Lwowskiej, a jak babcia umarła, to przeprowadziłam się tutaj na Królewską. Babcia mieszkała wcześniej w tym mieszkaniu, dlatego, że moja ciocia umarła przy porodzie, zostały małe dzieci i babcia się przeniosła do nich. Znam to miejsce od małego dziecka niemalże, bo w 1955 roku babcia się tam przeprowadziła. Zajmuję się cerowaniem artystycznym. Prowadzę jeden z najstarszych zakładów tego typu w Lublinie. On powstał po wojnie, wtedy przy ulicy Zielonej. To rodzinny interes, rodzinnie przekazuje się wszystkie umiejętności, ale to też trzeba mieć predyspozycję, bo mam córkę plastyczkę, która nie umie cerować. Wcześniej pracowałam w Państwowych Zakładach Zbożowych. W młynie Krauzego zaczynałam, później na Obywatelskiej w biurze i na Wrotkowie w biurze. Jak wyjechałam do Niemiec na dwa lata, to już się rozstałam z PZZ-ami na stałe.” 

 

Grażyna Rejak

Urodziłam się w Świnoujściu. Tata mój był z Lublina, a służył w marynarce wojennej w Świnoujściu, tam poznał mamę, wzięli ślub i tutaj przyjechałam do Lublina z rodzicami jak miałam 9 miesięcy. Mam ośmiu synów, wnuków mam jedenaścioro. Jeszcze przed ślubem pracowałam w sklepie, po wyjściu za mąż wychowywałam dzieci, nie pracowałam. Jestem w domu, gotuję, piorę, sprzątam, to jest moja praca, wychowywanie dzieci. Początkowo mieszkaliśmy na Złotej, na Starym Mieście, później rodzice dostali mieszkanie na Łęczyńskiej. Tam zaczęła walić się kamienica i wysiedlali nas. Mama poszła na Czechów, a ja tutaj przyszłam na Królewską, to było w 1984 roku.”

 

 

Małgorzata Puzio

„Na co dzień tak naprawdę zajmuję się pomocą ludziom w trudnej sytuacji, ponieważ jestem pracownikiem socjalnym Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. Przy ulicy Królewskiej 17 mieszkam od trzydziestu trzech lat, odkąd się urodziłam. Wcześniej mieszkali tutaj moi rodzice. Przed moimi rodzicami mieszkali dziadkowie, czyli rodzice mojej mamy oraz mojej mamy rodzeństwo. W tym momencie mieszkam tutaj z mężem, z dwoma synami – Maciejem, który ma 4,5 roku oraz Mateuszem, który ma prawie 2 lata. Do czasu, kiedy mój dziadek dostał to mieszkanie w przydziale – mój dziadek był milicjantem jeszcze – było to mieszkanie funkcyjne, więc mieszkali tam milicjanci razem ze swoimi rodzinami. Z chwilą, kiedy dostał je mój dziadek, mieszkanie przeszło do zasobów miasta i przestało być mieszkaniem funkcyjnym i od tamtej pory zajmuje go moja rodzina. Przyzwyczaiłam się i do pieców węglowych i do tego, że zawieszając firankę, muszę pójść po drabinę większą ode mnie, mimo że nie jestem skromnego wzrostu. I do tego, że, nie wiem, są jakieś pęknięcia na ścianach czy coś tego typu, które pojawiają się mimo przeprowadzanych remontów. Ale chyba bym nie chciała tak naprawdę zamienić mieszkania w kamienicy, która ma swoją jakąś tradycję, jakiegoś ducha. Bo ja myślę, że to się odczuwa. Nie ukrywam, że jestem z tym miejscem emocjonalnie związana, dlatego że z tym podwórkiem wiąże się całe moje dzieciństwo i wszystkie wspomnienia z dzieciństwem związane. Nie jest to takie dzieciństwo jak dzieci mają w tym momencie, czyli spędzane przed komputerem czy na grach komputerowych, czy na przykład nawet czytając książki. Wcześniej spędzało się to przy dużym użyciu aktywności fizycznej. Bawiliśmy się w chowanego ze wszystkim dziećmi z sąsiedztwa, w podchody, w berka. Razem jeździliśmy na rowerze, razem chodziliśmy po drzewach, biegaliśmy po komórkach, tak jak każde zdrowe dziecko w tym wieku. Nie ukrywam, że bardzo bym dużo dała, żeby moje dzieci funkcjonowały w taki sam sposób, bo tylko wtedy tak naprawdę, przy pomocy bliskości i kontaktu z rówieśnikami, właśnie w taki sposób zauważa się, że to dzieciństwo ma jednak sens. A nie na jakimś kontakcie z fikcyjnymi postaciami z bajek, nie wiem, oglądane gdzieś na komputerze czy, nie wiem, gdzieś na telewizji kablowej, czy na przykład jakimiś postaciami z gier komputerowych. Wtedy się liczyła taka naprawdę prawdziwa, zwyczajna relacja z drugim człowiekiem, no, w tym przypadku z kolegami, koleżankami. Fajnie spędzaliśmy czas, dlatego że zawsze ktoś z rodziców był, patrzył na wszystkie dzieci. Nie było ,,moje dziecko”, ,,twoje dziecko”, tylko tak naprawdę, no, jak jedna wielka rodzina. Gdyby cokolwiek się stało, wszyscy sąsiedzi stali za sobą murem. Także było super.”

 

Maciek Puzio

Moja mama to Gosia Puzio, a ja jestem Maciek. Tutaj mamy taki dom żółty, często tutaj chodzimy i idziemy do przedszkola, a Mateusz idzie do żłobka. Przedszkole mam daleko od domu. Fajnie jest na podwórku, bo tutaj można kopać i pan Miecio tutaj jest. To taki pan, który szyje dla mamy sukienkę na bal przebierańców, bo zawsze my mamy bal przebierańców w przedszkolu. Ja przebieram się za krówkę, bo nie kupiła mi mama stroju pirata. Miałem rogi i kropki na białym i muczałem.”

 


Tomasz Wójtowicz

Tomasz Wójtowicz urodził się w 1953 roku w Lublinie. Jest polskim siatkarzem i złotym medalistą mistrzostw świata w Meksyku (1974 rok) oraz igrzysk olimpijskich w Montrealu (1976 rok). Jako pierwszy Polak trafił do Volleyball Hall of Fame (Siatkarska galeria sław) w Holyoke. -> O karierze Tomasza W. 

Jak ciocia zmarła przy porodzie, to moja babcia przyszła opiekować się dziećmi i tu zamieszkała. To był 1955 rok. Ciocia miała troje dzieci Tomek, Wojtek i Tereska. Tereska i Wojtek to bliźniaki, urodziły się i ona przy tym porodzie zmarła. Tomek był starszy z 1953 roku. Ciocia, Bogda, była siatkarką. Jej syn, Tomek Wójtowicz był Mistrzem Świata w Meksyku w 1974 roku. Zdobyli Polacy Mistrzostwo Świata i między innymi on grał w tej grupie. Znaliśmy się jako dzieci, później jakoś kontakt się urwał, teraz niedawno był u mnie w cerowni, to kurtkę mu zrobiłam. W tym momencie kontakty są luźne, od przypadku wielkiego spotkamy się, ale jeszcze w dzieciństwie, to wszystkie dzieci razem były. Przychodziłam do babci, było przecież to podwórko. Później, to każdy w swoją stronę poszedł. Nasza rodzina była dość duża, ale wszystko się rozpierzchło. Tomek był we Włoszech, bo podpisał kontrakt i tam grał we Włoszech.” - Małgorzata W.



Krawiec

Od 40 lat mieści się tu zakład krawiecki, który prowadzi pan Mieczysław Jaremek.

Pan krawiec sprowadził się tutaj, jak miałam może pięć, może siedem lat, więc długo się znamy. Taki pogodny człowiek”. - Małgorzata M.

Fajnie jest na podwórku, bo tutaj można kopać i pan Miecio tutaj jest. To taki pan, który szyje dla mamy sukienkę na bal przebierańców, bo zawsze my mamy bal przebierańców w przedszkolu. Ja przebieram się za krówkę, bo nie kupiła mi mama stroju pirata. Miałem rogi i kropki na białym i muczałem.” Maciek P.

 


Szewc, kaletnik

W tym miejscu zakład szewski prowadził pan Kwiatek, który wraz z żoną przyjechał zza Buga. Następnie mieścił się tu kaletnik pan Jan, krótko funkcjonowało również biuro nieruchomości. Obok znajdował się sklep, który prowadziła wraz z mężem pani Ewa.

Najpierw koło klatki schodowej, po prawej stronie, był szewc, a po szewcu kaletnik. Pamiętam, że najdroższe były kowbojki, które kosztowały pięć tysięcy. Zmarł kilka lat temu. Później było biuro nieruchomości. (...) Na podwórku był też sklep, który prowadziła pani Ewa, mieszkała na Królewskiej. Mąż jej pomagał, niestety on już nie żyje. To młoda kobieta, czworo dzieci mieli, zdążyli się pobudować, chyba w Prawiednikach. Bardzo sympatyczna była, pracowała w szpitalu.” - Małgorzata M.

Był jeszcze jeden zakład kaletniczy, taki Pan Janek tam prowadził, robił torebki, plecaki ze skóry. No jak ja się sprowadziłam to on był, a do którego roku to nie powiem, 2000 może?” Katarzyna R.

Leszek Kańczugowski

Leszek Kańczugowski urodził się w 1960 roku. Ukończył historię sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Obecnie mieszka we Francji. Jest dyrektorem artystycznym paryskiego stowarzyszenia „Lublinianina”, które działa w kontekscie miedzykulturowym na obszarze Francji, ze szczególną uwagą Europy Centralnej z uprzywilejowaniem Polski.

Leszek Kańczugowski, który jest teraz we Francji, mieszkał tam po schodach na górze, to oni razem sobie książki czytali z moją córką. Ona jeszcze nie chodziła do szkoły, a już czytać umiała. Leszek jest w wieku mojej córki." Irena P.

To on mieszkał tam, jego mama mieszkała i chyba tata. No i oni mieli takie malutkie pieski, ale takie bardzo szczekające, to te pieski jeszcze pamiętam takie małe. No bo kupę tych piesków było, nie wiem z 5 czy z 6 mieli.” Katarzyna R.

Jeszcze z dzieciństwa pamiętam Leszka Kańczugowskiego. Już dawno go nie widziałam, jego matka nie żyje. On mieszkał po tych schodkach, co się wchodzi z podwórka. Teraz jest wykładowcą na Sorbonie. Jako dziecko był taki dziwny, ale ludzie się zmieniają. Czasami przyjeżdżał, teraz go już nie widuję, nie wiem, czy jeszcze przyjeżdża.” - Małgorzata W.

Leszek puszczał nam bajki, gdy miał czas. On mieszka tu na górze, nad schodami, to jest wejście do jego domu. My siadaliśmy na schodach i czekaliśmy na bajki. Teraz jest we Francji.” - Małgorzata M.
"
Nazywam się Leszek Kańczugowski. Byłem i w sumie ciągle jestem mieszkańcem Pałacu Pociejów na ulicy Królewskiej 17. Moi rodzice zamieszkali tutaj i ja się tu urodziłem. To miejsce wywarło na moje dzieciństwo nieprawdopodobne wrażenie z tego względu, że moja rodzina, szczególnie moja matka, bardzo mi otworzyła drogi na świat. W naszym domu bardzo dużo się działo, przyjmowaliśmy mnóstwo gości i to wytworzyło we mnie rodzaj otwartości na drugiego człowieka. Moi rodzice bardzo mnie kochali i mieli ogromny wpływ na mnie. Dużo im zawdzięczam. Myślę, że moja matka dużo też zrobiła dla młodych ludzi stąd. Pamiętam, że w czasie wakacji wynajmowała domek kempingowy, taki mały pawilon w pobliskiej Dąbrowie. I wtedy było znakomicie, bo mnóstwo osób do nas przyjeżdżało z Lublina, z Warszawy. Pamiętam, że kiedyś przyjechała Małgosia Jusiak z całą grupą z Królewskiej. Mama zrobiła obiad, poszliśmy na grzyby, zbieraliśmy jagody, poziomki. Było wtedy ogromne życie towarzyskie i dużo takiej prostej, niezakłamanej serdeczności międzyludzkiej, opartej na dobrym sąsiedztwie. I we mnie to jest, praktycznie cała moja działalność to jest oparta  na życiu towarzyskim.
    Bardzo dużo podróżowałem po Polsce. To się teraz bardzo zmieniło, ale w czasie mojej młodości w Polsce były miejsca absolutnie odcięte od cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Z jednej strony było to fascynujące, ale z drugiej strony był to zatrzymany czas, trudny ekonomicznie dla mieszkańców wsi. Pisałem pracę magisterską na temat cerkwi hrubieszowskich. Zresztą ta praca jest wydana w Lubelskim Towarzystwie Naukowym. I jeżdżenie po tych cerkwiach, w okolicach granicy, to było coś po prostu nieprawdopodobnego. Tam, jak się pojawiał samochód z Lublina, to było wielkie wydarzenie, ale ludzie byli nieprawdopodobnie serdeczni. Pamiętam, że kiedyś miałem ogromne pragnienie. Poszedłem do pierwszego domu, wyszła starsza pani i zapytałem, czy nie poczęstowałaby mnie mlekiem. Mleko akurat było takie ciepłe od krowy, jak uwielbiałem. Zapytałem tę panią, ile mam jej zapłacić. Odpowiedziała mi wtedy:  ,,Toż by Bóg mnie pokarał, panocku, gdybym chciała wziąć pieniądze od pana". Nie wiem, czy to jest dzisiaj aktualne, ale wtedy to było niezwykle sympatyczne.
    Czas mojego życia lubelskiego to było moje dzieciństwo, młodość, studia i poznawanie tego pięknego miasta. W dzieciństwie, jak również w mojej młodości, bardzo na mnie działała architektura tego miejsca i szczególnie, jak ja to mówię, gra brył w świetle - w czasie deszczu, w czasie zachodu i wschodu słońca. Bardzo to było dla mnie interesujące. Skończyłem w związku z tym historię sztuki, kierunek, który bardzo zawsze mnie interesował. Nigdy się nie pomyliłem z moim wyborem studiów. I te studia, w połączeniu z różnymi kontaktami towarzyskimi dały mi możliwość realizacji moich pomysłów w Paryżu, gdzie czternaście lat temu, po różnych doświadczeniach, założyłem stowarzyszenie ,,Lubliniana", które zrzesza dzisiaj około tysiąca osób - w większości Francuzów i ludzi innych narodowości. Polaków jest bardzo niewielu, dlatego że kwestia emigracji polskiej, jak każdej emigracji, jest bardzo skomplikowana i w kontekście kwestii tożsamości i wymiany kulturalnej o wiele łatwiej jest pracować z innymi narodami niż z nami.
    Nazwałem stowarzyszenie ,,Lubliniana" od miejsca moich korzeni, korzeni tożsamości. Dla mnie Lublin to miasto niezwykłe, miasto zupełnych, absolutnych kontrastów. Kilka lat temu miałem taką emocjonalną  historię, kiedy pojechałem do Wilna i w Ostrej Bramie zobaczyłem ogromną tablicę rodziny Pociejów, marszałka wielkiego koronnego. A na tej tablicy między innymi wyliczenie jego posiadłości, posiadłości w Lublinie, w tym też naszej kamienicy. Uważam, że to dla mnie wielki zaszczyt urodzić się w takim miejscu, mimo że bardzo skomplikowanym historycznie.
    Trzeba w życiu bardzo dużo różnych rzeczy doświadczyć, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. I wtedy kiedy się ma wizję samego siebie, kim się jest,  można proponować pewne rzeczy innym. Paryż i Francja, jako miejsce niezwykłe w Europie, zawsze działały dla mnie absolutnie nadzwyczajnie  Najpierw poprzez  literaturę francuską, którą dostarczała mi moja matka. Począwszy od słynnych ,,Trzech muszkieterów" Aleksandra Dumasa, literaturę Maupassanta czy Wiktora Hugo, który nieprawdopodobnie sobie cenił naród polski. Hugo napisał nawet odezwę na temat relacji polsko-francuskich - niezwykle interesującą, która zachowała bardzo wiele na aktualności. Poza tym trzeba zwrócić uwagę, jak jesteśmy postrzegani w tym, dzisiaj bardzo zmieniającym się francuskim społeczeństwie, ale społeczeństwie, które miało ogromny wpływ na cały świat. Dzisiaj ma mniejszy, ale przecież ciągle ma. Kryzys kryzysem, ale Paryż zostanie zawsze Paryżem. Jest to miasto nadzwyczajnej urody i my, Polacy mamy tam swoje miejsce jako naród. Z Polską jako państwem sprawa jest dosyć skomplikowana. Francuzi mają problemy ze swoją historią i to jest dla nich bardzo trudne, żeby jeszcze się uczyć historii innego państwa. W związku z tym lubią nas jako naród, jako ludzi - z naszym szaleństwem, pomysłami, romantyzmem. Natomiast przez te wszystkie niezwykle skomplikowane historie, które się wydarzyły, na przykład rozbiory, Francuzi nie umieją zdefiniować naszego państwa. Rozmowa z Francuzami o Polakach jest zawsze bardzo interesująca, natomiast podczas rozmowy o Polsce  i energia, i emocje się zmieniają.
    W 2008 roku, kiedy Francja miała prezydencję w Unii Europejskiej, napisałem taki projekt, za który dostałem label Komisji Europejskiej - dotyczący wyobrażeń i wspólnego dziedzictwa kulturowego Polski, Francji i Niemiec. I od 2008 co roku organizujemy z uniwerytetami  europejskimi rodzaj spotkań artystycznych  i naukowych, kolokwia, konferencje międzynarodowe, takie podróże w czasie i przestrzeni, dotyczące naszych korzeni tożsamości, rzeczy, które nas zbliżają  i oddalają, pozytywnych  i negatywnych - po to, żeby łatwiej nam było komunikować się w tym europejskim społeczeństwie. W wyniku tego powstały trzy książki. Dwa tygodnie temu wyszła polska wersja ,,Wyobrażeń", wydana przez wydawnictwo Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Z bardzo piękną okładką, która pokazuje uroki i piękną architekturę renesansu lubelskiego.
    Organizujemy dużo spotkań historycznych. Na przykład ósmego listopada miasto Fontainebleau zaprosiło nas do udziału w dwusetnej rocznicy abdykacji Napoleona i każde z państw, które miały związek z imperium napoleońskim, prezentowało swoją historię. Ja zaprezentowałem słynną historię Marii Walewskiej i Napoleona z udziałem rodziny Charles Colonna Walewskich, która podzieliła się swoimi zbiorami archiwalnymi. Wykorzystaliśmy je do spektaklu w Teatrze Cesarskim. Była to korespondencja prywatna Napoleona do Marii Walewskiej, czytana przez bardzo słynną włoską aktorkę, mieszkającą w Paryżu, Antonię Bosco. Po spektaklu i panelu, w którym wzięło udział wielu historyków francuskich, angielskich i polskich, mieliśmy też rodzaj takiego bankietu, na którym mogliśmy wymienić nasze spostrzeżenia.
    Stowarzyszenie wzięło też udział w Festiwalu Fotografii (Paris Foto) w 2010 roku, kiedy tematem tego festiwalu była Polska i Europa centralna. I wtedy dzięki energii Magdaleny Durdy,  Ministerstwu Kultury Polski i panu ministrowi Zdrojewskiemu mogliśmy zrealizować ogromną wystawę ze znakomitym katalogiem, który wyszedł po polsku, francusku i angielsku. Książka  cieszyła się nadzwyczajnym zainteresowaniem, w ciągu czterech dni  festiwalu sprzedaliśmy osiemset sztuk, co uważam za wielki sukces.
    Znakomitym wspomnieniem jest Rok Polski. Wtedy ambasadorem w Paryżu był jeden z najwybitniejszych naszych dyplomatów Jan Tombiński. To było w 2004 roku, Polska dołączyła wtedy do Wspolnoty Europejskiej. Pan Tombiński był ambasadorem, ja między innymi zostałem dyrektorem artystycznym pałacu w La Petite Malmaison, w którym kreuję około dwudziestu wydarzeń w ciągu roku, prezentując kulturę polską. Miałem wtedy ogromną pomoc od prezydenta Andrzeja Pruszkowskiego, który dał mi transport dla lubelskich artystów. Zachowało się bardzo dużo artykułów z tego czasu. W wydarzeniu wzięło udział około dwudziestu lubelskich artystów, oprócz tego artyści z innych miast Polski. Były koncerty, spektakle, sesja naukowa oraz bal z przedstawicielami środowiska polsko-francuskiego. Znakomicie się to wszystko udało, również dzięki nadzwyczajnej energii ambasadora Tombińkiego, który był niezwykle otwarty i należą mu się podziękowania za jego wszelkie starania w tej kwestii.
    W internecie jest dostępna ,,Złota księga", jednej ze znakomitych profesorek na KUL-u, Jadwigi Kuczyńskiej. Tam jest chyba około pięćdziesięciu bardzo znanych historyków sztuki, artystów, z którymi pracowała i miała kontakt. I tam są też moje wspomnienia lubelsko-paryskie. To rodzaj takiego spojrzenia w kontekście jednego wielkiego wydarzenia, pałacu w Petite Malmaison, który należał do nieprawdopodobnej postaci. Stefan hrabia Czarnecki był szpiegiem międzynarodowym, handlarzem broni i dla swojej trzeciej żony, aktorki, Szwajcarki kupił pałac po cesarzowej Józefinie, który należy dzisiaj do jego syna. Jest to bardzo piękne miejsce w fantastycznym parku. I tam zorganizowaliśmy właśnie nasz festiwal Roku Polskiego - w dawnej sali balowej cesarzowej Józefiny. Z tym miejscem dużo ludzi z Lublina miało kontakt w momencie, kiedy ja tam przez cztery lata organizowałem różnego rodzaju wydarzenia. Tak, że zapraszam do tych wspomnień poświęconych Jadwidze Kuczyńskiej. Ona też do Petite Malmaison przyjechała - na sesję naukową, którą organizowałem na temat granic w kontekście historii sztuki,  polityki, socjologii, historii i filozofii w momencie, kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej.
     Ja zawsze mówię, że zrobiłem ciekawą karierę towarzyską. Znam bardzo znanych ludzi ze środowiska polskiego i międzynarodowego. Paryż jest takim miastem, w którym żeby istnieć w takiej dziedzinie jak sztuka, kultura, trzeba ciągle bywać na najrozmaitszych spotkaniach, poznawać ludzi i coś im proponować. Bo jeżeli się nic nie proponuje, to nie ma możliwości zaistnienia. Ja jestem takim człowiekiem niepokornym, ale dzięki tej niepokorze czasami są przekomiczne sytuacje. Pamiętam jak kilkanaście lat temu zmarł książę Lubomirski w Paryżu i była aukcja jego kolekcji sztuki w wielkim domu aukcyjnym. Poszedłem tam, ale nie po to, żeby coś kupić, ale żeby zobaczyć tę aucję. Zaproszono mnie potem na przyjęcie i podszedł do mnie jeden z aukcjonariuszy, lekko na rauszu i mówi do mnie tak: ,,Podobno jest pan historykiem sztuki  z Polski, ale czy w Polsce jest sztuka?" Jak znam wielu Polaków, to zaczęliby się denerwować: ,,Jak to? Nie ma sztuki w Polsce? Co on sobie myśli? A nasz Matejko, a Olga Boznańska, a Makowski, a Malczewski?" To jest rodzaj tłumaczenia, i pokazuje, że nie mamy gruntu kulturalnego, który jest ważny dla świata. Ja mu odpowiedziałem w taki sposób, że bardzo byłem zadowolony z tej odpowiedzi. Powiedziałem: ,,Proszę pana, nie bardzo rozumiem pana pytania. Skończył pan wyższe studia, mieszka pan w takim mieście jak Paryż, gdzie są biblioteki, uniwersytety. Jest w końcu google, więc może pan to wszystko sprawdzić. W najgorszym wypadku mogę panu udzielić kursu cywilizacji polskiej, tylko ostrzegam, że biorę bardzo drogo i nie wiem, czy będzie pan zainteresowany." W związku z tym zrobił mu się taki dziubek i proszę sobie wyobrazić, pozostawił mnie. Ale jak jestem na jakiejś innej aukcji w hotel Drouot i jak mnie ten pan widzi, to przychodzi, zawsze się ze mną wita. Czyli zapamiętał sobie. Ja nawet nie wiem, jak on się nazywa, dlatego że z takimi ludźmi ja nie muszę mieć kontaktów. Natomiast sam fakt, że on się przychodzi ze mną witać i mówi mi ,,dzień dobry", bardzo mnie dowartościowuje.
    Moje stowarzyszenie, ufundowane przeze mnie w 2001 roku, zorganizowało też aukcję dla Hospicjum Małego Księcia i na moją prośbę ludzie dali  osiem tysięcy euro. ,,Lubliniana" zajmuje się relacjami między Francją a Europą Centralną, ze szczególnym uwzględnieniem Polski. Wydaliśmy pięć książek i otrzymaliśmy dwa razy label Komisji Europejskiej. Zorganizowaliśmy około dwudziestu wystaw, trzydziestu koncertów. Na przykład koncert, który przygotowałem w 2012 roku dzięki uprzejmości prezydenta miasta Lublina pana Żuka i dyrektora Filharmonii Lubelskiej Jana Sęka. Koncert odbł się w Trybunale Lubelskim i przyszły na niego ogromne tłumy, łącznie z panem prezyndentem. To było w ramach pokazywania młodych talentów, bo wystąpili młodzi ludzie. Na przykład Ewa Zavaro, która jest córką wybitnej skrzypaczki Elżbiety Głąbównej, od trzydziestu pięciu lat mieszkającej w Paryżu. Było to bardzo miłe wydarzenie." - Leszek Kańczugowski

SRG Królewska TRIBLANT

Zespół powstał na przełomie 2001 i 2002 roku. Początkowo tworzyło go czterech chłopaków – Pożar, Sajmon, Suchy i Bełkot – którzy mieszkali w Śródmieściu. Fascynacja rozwijającymi się w latach 90. gatunkami muzyki, hip-hopem i rapem, zaszczepiła w młodych ludziach, wychowujących się w ciężkich warunkach, chęć do założenia własnego zespołu. Dzięki muzyce i łatwości przelewania swoich emocji na papier „ten rap w serca chłopaków się wkradł”. 

Ta muzyka umożliwia nam wyrażanie myśli, uczuć oraz poglądów związanych z otaczającą nas rzeczywistością. Przesłaniem SRG jest: Szacunek, Radość i Gniew. Pomimo zmian w składzie zespołu (obecnie tworzą go Pożar, Sajmon i Kazio) nagraliśmy kilka płyt w podziemiu i daliśmy wiele koncertów, nie licząc się ze sławą oraz pragnieniem zarobienia pieniędzy. Chcieliśmy grać według własnych zasad, tworzyć własne numery, czasem wulgarne, czasem śmieszne, zawsze prawdziwe. Rap zajawka z młodzieńczych lat trwa do dnia dzisiejszego. Ciągle w tekstach pokazujemy otaczającą nas rzeczywistość, chociaż nie mamy już po naście lat, to nadal w naszych sercach jest rap racja, rap motywacja, rap pasja.” -> UTWORY TRIBLANT, MUZYKA

Piwnice

Pod kamienicą znajdują się głębokie piwnice, które dawniej miały połączenie z podziemnymi korytarzami, prowadzącymi pod dawne kolegium jezuickie i Archikatedrę Lubelską oraz pod ul. Żmigród.

„W tych piwnicach trzymaliśmy też ziemniaki. To były z prawdziwego zdarzenia piwnice, pamiętam, że w lecie zawsze w tej piwnicy było zimno, natomiast w zimie było bardzo ciepło. Teraz piwnice są już zamurowane, nie da się wejść tam. To były tak długie piwnice, że jak szłam tam z najstarszym bratem, to słyszałam, jak jeżdżą trolejbusy, czyli byłam już pod naszą szosą, a jak przestałam je słyszeć, to musiałam wejść na teren pod plac Katedralny. (...) Jako dzieci bawiliśmy się wszyscy w tych piwnicach, wtedy był taki straszny film, gdzie było „Przebacz mi, Brunhildo”. W tej kamienicy, w której jest brama wejściowa, mieszkał Krzysio, który zmontował taką Brunhildę z prześcieradła, na dawne, stare, duże baterie zamontował żaróweczki. Kazał nam wszystkim poczekać na zewnątrz i powiedział w odpowiednim momencie, żebyśmy tam weszli. My weszliśmy, a on te żarówki podpalił i krzyknął: „Przebacz mi, Brunhildo”. Zaczęliśmy piszczeć i uciekać do góry. On się śmiał z tego, później już wiedzieliśmy, że to on i nie baliśmy się, ale to były dla nas jako dzieci ogromne atrakcje. Zresztą dobra kryjówka była też na chowanego.” - Małgorzata Marciniak

„Były piwnice, w bramie było wejście, okienko, taka klapa była. Ta kamienica była kawałkiem zbombardowana w czasie wojny. Z tamtej strony bomba trafiła w tę kamienicę. Ludzie chowali się wtedy przeważnie do piwnicy i było drugie wejście, gdyby się zawaliło, bo tam są dwie czy trzy kondygnacje tych piwnic pod spodem. Oni tego nie zasypali, tylko zamurowali, przecież jakby to zasypali, to musieliby nie wiadomo ile ziemi nawieść”. - Małgorzata Wójcik


Dozorcówka

Przed laty było tu tylne wejście do mieszkania dozorczyni. Pierwszą dozorczynią była pani Bartnik, a kolejną pani Ola. Obecnie wejście nie jest używane, a lokal zajmuje Klub Abstynenta „Radość”.

"Tu, gdzie są te czarne drzwi, była dozorcówka, mieszkała pani Bartnikowa z dziećmi i mężem. Była dozorczynią na tym podwórku, teraz dostała mieszkanie gdzie indziej, dzieci się wykształciły i odeszła stąd. Potem przyszła pani Ola, też się wyprowadziła stąd, bo dostała mieszkanie i chyba poszła na emeryturę. W tym momencie mieści się tam Klub „Radość”, czyli klub abstynenta. To są tyły, oni nie korzystają z tych drzwi.” - Małgorzata Marciniak

 

ŻMIGRÓD 1

Równolegle do pałacu Pociejów ustawiona była oficyna. Druga, istniejąca obecnie oficyna zlokalizowana została wzdłuż ulicy Żmigród na początku XIX wieku. W latach międzywojnia nadbudowano drugie piętro oficyny od ul. Żmigród, a wnętrze budynku przeznaczono na działalność Sądu Okręgowego. W latach 30. funkcjonowały tu także: dwie drukarnie, zakład fryzjerski, sklep spożywczy, biuro pisania podań. Istniejąca tu wówczas drukarnia „Popularna” wywodziła swój początek, od niejakiego Jana Wyszogrodzkiego, który posiadał przy ul. Zamojskiej mały zakład drukarski. W roku 1932 drukarenkę tę zakupili dwaj drukarze lubelscy: A. Michalski i J. Rybiński i umieścili w lokalu przy ul. Żmigród 1. Do 1939 roku drukarnia wydała kilka ciekawych broszur. W czasie wojny współpracowała z Podziemiem, drukując w tajemnicy konspiracyjne ulotki i dokumenty. W 1944 roku cały personel drukarni został aresztowany i stracony w egzekucji na Majdanku. W listopadzie 1944 roku oficyna wznowiła działalność. W latach 60. w budynku oficyny, na pierwszym piętrze mieścił się sąd. Na parterze były mieszkania sędziów i adwokatów.

„Jak miałam 4-5 lat, to w kamienicy na samej górze był sąd. Moimi sąsiadami byli adwokaci, sędziowie, a na dole mieszkała administracja. Ja mam mieszkanie po prezesie sądu, który przeszedł do Warszawy. Ubikacje mieliśmy wspólną na korytarzu. Pamiętam jak chodziłam na górę do sądu i czułam się jak u siebie. Siadałam sobie w tych fotelach, na których siedzi sędzina i sobie wyobrażałam, że to ja odprawiam sprawę. Po sądzie, byli komornicy, mama moja u nich pracowała, sprzątała biura, paliła w piecach. Po komornikach to już były takie mniej sympatyczne wspomnienia. Był Ochotniczy Hufiec Pracy, pracowały tam moje zaprzyjaźnione panie. Żałowałam, że się wyprowadziły, miałam z nimi bardzo dobry kontakt, miałam tam kilka przyjaciółek, starszych ode mnie, młodszych, z niektórymi kontakt utrzymuję do dzisiaj. Teraz mieści się tam zarząd działkowców, z panem prezesem mam bardzo dobry kontakt i z kilkoma paniami też. Tutaj na dole, gdzie teraz jest Dom Słów, nie było tych drzwi. Tam były pojedyncze pokoiki, oprócz ostatniego, gdzie mieszkała pani Szyszkowska. Za moich dziecięcych lat mieszkali tam pracownicy sądu, administracji, którzy już byli na emeryturze, na rencie i tam zajmowali pokoiki. Później, że to byli już starsi ludzie w podeszłym wieku, zaczęli umierać. Potem inni zaczęli tu mieszkać. Te okna dwa, które należą do Domu Słów, to były w mieszkaniu kierownika baletu Teatru Muzycznego, pana Zbigniewa Dobkiewicza.” - Małgorzata M.

„Tu sędziowie mieszkali, mieszkali też Bartnikowie, Macedońska, Żmudzka, która była Niemką i Pawlakówna. W moim mieszkaniu przy Żmigrodzie mieszkała rodzina Burów, pani Aleksandra Burowa z mężem. Oni chyba byli sędziami. Ja dostałam to mieszkanie jak ta pani była już stara i schorowana. Przychodziłam do niej i zawsze coś do jedzenia jej przynosiłam. Mówiła: „Jak ugotujesz coś Stefa, to mi przynieś”. To ja jej takie gorące prosto z saganka kartofelki czy coś innego niosłam, ona sobie zjadała. Staruszka taka była, na oczy nic nie widziała.” - Stefania K.

„Jak się wyprowadzili sędziowie, to na dole były pokoje dla aplikantów. W jednym pokoju mieszkała taka sędzia, była garbuską, w drugim mieszkał sędzia z rodziną, w trzecim pani Halinka, która wyjechała do Łodzi. Pod numerem 22 mieszkała pani Szyszkowska, której mąż był woźnym w sądzie. To były mieszkania służbowe, a później zostali na stałe. Oficyna przy Żmigrodzie to był budynek sądu, a Królewska 17 była prywatną kamienicą. Tu, gdzie Pożaroszczyk, mieszkał sędzia Czapski. Tam na dole, gdzie mieszkała Agnieszka Putowska, to mieszkał przed nimi adwokat, pan Nowakowski. A później Agnieszki siostra.” - Irena P.

„To było mieszkanie po naszych dziadkach, którzy dostali je po domu z działką na Rurach. Tutaj, miała ciocia to mieszkanie, potem moja siostra i ja, pokoleniowo. Pamiętam jak mój dziadzio opowiadał, że to było piękne mieszkanie i bardzo się cieszyli, że dostali takie mieszkanie, bo tu naprawdę było świetne. Z czasem, ludzie przychodzą i niszczeje. W oficynie mieszkała pani Halina Węgrzyn, była dozorczynią na samym początku. Była bardzo oczytaną kobietą, ale niestety, alkohol poszedł i zmarła w 2010 lub 2011. Zapiła się. Alkohol doprowadził ją do takiej ruiny." - Agnieszka P.

„Halina, tutaj mieszkała, w tych pomieszczeniach Domu Słów. To był taki dobry człowiek. To była osoba niekonfliktowa, z nikim się nie kłóciła i przypadła mi do gustu. Miała tam swoje różne nałogi, ale była dobrym człowiekiem.” - Grażyna R.

Oficyna kiedyś należała do sądu. To musiało gdzieś być po wojnie, może jeszcze jak byłam dzieckiem, ale mnie to nie interesowało. Bardzo dużo ludzi tam już nie mieszka, pustostanów jest dużo. Całe piętro jest puste, a kiedyś wszystko było zamieszkałe. Było dużo dzieci, teraz nikogo tam nie ma prawie.” Małgorzata W.

 

Zbigniew Dobkiewicz

Zbigniew Dobkiewicz urodził się 01.10.1928 roku. Pracował w Teatrze Muzycznym, jako m.in. choreograf. Zmarł w 2007 roku.

Mieszkał tu aktor, który pracował w Teatrze Muzycznym. Bardzo miły, grzeczny pan. Długo mieszkał. Te okna od podwórka, co są dwa, to jego mieszkanie kiedyś było." -Małgorzata W.

Te dwa okna, które należą teraz do Domu Słów, to były w mieszkaniu kierownika baletu Teatru Muzycznego, pana Zbigniew Dobkiewicza”. - Małgorzata M.

 

 


Agnieszka P.

Nazywam się Agnieszka Putowska. Urodziłam się w Lublinie w 1979 roku, od urodzenia tutaj byłam zameldowana, w tym mieszkaniu. Do 18 roku życia miałam wszystko, w porządku było, potem losy się gdzieś skrzyżowały i znalazłam się na wsi się, ale tu wróciłam. W Lublinie mieszkam już od dwudziestu lat. To mieszkanie to taki mój azyl, było mi więc ciężko się rozstać z tym. Mam syna Jakuba, ma dziesięć lat, chodzi teraz do trzeciej klasy.”

 

Małgorzata M.

Nazywam się Małgorzata Marciniak. Tutaj się urodziłam w listopadzie 1963 roku. Miałam trzech braci: Jurka, Fredzia i Sławka. Moja mama to Helena Jusiak. Byłam najmłodsza, brat najstarszy miał 17 lat jak się urodziłam, drugi 15, a Sławek był o cztery lata starszy ode mnie. Tamci bracia szybko wyrośli, pożenili się, a ja zaczęłam dorastać. Moja mama jest obecnie najstarszą mieszkanką, będzie miała w grudniu 89 lat. Najmłodszy z braci jak tu przyszliśmy miał dwa lata, a ja już się tutaj urodziłam. Miałam syna, który miał 27 lat, nie żyje. Jak był mały, to tu było bardzo dużo dzieci. Później urodziłam jeszcze drugie dziecko, po dwunastu latach przerwy. Mój pierwszy syn, Bartłomiej Bolesta, chodził do zerówki, a do przedszkola nie chodził, ponieważ handlowałam wtedy na targu i moja mama się nim opiekowała. Później poszedł do dwunastki na Podwale. Teraz dwunastka jest przeniesiona. Mój młodszy syn, który ma szesnaście lat, chodził już do przedszkola numer 26, ponieważ chodziłam się na takie zajęcia i chciałam go zapisać na dwa miesiące do przedszkola. Przedszkole numer 26 i szkoła numer 12 to jakby tradycja naszej rodziny, ponieważ moi najstarsi bracia chodzili do dwunastki, która mieściła się przy placu Wolności, tam, gdzie teraz jest liceum im. Unii Lubelskiej. Natomiast, my z tym bratem, który jest z 1959 roku, chodziliśmy do dwunastki na Podwale. Tam też chodzili moi bratankowie, bratanice. A w tym roku mój syn, Rafał, otrzymał promocję z trzeciej klasy gimnazjum do szkoły średniej i też do dwunastki idzie.”


 

Helena Jusiak

Z domu jestem Trytek, urodziłam się w 1925 roku na Zamojszczyźnie, w koloni Suchowola, między Zamościem a Krasnobrodem. Miałam rodzeństwo, miałam ojca, ojciec Leon, a matka Ewa. W szkole to Pani wołała na mnie Trytkówna. Miałam 4 dzieci. Gdy miałam 13 lat wybuchła II wojna. Ja te wojnę pamiętam dobrze. Jak do nas Niemcy doszli, to była okupacja. W '41 roku to Żydów Niemcy w Zamościu gdzie tylko łapali i do obozów ich tam brali. A później u nas było źle, ale partyzantki dużo było, ja byłam w partyzantce, mam książeczkę ZBoWiD. W '43 roku miałam 18 lat i byłam w partyzantce, wszystko w lasach siedziało. Niemcy nas ścigali i wysiedlenie było. Wysiedlali po kolei, po kolei wszystkie wioski, aż do szło w końcu u nas. A później to się wyzwolenie zrobiło i zachód się otworzył i wszystko na zachód wyjeżdżało, do Wrocławia, Jelenia Góra, Lubań, tam ziemie odzyskane. To tak było, że najpierw moja siostra poszła się tam osiedlać, a ja do niej pojechałam, ona list napisała: Helenko, siostro moja, przyjedź do nas, bo tam są puste domy, poniemieckie, dom sobie weźmiesz, będziesz miała gospodarstwo. No i ja tam pojechałam. Był taki szwagra kolega i tam sobie gospodarstwo zajął. On w wojsku służył. Przyszedł kiedyś do szwagra i siostra moja mówi: widzisz Władziu, siostra moja przyjechała. On mi się nie bardzo podobał, ale ja mu się podobałam, bo ja powodzenie miałam. Głupia siostra mówi, weź, on ma gospodarkę fajną, będziemy blisko mieszkać. Ja zgłupiałam, nie kochałam go, lubiałam go, ale nie kochałam, mnie się inne podobali. Ale tak mnie ta siostra namawiała i wyszłam za niego. Alem taką głupotę zrobiła. Tam myśmy mieszkali, ale on miał rodzinę z Motycza Leśnego, koło Lublina i tam pojechalimy. Ale to się później okazało, że to pijak był. Najpierw mieszkaliśmy na Dąbrowskiego, ale to mała kuchnina była. Taka baszta tam jest i taki podwórek, to tam myśmy mieszkali w tym domu. Tam wszyscy kolejarze mieszkali. Mój mąż też tam pracował, ale się zwolnił i gdzie indziej pracował. Wszystkim dawali później mieszkania i mnie tutaj dali. Moje mieszkanie po sędziu Żalińskim jest. No i dostałam na Królewskiej 17/30. Byłam patrzeć mieszkanie i mi żona jego otworzyła, a on siedział, a on był prezesem sądu wojewódzkiego, ale tu było całkiem inaczej, pięknie było. Inne meble były, piec. Na górze, na drugim piętrze był sąd, a tutaj mieszkali sami sędziowie i adwokaci i na parterze też. Jakem wyszła za mąż, mój mąż się rozpił. A jak w browarze pracował, to tam piwa się opił, awantury robił, do mnie do bicia, pieniędzy nie chciał zostawiać dla mnie i dzieci. Tak jak jest wszystko wcześniej wyglądało, tylko się lokatorzy zmienili. Tu na podwórku nic nie rosło. Pusto było. Za komuny to ten dozorca to dbał. To liście, to śmieci, zawsze czysto było, a teraz to nic. Jak mogłam, to z dziećmi wychodziłam, siadałam. Ja tu dzieci rodziłam, myśmy siadali, bawili dzieci. Co rusz dziecko podrosło to pracowałam, sprzątałam tylko po ludziach. Bo dzieci miałam i nie mogłam na 8 godzin pójść. Sprzątałam w Klubie Międzynarodowym Prasy i Książki i jeszcze, o i w szkole pracowałam, no i w Teatrze Osterwy, tam pracowałam. Magazynierka mnie lubiała, ze raz mnie powiedziała, Pani Helenko, kiedy Pani urlop bierze? Chciałaby Pani ze mną jechać na wczasy do Bułgarii? A ja mówię: Czego nie? Wzięłam swoją Małgosię córkę i ona wzięła swoją, ja swoją. No i nas tam zabrała. A i tu trochę po sędziach na górze sprzątałam.”


 

Bartłomiej Bolesta

Urodził się w 1987 roku …

To był bardzo dobry chłopak, ale ja go obserwowałam na podwórku, on był w grupie, ale był samotny. Mnie było go bardzo szkoda. Razem podróżowaliśmy, bo koncertowałam po całej Polsce od morza po góry i wszędzie zabierałam na te koncerty moje dzieci.” - Małgorzata M.

Bartek był fajnym chłopakiem, może troszeczkę nieszczęśliwym, bo nie potrafił się w tym wszystkim odnaleźć. Chciał coś robić, tylko może miał mniejsze możliwości, żeby to jakoś sobie poukładać, przez sytuację rodzinną troszkę. Mieszkał z mamą i babcią, nigdy jednak tego ojca nie miał. Szkoda go bardzo. Nie mogę jeszcze uwierzyć w to, że tak się stało. Był bardzo życzliwy, jak przyjeżdżałam z dzieciakami ze żłobka, z przedszkola, potrafił podejść i zapytać: „Jak Ci te dzieci rosną?”, „A co słychać?”. Na tej zasadzie. Teraz, bardzo krótko przed tym, co zrobił.” - Małgorzata P.

Bartka dobrze znałam, bo oni chodzili z moim Grzesiem do jednej klasy, więc zawsze „ciociu” wołał do mnie. Mój syn Adam strasznie to przeżywał, on się bardzo przyjaźnił z Bartkiem, bardzo to przeżył, chociaż nie powiem, myśmy tu wszyscy przeżyli śmierć Bartka bardzo. Dobry był chłopak, nigdy mi nie zawadził, nigdy mi nie odpyskowała. (...) Miał jakieś problemy, ale dobre dziecko było, zawsze go pamiętam takiego uśmiechniętego i tak zostanie.” - Grażyna R.

Bartkowi było już bardzo trudno pomóc. Trzymałam z nim kontakt i rozmawiałam z nim, to nawet matka nie wiedziała. On był za słaby. Chciał być jak to towarzystwo, kolegować się, ale różnie bywało. W stosunku do mnie był zawsze grzeczny. Ja go angażowałam, czy jakąś żarówkę założyć, czy coś, to mu parę złotych dawałam, bo nie miał. Potem jak zaczął dużo pić, to mu nie dawałam, bo nawet matka przychodziła i mówiła, żeby nie dawać. Zawsze „dzień dobry” mówił i był taki bardzo grzeczny." Irena P.

Bartek był taki chłopaczek grzeczny. Drzewo nosił. (...) W nocy wstał, zerwał się z łóżka i się powiesił. Nikt nie widział. Matka spała, babka spała, wszyscy spali. Ten młodszy poleciał, patrzy wisi. Siedział tu na podwórku, pił, ale nie był taki zły, „dzień dobry” powiedział. Mówiłam im, żeby tak nie pili, że rozum im siądzie.” Stefania K.

No znaczy ja o Bartku powiem tyle, to był fajny chłopak, no był dużo młodszy ode mnie, bo jednak te 9 lat różnicy. Ja pamiętam jak on był taki mały i tak sobie rzucał kamykami, no wiadomo jak to dziecko, to każdy dokucza, no ale później ja nie mam z nim związanych takich jakichś złych wspomnień, miłe wspomnienia mam. Był pomocny. Co, a co się go nie poprosiło, to tam zrobił, pomógł. No i nie wiem tutaj chłopaki też mówią, śmieją się, no mam wrażenie, że, no, że mnie lubił. Bo lubił się podejść i przytulić i mówił, że mnie bardzo lubi. Na początku mówili na niego Bolek, Bolo, może od nazwiska... No i się mówiło: Bartek weź wkręć żarówkę! No dobra zaraz już tego. Przyszedł, wkręcił tą żarówkę. Nawet mojemu tacie kilka dni przed śmiercią mówi: Daj wujek pomogę ci węgiel zanieść do domu. No i węgiel zaniósł.” - Katarzyna R.

Ja ich wszystkich znam, oni wobec mnie są bardzo grzeczni, nigdy nie miałam z nimi jakichś zatargów, żeby coś chcieli dokuczyć. Tego Bartka też pamiętam dobrze. Ale nie wiem, czemu tak się stało.” - Małgorzata W.

Bartka pamiętam jak był mały. Był bardzo grzeczny, naprawdę fajny chłopak. Pamiętam, jeszcze przed śmiercią, jak z jego mamą dobrze żyłam, Bartek miał super dziewczynę. Nie wiem komu nie odpowiadała ta dziewczyna, czy Bartek nie odpowiadał jej rodzicom, czy tutaj było inaczej. Dziewczyna była bardzo ładna i spokojna. On do niej jeździł, ona do niego przychodziła i było naprawdę świetnie. Jakby go ktoś umiał poprowadzić, on byłby super chłopak, ale go zniszczył alkohol i narkotyki. Jakby mu ktoś dał szansę, nie przeszkodził mu w tym, co on chciał i nie wmawiał mu, że jest gorszy niż inni, to Bartek by wyszedł na ludzi. (...) On się jedynie z babcią swoją dogadywał, staruszka, ale bardzo się lubili. Mnie to czasem zaskakiwało, jak tam chodziłam do nich, jak oni się między sobą dogadywali, przecież to jest taka odległość pokoleń i oni potrafili się naprawdę dobrze porozumieć między sobą.” - Agnieszka P.

Znałam Bartka, ale on bardziej z chłopakami, niż z dziewczynami był. Dobry chłopak był. Pomagał wszystkim, mi np. z wózkami. Jak się go o coś poprosiło, to pomagał. W sumie to byliśmy na cześć- cześć, ale nie rozmawialiśmy za bardzo.” - Elwira Banaszek


 

Irena Pałka

Nazywam się Irena Pałka. Sprowadziłam się tu z Torunia, ale pochodzę z Polichny. Ojciec mój został służbowo przeniesiony do Annopola. Był w Toruniu na dwuletniej szkole prawniczej, a później skończył studia prawnicze i pracował w sądzie wojewódzkim jako prawnik. Podczas okupacji mieszkałam na wsi, ale przyjeżdżałam do Lublina do szkoły handlowej, do kanoniczek, gdzie był klasztor. Od 1952 roku mieszkam przy ul. Żmigród 1 pod numerem 32, mam dwa pokoje. Mieszkałam tu z mężem i córką. Już miałam wpłacone wszystko na spółdzielcze mieszkanie, ale zrezygnowałam ze swojej kolejki na mieszkanie na rzecz córki, kupiliśmy cztery pokoje. Później myślę sobie, mój Boże, dobrze mi się tu mieszka i nie chcę na Czechów. Ona na własność ma. Mąż był taki, że jemu tu było dobrze, miał wielu kolegów, był bardzo towarzyski. Poznałam go jeszcze na wsi, był synem woźnego u mojego ojca. Chodziliśmy do jednej klasy. Już długo nie żyje. Miałam do czynienia z fotografią i okulistyką. Pierwsze soczewki kontaktowe założone w Lublinie to były od nas, od lekarzy, z którymi pracowałam. Pracowałam z żoną profesora, który był ordynatorem kliniki okulistycznej – doktor Kisielewską-Toczołowską. Mieliśmy zakład optyczny w kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu, przy Parku Saskim, na pierwszym piętrze. Lubiłam tę pracę. Na początku pracowałam w zakładzie z fotografią, tam były papiery, artykuły fotograficzne, chemikalia, wszystko. Byłam kierownikiem, czterdzieści lat tam pracowałam. Nie znałam się kompletnie na tym, a z czasem zostałam kierownikiem. Jako kierownik miałam w zakładzie czterech optyków. Był taki pacjent, ksiądz profesor z ulicy Zielonej. Miał specjalne szkła, które musiałam mu z Niemiec sprowadzać. Dyrekcja firmy była w Warszawie, a centrala w Łodzi. Później był ten sklep fotograficzny przy ul. Dąbrowskiego, następnie przy Krakowskim Przedmieściu i przy ul. Przechodniej, a tu była optyka. Wszyscy księża, biskupi, ludzie z komitetu, z uczelni, oni wszyscy po okulary do mnie przychodzili. Nie stało się za ladą, tylko od razu do gabinetu i ja tak, jednego załatwiłam, szybko, do lekarza, zbadali, zrobili okulary, porozmawiało się, herbatę się zrobiło, posiedziało, poszedł jeden i następny wchodził.”

 

Katarzyna Ryczek

Nazywam się Katarzyna Ryczek mam 36 lat, mieszkam tu od 23 lat. Przyszłam z Przemysłowej, to jest boczna Zamojskiej. Do 2009 roku mieszkałam tutaj ja, tata, moja mama, która już nie żyje już od 5 lat, mój mąż, moje dziecko i moje rodzeństwo – siostra młodsza Elwira i brat Krzysiek. Mieszkamy w 3-pokojowym mieszkaniu, są to pokoje niecałe 40 m, są to pokoje przejściowe bez łazienki. W 2010 zrobiliśmy sobie ogrzewanie centralne, bo były wcześniej piece, no ale, ludzie w takim mieszkaniu i piece, no dużo metrażu to zajmowało, więc przerobiliśmy to na centralne. Wiadomo nie jest to tak jak w bloku, bo trzeba palić na okrągło w centralnym, no ale jednak jest to jakaś namiastka. To znaczy tak. Chodziłam najpierw po zakończeniu szkoły podstawowej chodziłam trzy lata do szkoły ogrodniczej, no nie była to moja pasja wolałabym pójść do innej szkoły, no ale po prostu nie dostała się do tej co chciałam, do handlówki no i poszłam do ogrodniczej. Ukończyłam 3-letnią szkołę ogrodniczą. W ogóle mnie ogrodnictwo nie pasjonuje. Później poszłam do technikum, no troszeczkę mi się noga podwinęła, no ale stwierdziłam, że na tym nie po przestane i poszłam do liceum zaocznego. Ukończyła 3-letnie liceum zaoczne, matury, do matury podeszłam i gdzie byłam pewna matematyki to ją oblałam a z polskiego zaliczyłam. No później jednak tak się utarło, że oj pójdę za rok może spróbuje, ale jednak nie podeszłam za drugim razem. Później chciałam pójść do studium zaocznego, no ale dostałam się do wieczorowego, a myślałam, że prace będę miała dwu zmianową dlatego zrezygnowałam i poprzestałam tylko na tym, że mam tylko średnie bez matury. Obecnie pracuje od 14 lat w tym samym zakładzie Uniwersytecie Medycznym. Sprzątam. Oj od 12 lat jestem mężatką i mam prawie 7-letniego syna.”


Jacek Ryczek

Mam 6 lat. Mieszkam na Królewskiej 17/28. Fajnie mi się tu mieszka. W moim domu mieszkam ja, tata, mama, dziadek, mój pies Sonia. Na podwórku fajnie jest z karuzelą, ale fajnie było też bez karuzeli. Fajny jest też piasek. Można sobie robić kule. No i fajne są drzewa, bo niektóre są mniejsze i mogę je dosięgać. Chodzę do przedszkola na Stare Miasto. Na podwórku bawię się z siostrami i kolegami z przedszkola. Są dzieci Karol, Maciek i moje siostry, mieszkają tutaj. Trochę chodzę sobie na spacery, na inne place i jest fajnie. Trochę się bawimy w chowanego, w ganianego, trochę w podchody, ale siostry się nie chcą bawić. Na podwórku chciałbym dwie huśtawki i dwie zjeżdżalnie z taką okrągłą rurę, co jest taka, co się zjeżdża i co się chodzi na kolanach. Nie pamiętam jak byłem mały, ale na zdjęciach widziałem. Widziałem, że mama była inna. Jak miałem 4 lata i już chodziłem do przedszkola, to jeździłem na rowerze na czterech kółkach. A teraz jeżdżę na innym rowerze. Dziadek mi kupił i dziadek mi kazał na dwóch kółkach jeździć.”

 

Jerzy Pozarowszczyk

Mieszkam tu ponad dwadzieścia lat. Myśmy przyszli z Przemysłowej, tam gdzie ten budynek rozwalili. To dawali nam tak: na Kalinie, na Lubartowskiej, na Kowalskiej. Moja, Madonna, nieboszczka, znała trochę ludzi. Halinę znała, ona tu chciała mieszkać, bo znajome są. Marta miała na imię, zmarła, a ja już zostałem.”

 

 

 

 

 

Stefania K.  

Nazywam się Stefania Kamińska. Urodziłam się na wsi w 1937 roku, było nas troje, pochodzę z Jakubowic. Mieszkam tu od 40 lat i jestem przyzwyczajona. Mieszkam z mężem, mamy dwoje dzieci, córkę i syna. Mieszkanie jest małe, dzieci poszły już sobie. Chciałabym tu zostać, ale mamy dostać gdzie indziej mieszkanie zastępcze. Teraz mamy ściany podziurawione, złe warunki, ale dobrze mi się tu mieszka, bo ja taki człowiek jestem, że mi się wszędzie dobrze żyje. Wszędzie jest blisko. Pracowałam chałupniczo na zlecenie w „Bajce”, zabawki robiłam, maski malowałam lalkom, sukieneczki szyłam małym lalkom, dekorowałam laleczki, włosy czesałam. Nie mam teraz żadnych lalek, bo robiłam i się oddawało. Nic nie zostawiałam. Moim dzieciom nie kupowałam, nie chciały, pomagały mi ubierać, majteczki ubierały, bluzeczki nakładały, siadały i bawiły się, a potem oddawały. Chodziliśmy na spacery, na sanki w zimie do parku. Czterdzieści lat tak pracowałam i stamtąd poszłam na rentę. Mała renta, bo z chałupnictwa nie dało rady inaczej, ale jakoś się żyje. Ręcznie szyłam i maszyną. W dzień maszyną, żeby nie dokuczać na górze i na dole, bo maszyna warczy. To była odpowiedzialna praca, brało się 20-30 sztuk i się robiło, przyjeżdżali i się zdawało. Nie miałam marzeń, gdzie tam, trzeba było dbać o codzienność, z marzeń nie było nic. Dzieci trzeba było wychować, nauczyć, gotować, prać. Mąż był elektrykiem, ale połamał nogi i jest na rencie. On jest z 1935 roku.”


 

Stowarzyszenie Wspierania Inicjatyw Społecznych Asocjacje

Stowarzyszenie zostało założone w 1994 roku, jego prezesem był Dariusz Wlaźlik. Główne zadania stowarzyszenia to wspieranie samoorganizowania się społeczności lokalnych, pomoc osobom w trudnej sytuacji materialnej, przeciwdziałanie bezrobociu, a także organizacja wydarzeń kulturalnych, naukowych i sportowych. Od 10 lat wydaje pismo dla organizacji pozarządowych "Asocjacje", obecnie także dwumiesięcznik "Dziękuję".  -> O Stowarzyszeniu

Stąd dzieci jeździły na jakieś kolonie, chodziły na Mikołaja, paczki dostawały. Robili też różne występy, organizowali coś, chyba spływ kajakowy, wyścigi rowerowe.” - Grażyna R.

 „To znaczy ja go tak nie chodziłam to młodsze takie dzieciaki, bo jak później wiadomo poszłam do szkoły średniej. To już tak, ale pamiętam, że malował też z młodzieżą klatkę schodową, takie rysunki jakieś robił i tą piaskownice zrobił murowaną. Tutaj chyba z chłopakami naszymi. Już dokładnie mówię nie pamiętam, bo jednak już troszeczkę mi się to zatarło, ale to on robił, ale i chyba z chłopakami naszymi. A dawał, robił też różne paczki dla dzieci, właśnie takich. My dostawaliśmy paczki, no dzieci z kamienicy też dostawały.”Katarzyna R.

Biura asocjacji były na górze. Był tam wspaniały człowiek, Darek. Na samej górze wynajmował jedno pomieszczenie, później dwa. Z jego pomocą zrobiliśmy piaskownicę dla naszych dzieci. On różne akcje dla dzieci organizował, paczki, nawet wyjazdy. Mój syn, Bartek, świętej pamięci, jeździł z nim w góry. Organizował na moście różne imprezy dla dzieci. To był człowiek wielkiego serca. Ożenił się, miał trójkę malutkich dzieci, jak zmarł.” - Małgorzata M.

 

Elwira Banaszek

Mieszkam tu od drugiej klasy podstawówki, mam 4 dzieci – Kingę, Karolinę, Kamilę i Ewelinę, mieszkają tu też od urodzenia. Mam 31 lat. Skończyłam szkołę gastronomiczną w ZDZ-cie, a teraz wychowuję dzieci w domu. Ja się wychowywałam tu i dzieci się będą tu wychowywać. To jest fajne. Ale mieszkać tu z tyloma ludźmi jest ciężko. W jednym mieszkaniu mieszka moja siostra Kasia z synem i ojciec Jerzy.”

 

 

 

 

PODWÓRKO

To miejsce wspólne dla wszystkich mieszkańców, tu się spotykają, tu spędzają czas wolny, wieszają pranie i piją kawę. To podwórko w dużej mierze istnieje dzięki nim.

W latach 50. na podwórku nie było drzew. Na klombie, na tym na środku podwórka, była trawa, a tych drzew nie było tam, albo małe były, bo ja nie kojarzę dużych drzew. Nie wiem kiedy posadzili drzewa, ale pamiętam trawę na klombie, bo moi bracia cioteczni trzymali króliki. Kiedyś w modzie były króliki, w komórkach ludzie trzymali. Gołębi jeszcze było multum. Nie było żadnych ławek, ale dzieci, króliki, ładniejsze było to podwórko, czystsze. Teraz, na nasze podwórko mówią spacerniak, bo tu ściana, tu ściana, tu ściana, a tu kwadrat jest do chodzenia. Tam gdzie są śmietniki, dawniej był budynek. Jeszcze przed 1860 rokiem nie było tego budynku przy ulicy Żmigród 1, ja mam zdjęcie takie, to jest bruk tam. Ten bruk na podwórku to już z 50 lat ma na pewno. Jak byłam małym dzieckiem, to babcia mi mówi: „Idź córciu wyrzuć do śmietnika”, jak ja pędem pognałam, tak przejechałam się na tym bruku, oba kolana zdarte. Samochody zawsze tu wjeżdżają, my tu nie parkujemy, jak tylko na chwilę, to tak się stanie, ale tak to tu nie stoimy, bo mamy na Żmigrodzie garaż.” - Małgorzata W.

Odkąd pamiętam na tym klombie rosły pomidory i ogórki, grządki były, jak my przyszliśmy tutaj mieszkać, to ogródek już był. Po remoncie to zniknęło. Już jak pamiętam tę wierzbę, to ogródka nie było. Teraz na klombie Dom Słów zorganizował ogródek, a my, mieszkańcy, pomagaliśmy przy tym, ale kiedyś to inaczej wyglądało. Jak byłam mała, to drzewa były niskie, sięgały do tych rozgałęzień. Była kostka, nigdy nie było klepiska, na klombie była trawa, a na samym środku rosła wierzba rosochata, ona chyba uschła. Pod tą wierzbą stała ławka, na której co wieczór przysiadały starsze panie. Było wtedy bardzo mało dzieci w porównaniu do czasu, gdy moje dzieci były małe. To było bardzo ciche podwórko, jak tę wierzbę ścieli, to wyświetlali w telewizji film „Czterej pancerni i pies”. Mam takie wspomnienia, że tu był remont dwóch kamienic, zmieniali nam piece. Ściągaliśmy takie rurki po materiałach z PDT-u na Krakowskim Przedmieściu i budowaliśmy sobie z tych różnych elementów budowlanych czołg. Zawsze był czołg na środku. Każdy chciał być Marusią albo Lidką, no i Jankiem, i były to przeważnie starsze osoby, które wywalczyły sobie taką pozycję. Mojemu bratu, to się zawsze udawało być Jankiem, mnie jakąś sanitariuszką ewentualnie. To było zabudowane z tych elementów, mieliśmy tam wejście i w tym czołgu siedzieliśmy. To była taka nasza zabawa. Mieliśmy lufę w tym czołgu, pistolety, sami porobiliśmy. Moje dzieciństwo na tym podwórku było fajne, mile je wspominam. Zaś mojego zmarłego syna dzieciństwo nie było łatwe na tym podwórku, dlatego ja z nim wychodziłam. Drugi syn, który teraz będzie miał 16 lat, to on już się nie bawił na tym podwórku. Też z nim wychodziłam na różne spacery, zresztą wtedy miałam męża. Wcześnie go do przedszkola zapisałam, jak skończył 3 lata zaczął żyć przedszkolem, zerówką i tak dalej. Teraz mój syn ma niewiele wspólnego z podwórkiem, bo gdzieś swoje drogi znalazł poza nim.” - Małgorzata M.

Tu było bardzo dobrze, nikt się nie kłócił, nic nie ginęło, nikt nic nie kradł, można było na podwórku wszystko zostawić. Później to się zmieniło. Było mnóstwo dzieci. Były kwiaty, trawa rosła, pomidory ktoś tam sobie posadził, było pięknie, czyściutko, nic nie pomazane. A teraz ściany wymazane, szyby zostały powybijane. W drzwiach były witraże, kryształowe, piękne. Same drzwi wejściowe od klatki schodowej były drewniane i pięknie rzeźbione, ale tu kiedyś pomalowali te drzwi na kolorowo i je zniszczyli. Jak robotnicy, partacze, chodnik robili, to dziury porobili. Trzy razy się zapadało, bo ziemię wywieźli. Tak remonty robili fachowcy. Ten klomb zawsze był. Były kwiaty, ale nie było w ogóle drzew, drzewa później posadzili. Chodnik to był pięknie położony. Próg taki z cementu zrobili, bo się woda lała, to go musieli podnieść. Było tak bezpiecznie, że jak z Warszawy wracałam w nocy, to o północy się szło i nic mi nie groziło. Po nocy nikt tu nie łaził, zresztą brama była zamknięta, a ja dzwoniłam do dozorcy, wstawał i drzwi otwierał. Wcześniej był tylko sąd i krawiec od wielu lat, a później wprowadzili się zwykli ludzie. Było czyściutko, wyremontowane. Trzepak od dawna był, a tam na końcu była ubikacja dla ludzi, którzy nie mieli jej w domu, to korzystali tutaj. Dawniej u nas na piętrze była wspólna toaleta, ale każdy sobie zrobił swoją.” - Irena P.

Podwórko było takie jak teraz jest, ale czyściej było. Dzieci moje wychowywały się, uczyły, a ja pracowałam. Chodziły do szkoły na Podwale. Chodziliśmy na spacery, a na podwórku moje dzieci nie bawiły się, bo tu dzieci były niedobre, dranie byli. Tu na podwórku nic nie było, żeby grać, bo okna zaraz leciały, szyby nisko były. Za naszych czasów nic na podwórku się nie sadziło, bo tu już wydeptane było.” - Stefania K.

Pamiętam, że trawa rosła na klombie. Drewniane komórki były przy śmietnikach. W tej kamienicy była piwnica, teraz są zamurowane drzwi. Ja wiem, czy lepiej było, czy gorzej. Dzieci było więcej. Rejaków ośmioro małych było, Bartek nieboszczyk był, małego tu nie było jeszcze, naszych troje, piaskownicy nie było.” - Jerzy P.

To znaczy ja to jak się wprowadziłam, to piaskownicy nie było, piaskownica dopiero później, bynajmniej ja nie pamiętam tej dorobionej piaskownicy, pamiętam, że była jakaś karuzela, były jakieś huśtawki. A i były tutaj gdzie jest murek. To kiedyś tu były komórki tylko, że one się później zawaliły, bo to były drewniane takie komóreczki. No jakoś tak chyba ze starości, no ja już do końca nie pamiętam, później stopniowo wyburzyli jak jedna się zapadła.” - Katarzyna R.

Było bardzo ładnie na podwórku, pamiętam klomby z kwiatami, ogródek. Było bardzo dużo dzieci, były huśtawki, była karuzela. Było wesoło. Dzieci biegały, z tym, że któraś z mam siedziała i pilnowała dzieci. Ja siedziałam często na podwórku, bo w 1986 urodził się Grzesio, a dzieci były małe - jak się tutaj sprowadziłam w 1984 roku, to najstarszy syn miał 5 lat, więc jak one się tutaj bawiły, to czasem schodziłam na dół i pilnowałam ich. Było wesoło, schodziły się sąsiadki, z kawą, herbatą, jakimś ciastem, można było porozmawiać, nie nudziło się. Taka integracja. Początkowo nie było stolika, ale później chyba nasi mężowi zbili stół, były ławki także. Z administracji była karuzela i huśtawki dwie, a piaskownicę to zrobiło biuro asocjacji. Stolik był troszeczkę dalej niż teraz, między tymi drzewami, tutaj gdzieś była pośrodku karuzela i huśtawki, były klomby z piwoniami. Tam gdzie jest okno u krawca był ogródek, były piękne białe róże, które na pół budynku rosły. Ktoś kiedyś posiał tam ogórki, które były o dziwo, bo zrywały sobie sąsiadki co niektóre. Trzepak był zawsze, odkąd pamiętam i dziewczynki na trzepaku. Teraz dla mnie to podwórko jest trochę obumarłe, bo wtedy było dużo dzieci, było wesoło. Jeszcze przychodzi sąsiadka z dziećmi, ale tak to mało dzieci jest. Smutne jest to podwórko. Brak mi tamtych chwil. Jak czasami siedziało się w domu, dzieci pojechały na kolonie, to wyszło się na kawę do sąsiadek, porozmawiało, teraz już nie ma tego. Grilla żeśmy robiły na podwórku, urodziny czy imieniny, to się z kawą, herbatą, kanapkami i z dobrym winem wychodziło. Była muzyka. Mieszkał tutaj Stacho Biernacki, on grał na harmonii pięknie, więc schodził na dół i grał nam na tej harmonii. Muzykę gdzieś tam dzieci sobie puszczały, gdzieś tam z okna ich łubudubu. Każda z nas zamiatała podwórko, Jak się siedziało, no ja nie palę, ale paliły dziewczyny papierosy, to się zmiatało. Mieliśmy taką miotłę i dbaliśmy o to podwórko. Nawet pamiętam, swego czasu miałam basen, który wynosiłam i dużo dzieci się kąpało w tym basenie. Wodę żeśmy rano lały. Później chyba Kasia basem wynosiła. Wszystkie mamy dbały o podwórko. Szlauchem się zlewało, żeby nie było tych liści, tego brudu, dosyć czysto było na podwórku. Było mniej samochodów, bo pamiętam tylko jeden samochód pana Mięskiewicza, jeden jedyny, biały fiat, maluch. A teraz tych samochodów to jest czasami pełno. Ludzie byli przyjaźni, były różne konflikty między sąsiadami, bo tego się nie da uniknąć, jak jest takie skupisko, ale jakoś żeśmy to łagodzili. Dozorczyni tutaj pilnowała wszystkiego, ona też dbała o to podwórko. Teraz też jest dozorca, ale nie dba o podwórko. Kiedyś na klombie trawa była, nie było tego piachu. Kocyki się dzieciom rozkładało, teraz jakby była trawa byłoby dużo przyjemniej. Mieliśmy psy, ale każdy sprzątał po psie. Ja mam psa, ale nigdy z nim na podwórko nie wychodzę, dlatego że jeszcze gdzieś nasika do piasku czy gdzieś, a tu się bawią dzieci. Było dużo sznurków, żeśmy przecież pościel suszyli, jak się pranie robiło. Latem nie szło się na strych, tylko tutaj suszyło. Ja balkon mam więc mało razy tutaj schodziłam, czasami jakieś większe pranie wieszałam tutaj, ale sąsiadki suszyły swoje pranie często tutaj. Strych był ogólnodostępny, ale ginęły rzeczy. Teraz jest chyba zamknięty, tam są tylko gołębie. Teraz się mówi, że jest młodzież, że chodzi po strychu, że kradną, ale to jest nieprawda, bo kiedyś były małe dzieci i same sąsiadki zabierały, jedna się przyznała, druga nie. Dużo rzeczy takich ginęło, gdzieś tam powiesił ktoś pościel czy ręcznik i to nie wracało, ja później przestałam ze strychu korzystać.” - Grażyna R.

„Miejsce się potwornie zmieniło, złe towarzystwo było. Dzieciaki, które były małe zaczęły dorastać. Trochę szemrane towarzystwo zaczęło być, nie można było przejść, jak nie było się zaczepionym. W którymś roku zostawiłam na weekend mieszkanie i zostałyśmy okradzione z siostrą, ze wszystkiego, wszystko było wyczyszczone. Nikt nic nie widział, a przecież były drzwi, wszystko było. Okazało się, że swój swojego okradł, ale potem się uspokoiło. Ciągle były jakieś zatargi na klatkach, ciągle stali, ale to się z czasem człowiek przyzwyczaja do tego. Do wszystkiego się można przyzwyczaić. Były już różne imprezy na podwórku, ale mi się wydaje, że można do tego przywyknąć. Nieprzyjemne te imprezy, czasami nie dało się przejść, jak nie zostało się zaczepionym. Jak się z nimi nie jest, nie pije, nie pali, to jest się już innym. To niszczeje wszystko. Może jakby ktoś o to zadbał. Jeszcze dwa lata temu potrafiłam z sąsiadką z góry porozmawiać i nawet usiąść tutaj i napić się kawy. Jak nie chciało mi się siedzieć w domu, to można było wyjść rano, bo popołudniu się po prostu nie dało, ale rano tak. Jeżeliby ktoś zadbał, to naprawdę może być tu pięknie. Tu jest centrum, jest naprawdę rewelacja. Porozmawiać z tymi osobami, żeby coś zrobić, żeby urząd chciał komórki i koło tego śmietnika murek wyremontować. Dla dzieci można by było coś stworzyć, jakieś huśtawki, bo dzieciaki są małe tutaj. Koleżanka ma dwoje małych dzieci. Mój Jakub niestety już z tego nie skorzysta. Tamta pani na górze, w pierwszej kamienicy, ma małe dziewczynki, więc też korzystałyby. Jacuś, tu też przychodzi ta Elwira ze swoimi dziewczynkami. Jest dla kogo robić, żeby coś było, ale tu nigdy nie mogło być, bo było demolowane.” - Agnieszka P.

„Na podwórku były komórki od Żmigrodu, tam, co reparacja jest, była też kiedyś karuzela, trzepak jest. Bawiliśmy się całą gromadą, Rejaki, Dziurki, Gośka, Dudjejowa. No i się bawiliśmy w chowanego, w ganianego, podchody. Róże były tam koło krawca, tylko stół był inny. Była też piaskownica. Przy stole rodzice siedzieli, kawę pili, tam gadały, pilnowały nas. Ojcowie nasi robili ten stół, żeby nas pilnować. Tu zawsze było tak: pranie się wieszało, siedziało się. Teraz jest w sumie jak wcześniej. Wszyscy sobie mówili na ciociu, wujku. Teraz tu nie mieszkam, teraz przychodzę tu, bo lubię. Niestety muszę gdzie indziej mieszkać.” - Elwira B.



"Żyję teraz w nadzwyczajnie kolorowym mieście, od wieków nazywanym miastem światła i w związku z tym podwórko jest ciągle dla mnie bardzo szare, ale ponieważ ja miałem tutaj kolorowe dzieciństwo, to ja patrzę na to inaczej. Pamiętam, że pod nami mieszkała rodzina państwa Bartników, którzy mieli nadzwyczajny stosunek do przyrody. I oni któregoś dnia wpadli na pomysł, i zasadzili te drzewa, które są dzisiaj na podwórku. Pośrodku jeszcze była wierzba, niestety, biedna jakoś nie przeżyła. Jak przychodzę na dziedziniec i patrzę na te drzewa, to sobie przypominam moje dzieciństwo. Mogłem mieć sześć, siedem lat, kiedy te drzewa były zasadzone. One były malutkie, a dzisiaj już nie są takie małe  i to pokazuje, jak czas mija. Wielkim zawsze wrażeniem dla mnie było wyjście z kamienicy, dlatego że miałem nadzwyczajny widok na katedrę i na Bramę Trynitarską. To było dla mnie zawsze miejsce bardzo uprzywilejowane, bo taki widok mogła mieć tylko nasza kamienica i kamienica sąsiednia. Po prostu coś nadzwyczajnego, kontakt z nadzwyczajną architekturą. Dzisiaj to robi jeszcze bardziej interesujące wrażenie, dlatego że wieczorami katedra i Brama Trynitarska są podświetlone.
Dużą serdecznością darzyłem i darzę Małgosię Jusiak-Marciniak, bo jest to osoba niezwykłej wrażliwości, inteligiencji i dobroci. Jesteśmy w tym samym wieku i mamy wiele wspólnych wspomnień z dzieciństwa. Tu bawiliśmy się w piaskownicy, graliśmy w klasy.
W któreś moje urodziny rodzice kupili mi projektor ,,Bajkę", taki do wyświetlania filmów dla dzieci. Mój ojciec na prześcieradle i na desce do prasowania stworzył rodzaj ekranu. Przychodziły dzieci i oglądaliśmy przeróżne fimy - ,,Zorro", ,,Czerwony Kapturek". Wszystko to, co dzieci w dzieciństwie powinny znać, żeby potem przekazywać swoim dzieciom różnego rodzaju historie. Moja mama wtedy robiła jakieś ciasteczka  i było to bardzo sympatyczne.
W miarę jak dorastałem, obserwowałem niezwykłe różnice kulturowe, jakie zaszły w naszej kamienicy. To piękny obiekt historyczny, który podupadł przez dzieje wojen i skomplikowane sytuacje Rzeczpospolitej. Można było tu zobaczyć wszystkie klasy społeczne. I to było bardzo interesujące, i niezwykle kontrastowe. Kamienicę zamieszkiwali arystokraci, burżuazja, Żydzi.    Po drugiej wojnie światowej otworzono  w oficynie sąd powiatowy i w tym też okresie pojawiła się grupa bardzo interesujących ludzi, którzy paktycznie znaleźli się tu przypadkowo. Był na przykład sędzia Brache, który chodził zawsze z laseczką  i bardzo długo rozmawiał ze mną i z moją mamą. Pamiętam też państwa Niteckich, z którymi byliśmy bardzo, bardzo blisko. Jak zmarł mój ojciec, pani Nitecka, żeby w jakiś sposób pomóc w cierpieniu mojej mamie,  pożyczyła jej na pogrzeb wspaniały czarny kapelusz z woalką, żeby moja mama zachowała rodzaj takiej intymności i była w swoim cierpieniu ukryta, żeby nie było widać jej twarzy. Bardzo ciepło wspominam też państwa Banaszkiewiczów, którzy byli bardzo miłymi ludźmi. Spotykaliśmy się często na Placu Litewskim i rozmawialiśmy o różnych niezwykłych rzeczach. Państwo Niteccy i państwo Benaszkiewiczowie to były rodziny kresowe.
Mam ciągle kontakt z rodziną Chmielewskich, z którą moja matka była bardzo zaprzyjaźniona. Państwo mecenastwo Chmielewscy mają bardzo piękną kamienicę na Krakowskim Przedmieściu, co im niesamowicie skompikowało życie, bo nigdy nie myśleli, że to odzyskają. Krzysztof Chmielewski jest adwokatem, ale nie wykonuje zawodu, bo zajmuje się cukiernią. Małgorzata Chmielewska skończyła studia medyczne, ale też zajmuje się cukiernią. Mają czwórkę wspaniałych synów. W drugi dzień świąt jestem do nich zaproszony.
Mam ciągle bardzo miłe spotkania z krawcem, panem Jaremkiem. Zawsze się witamy i rozmawiamy. Moja matka była bardzo elegancką kobietą. Ojciec dbał o to, żeby była elegancka   i w związku z tym co jakiś czas były jakieś zakupy garderoby mojej matki. A wszelkie poprawki były robione przez krawca. Ja sam nawet byłem u niego w ubiegłym roku, kiedy miałem niewielki wypadek i porwał mi się płaszcz. Trzeba powiedzieć, że jest nadzwyczajnym krawcem, bo niezwykle precyzyjnie i i wspaniale wykonuje to, o co się go poprosi.
Z ogromną radością wracam do tego miejsca, bo jak się żyje za granicą, wśród wielu cudzoziemców, człowiek traci koncepcję swoich korzeni tożsamości. Mnie się bardzo dużo rzeczy udało dlatego, że ja wiem, kim jestem, skąd pochodzę i jakie są moje korzenie. A dlaczego tak jest? Dlatego, że zadbali o to moi rodzice, czyli mój dom. Uważam, że przy całej skomplikowanej sytuacji lat, w których się urodziłem, miałem ogromne szczęście mieć moich rodziców, którzy naprawdę jak na tamte czasy, które były trudne, wszystko stworzyli, żebym stanął na własnych nogach. I zawsze to podkreślam, że zarówno  moja matka, jak i mój ojciec,  nigdy niczego mi nie odmawiali.
Po śmierci moich rodziców wszystkie najważniejsze pamiątki wywiozłem do Paryża. Z przedmiotów to niewiele zostało, jest natomiast bardzo dużo zdjęć. Posiadam ogromną kolekcję zdjęć ze wszystkich moich wydarzeń, które zorganizowałem, a jest ich bardzo dużo. I ciągle organizuję. Poza tym są zdjęcia ze szkoły podstawowej, ze szkoły średniej. Natomiast moi rodzice robili zdjęcia z każdych wakacji, które do szesnastego roku życia spędzałem nad jeziorem Białym. Zakład pracy mojego ojca miał tam ośrodek wczasowy i fantastycznie to wspominam. To były zawsze kapitalne wakacje. Ośrodek był świetnie wyposażony w sprzęt żeglarski, kajaki, rowery wodne, małe jachty. Tam nauczyłem się pływać.
Jak przyjeżdżam do Lublina, to śpię ciągle w moim pokoju, na łóżku, które ma tyle lat, co  ja. To bardzo stary tapczan, który był wielokrotnie reperowany, ale ma sie dobrze. Ciągle wracam do tego mieszkania, a to znaczy, że było mi tam dobrze. Bo gdyby byłoby mi tam źle, to wymazałbym to miejsce z pamięci." - Leszek Kańczugowski
   


Klomb i drzewa

Drzewa zostały posadzone na klombie w latach 60. Przez pewien czas mieszkańcy organizowali tu również mały ogród warzywny.

„Odkąd pamiętam na tym klombie rosły pomidory i ogórki, grządki były, jak my przyszliśmy tutaj mieszkać, to ogródek już był. Po remoncie to zniknęło. Już jak pamiętam tę wierzbę, to ogródka nie było. Teraz na klombie Dom Słów zorganizował ogródek, a my, mieszkańcy, pomagaliśmy przy tym, ale kiedyś to inaczej wyglądało. Jak byłam mała, to drzewa były niskie, sięgały do tych rozgałęzień. Była kostka, nigdy nie było klepiska, na klombie była trawa, a na samym środku rosła wierzba rosochata, ona chyba uschła. Pod wierzbą stała ławka, na której co wieczór przysiadały starsze panie. Było wtedy bardzo mało dzieci w porównaniu do czasu, gdy moje dzieci były małe.”  - Małgorzata M.

„Drzewa to rosną niedługo, one były posadzone jak moje dzieci były małe i chodziły do szkoły. Jedno drzewo, tu zaraz po lewej stronie od trzepaka, to sadziła moja córka Ania. Każde dziecko inne drzewo sadziło i każde drzewo to czyjeś dziecko. Któreś drzewo było Jurka, syna prezesa sądu. Przyszli tak sadzić i zaproponowali dzieciom, żeby też sadziły. Zawsze jak rosły, to drzewo mojej córki było najładniejsze i ona się cieszyła, była dumna, że jej jest najładniejsze.” - Irena P.

„Było bardzo ładnie na podwórku, pamiętam klomby z kwiatami, pamiętam ogródek. Było bardzo dużo dzieci, były huśtawki, była karuzela. Było wesoło.”  - Grażyna R.

„W latach 50. na podwórku nie było drzew. Na klombie, na tym na środku podwórka, była trawa, a tych drzew nie było tam, albo małe były, bo ja nie kojarzę dużych drzew. Nie wiem kiedy posadzili drzewa, ale pamiętam trawę na klombie, bo moi bracia cioteczni trzymali króliki.” - Małgorzata W.

„Zawsze były drzewa, po których się zresztą wspinało. Jeszcze wcześniej to więcej trawy było na tym placu.” - Małgorzata P.

 
Ogród
Ten mały ogród roślinny powstał w kwietniu 2014. W jego stworzenie zaangażowani byli mieszkańcy. Swego rodzaju rewitalizacja całego podwórka odbyła się dzięki wspólnej pracy mieszkańców i wolontariuszy. Odmalowane i zreperowane zostały komórki, balustrady, postawione ławki, stół, kosz, stojak na rowery. Działanie to miało na celu zintegrować mieszkańców i zaprosić ich do wspólnego tworzenia przestrzeni kulturalnej.

 

 

 




Ogród z różami

W tym miejscu do około 2000 roku istniał ogród. Rosły w nim kwiaty, warzywa i drzewo.

„Jak jeszcze mieszkała tutaj pani Ola, dozorczyni, to wzdłuż tej kamienicy była ziemia i były róże, przepiękne, czerwone róże. Ten krzak był po prostu ogromny, były też inne kwiaty. Teraz jest chodnik.” - Małgorzata Puzio

„Tam, gdzie jest okno u krawca, tam był ogródek i były piękne róże – biała róża, która na pół budynku rosła. Ktoś kiedyś posiał tam ogórki. Zrywały sobie sąsiadki co niektóre. Rosło też drzewo.” - Grażyna Rejak

„Na tym murku był piękny ogród, odkąd pamiętam. Pielęgnowała go pierwsza pani dozorczyni. Były piękne kwiaty. Tutaj, gdzie doniczka stoi, w której mamy ziółka, to było okno pani dozorczyni, teraz jest zamurowane.” - Małgorzata Marciniak
,,Tutaj, gdzie jest zakład krawiecki, były róże. Z tego, co mi się przypomina, to były to róże czerwone. “ - Katarzyna Ryczek

 

Stół
Pierwszy stół na podwórku zorganizowali sami mieszkańcy w latach 80. Były okresy, w których stół był niszczony i potem znów ustawiany. Obecny powstał w ramach akcji „Podwórko” Domu Słów.

„Stół powstał jakieś 25 lat temu. Nie mam za bardzo miłych wspomnień z tym stołem, spotykało się przy nim dużo ludzi. Zawsze było wesoło.” - Małgorzata M.

„Było wesoło, schodziły się sąsiadki, z kawą, herbatą, jakimś ciastem, można było porozmawiać, nie nudziło się. Taka integracja. Początkowo nie było stolika, ale później nasi mężowie zbili stół, były ławki także. Stolik był troszeczkę dalej niż teraz, między tymi drzewami.” - Grażyna R.

“Nasi rodzice siedzieli tam, wychodziły mamy z kawami z dzieciakami no i siedziały, no i jeszcze, jeszcze mówię jak żyła taka jedna sąsiadka, to mówię ona wychodziła, Pani Grażynka z dzieciakami później już z wnukami, no później no jak wiadomo jak ludzi zabraknie to tak się to podwórko jakby wykruszało.“ - Katarzyna R.


Kino

„W tym miejscu około 45 lat temu mieszkańcy spotykali się, siadali na schodach i oglądali bajki z rzutnika. Miałam wtedy pięć lat. Nie w każdym domu był telewizor, a Leszek miał projektor do wyświetlania bajek. Spotykaliśmy się czasami nawet i codziennie, kiedy tylko kolega Leszek, który bajki puszczał, miał czas. On mieszka tu na górze, nad schodami, to jest wejście do jego domu. My siadaliśmy na schodach i czekaliśmy na bajki. Każdy chciał zająć najlepsze miejsca – na samej górze. Było to dla nas ogromne wydarzenie. On siadał z nami i pięknie czytał teksty pod obrazkami. To były bajki, których już nie pamiętam, bajki rysowane specjalnie na rzutnik, o lasach, krasnoludkach, sierotach, Babach Jagach, zwierzętach. Zwykle było nas koło piętnaście osób, wszystkie dzieci z podwórka. Dzisiaj w tym miejscu zostałam tylko ja i wspomniany Leszek." - Małgorzata Marciniak

 

Plac Zabaw
Podwórko to miejsce zabaw dzieci mieszkańców kamienicy i oficyny. W latach 80. administracja ustawiła na nim karuzelę i dwie huśtawki. Trzepak był tu dużo wcześniej, piaskownica została ustawiona wspólnie przez mieszkańców i Stowarzyszenie Wspierania Inicjatyw Społecznych „Asocjacje”.

„Trzepak był w tym samym miejscu, co jest, ale jak byłam mała, to go nie było. Wydaje mi się, że przy tym głównym remoncie go postawili, jakieś czterdzieści lat temu. Ten pierwszy to był brzydki trzepak, on był wymieniany. Jak mój syn był mały, około dwadzieścia lat temu, administracja zrobiła tutaj dla dzieci karuzelę, która była mniej więcej obok obecnej karuzeli Domu Słów. Tam, gdzie teraz jest karuzela była huśtawka. Piaskownica nie była obmurowana. Później Darek z biura asocjacji zmobilizował nas wszystkich, ja osobiście, woziłam cegły taczką, żeby moje dziecko miało piaskownicę.” - Małgorzata M.

„Jak się sprowadziłam to z administracji była karuzela i dwie huśtawki. A piaskownicę to zrobiło może biuro asocjacji. Dzieci się tu bawiły w chowanego, w podchody, piłkę kopali, a to w babingtona grali, to rysowali jakieś statki, w karty grali, w gumę dziewczynki grały. W wakacje to cały dzień było tu głośno, od godziny dziewiątej do dwudziestej pierwszej to było dzieciaków mnóstwo. Z piętnaścioro dzieci na pewno było.” - Grażyna R.

„Bawiłam się na tym podwórku, jak przychodziłam do babci. W klasy graliśmy, w piłkę, w zbijaka, w chowanego. Podchody też się robiło, strzałkami robiło się znaki. Takie były zabawy.” - Małgorzata W.

„Piaskownicę to ja pamiętam, jak ona już była, ale skąd to nie wiem dokładnie. Chyba postawiona była przez urząd, to nie była piaskownica przez chłopaków robiona. Chłopaki ją może poprawiali, ale nie wiem.” - Agnieszka P.

“No bawiliśmy się w podchody, w chowanego, graliśmy w gumy, ale że nas było tylko dwie dziewczyny no to my tylko, bo reszta to była starsza. Wieczorami to siadaliśmy tutaj, była ławeczka taka przy drzewie, był stolik, ławeczka no. A mojej koleżanki siostra siadała razem z mami i opowiadała nam historie o duchach. Kacha opowiadała historie o duchach. Było wesoło. Spotykaliśmy się tutaj. No byłam Ja, Gośka ta Puzio obecnie, no i chłopaki Pani Grażyny.” - Katarzyna R.

 

Gołębnik
Hodowanie gołębi to hobby kilku mieszkańców kamienicy i oficyny. Obecnie ptaki trzymane są na strychu i w tej komórce.

„Odkąd pamiętam, zawsze były i są te gołębie. Kiedyś Jurek trzymał, jeszcze gdzieś na strychu trzymają, pan Miecio je dokarmia. Tam na strychu to jest wylęgarnia gołębi, jakby otworzyć strych, to jest ich pełno.” - Grażyna R.

„Teraz jest dużo gołębi tutaj. Ten z góry trzyma w komórce. Inni dokarmiają, ale to nie sztuka dać chleba tym gołębiom, chleb pęcznieje, one się robią ciężkie i po przejeżdżanych na ulicy ile było tych gołębi? Bo to ruszyć się nie może.” - Małgorzata W.

 

Królikarnia
W tym miejscu istniała królikarnia. Królików było około pięciu sztuk. Założył ją Pan Jerzy.

„Miałem takie duże króliki po dziesięć kilogramów ważyły. Trzymałem je na górze w przedostatniej komórce przed wnęką boczną. Wracając z pracy rwałem zawsze mlecz, w zimie trochę trzymałem, a na święta pozabijałem. Duże króle miałem, siwe, uszy długie miały.” - Jerzy P.

„Były króliki, myśmy w komórce trzymali dwa czy trzy. Sąsiadka, która miała ostatnie okno oficyny, to kury nawet miała, przywiązane za sznurek do nogi, tu się pasły. Króliki, kury tutaj były.” - Grażyna R.

“No mój tata hodował w komórce króliki. Tak. No chyba tak. Tak przed tym, tą wnęką, ostatnia komórka. To tam. No to było.... No znaczy dokładnie ja nie pamiętam ile i jak długo mieliśmy, no pamiętam, że chodziłam czasami zrywałam ten mlecz, że chyba to się mlecz nazywa... Mlecz zrywałam, dla tych królików, tam, no ten, tam na trasę.“ - Katarzyna R.

„Moi bracia cioteczni trzymali króliki. Kiedyś w modzie były króliki, w komórkach ludzie trzymali.” - Małgorzata W.

 

Mur i komórki
W tym miejscu do końca lat 90. istniały drewniane komórki mieszkańców kamienicy i oficyny. Za murem znajdował się zakład naprawy samochodów Trabanta i Wartburga. Obecnie istniejące komórki powstały w latach 70.

„Tam gdzie jest mur były dwie toalety. Jedna była dla mieszkańców z pierwszej kamienicy, którzy nie mieli toalety. Oni mieli klucz do tej ubikacji. Natomiast druga była wolną ubikacją dla ludzi, którzy po prostu chodzili po Lublinie, przyjeżdżali ze wsi na przykład, żeby mogli gdzieś skorzystać. Mało było publicznych toalet. Jest zamurowana ta druga. Teraz są dwie tam w środku, a z jednej zrobiona jest komórka. Dużo ludzi na swój koszt porobiło sobie toalety w domach. Innym porobiła administracja. Jeszcze korzystają z tamtej mieszkańcy, ale niewielu. Jedna mieszkanka i zakłady pracy, które tu są. Pan krawiec ma klucz do tej ubikacji.” - Małgorzata M.

„Były komórki, gdzie teraz śmietnik, taki ładnie zamurowany ten śmietnik był, nie było widać tego śmietnika, ale to wszystko się po prostu rozwaliło ze starości. I wtedy te komórki rozebrali, bo tutaj to były drewniane komórki. Korzystam z dwóch komórek, bo węgiel mam, drzewo, nie wszyscy mamy piece elektryczne... Były, tu jeszcze jedna sąsiadka ma toaletę, bo nie ma ubikacji w domu, nie wiem, czego nie chce zrobić, chociaż ma dwa pokoje wielkie, przedpokój, a to taka starsza już osoba, wiec korzysta z tej toalety publicznej, no i krawiec. Już jak ja się sprowadziłam, to tylko oni korzystali, a nie bo jeszcze tutaj, ci co mieszkali na dole, to nie mieli ubikacji, więc korzystało trochę ludzi z tej toalety publicznej. ”- Grażyna R.

„Komórkę to miałam tutaj na górze ostatnio. Mój brat najstarszy trzymał tam gołębie, tam jest wlot. Korzystając z możliwości, że ktoś się wyprowadził, to zmieniliśmy komórkę, bo trudno było węgiel wciągać. Musiała być taka maszyna na korbkę i któryś z braci wiadro na dole zaczepiał na haczyk i tym kółkiem był wciągany węgiel. Teraz mamy komórkę na dole. Mam tu też drugą komórkę, po policjancie, który kiedyś tu mieszkał, tam gdzie jest teraz Dom Słów. Trzy czwarte tego muru kiedyś zajmowały komórki. Ludzie trzymali tu wszystko, syn sąsiadki z dołu trzymał motorower i mój brat też zrobił sobie komórkę na motorower. Takie rzeczy można było kiedyś w komórkach trzymać. Mój brat miał tutaj pierwszy motorower, który sobie sam złożył. Robił nim wycieczki do Zamościa, do swoich teściów i tam, gdzie mu było potrzeba.” - Małgorzata M.

"Komórki są obskurne takie, kiedyś były drewniane komórki jeszcze. Ja mam komórkę, ale w niej nie byłam ze dwadzieścia lat. Nie mam po co, bo piece rozebrałam, więc węgla tam już nie muszę trzymać, pusta jest, puściutka." - Małgorzata W.

"W komórkach ludzie trzymają opał. Ta pierwsza kamienica jest na węgiel, więc trzymają go w komórkach. Potrzebne są, żeby coś przechować, w mieszkaniu nie ma miejsca. Niektórzy mają po 2-3 komórki. Pod każde mieszkanie podlega jakaś komórka. Komórki też by się przydało wyremontować. Ja akurat nie mam komórki, chociaż powinniśmy ją mieć, ale nad tym nie ubolewam. Przerażający jest też ten murek, on nie był taki dawniej. Jak była stacja kontroli pojazdów, to nie wyglądało tak tragicznie. Potem zaczęło się walić, jak oni się wyprowadzili, tam się paliło czy jakieś porachunki były między nimi, nie wiem, coś tam było." - Agnieszka P.