"Inny" Dom

Prezentujemy zdjęcia i wypowiedzi cudzoziemców przebywających w Ośrodku dla Cudzoziemców w Bezwoli i mieszkających w Lublinie. W ramach działania "Inny" Dom powstała publikacja oraz wystawa, będąca efektem spotkań i rozmów, podczas których obcokrajowcy opowiedzieli nam o sobie, o tym, dlaczego opuścili swój dom, o tym, czym on dla nich jest i o jakim domu marzą.

Realizacja projektu: Monika Czapka i Oksana Tsymbaliuk.
Tłumaczenie z języka rosyjskiego: Małgorzata Lipska.
Zdjęcia: Oksana Tsymbaliuk.

 

Bezwola

Wieś w Polsce, położona w województwie lubelskim, przy głównej trasie kolejowej z Łukowa do Lublina. W Bezwoli działa Ośrodek dla Cudzoziemców. Ośrodek mieści się w blokach znajdujących się w lesie, na byłym terenie jednostki wojskowej. Pod koniec 2015 roku w ośrodku mieszkało 55 rodzin, głównie ze Wschodu.


LUIZA

Pochodzi z Czeczenii, z miasta Grozny, ale wraz z mężem mieszkała we wsi Zony. Pracowała jako wychowawczyni w przedszkolu. Ma dwójkę dzieci: córkę i syna.

W dzieciństwie miałam kochającą się rodzinę, wszyscy znajomi, sąsiedzi wiedzieli o tym i zazdrościli nam. Naprawdę byliśmy bardzo ze sobą związani. Moja mama zmarła, kiedy miałam 9 lat. Ojciec się ożenił, a jego żona, nasza macocha, można powiedzieć, że była święta. Bardzo ją kochaliśmy. Teraz mija półtora roku, jak zmarł nasz ojciec. Zmarł w święto, w dzień ramadanu.
Po ślubie przeprowadziłam się do męża, to taka tradycja. Dziewczyna nie mieszka już z rodzicami, odwiedza ich jako gość. Mąż żył we wsi Zony. Tam mieszkał, miał dom, sklep i wszystko, ale rzuciliśmy to i przyjechaliśmy tu, bo tak trzeba było. Mieliśmy problem. W naszych górach są terroryści, przychodzą do wsi, do miast. Jak jest sklep nocą otwarty to przychodzą tam i kupują sobie żywność. No i przyszli do nas, myśleli, że mój mąż będzie im pomagał... Trzeba było uciekać. Mieliśmy wszystko, a trzeba było wyjechać.

Wolność jest wtedy, kiedy wszystko jest dobrze i niczego nie brakuje.

Chcemy zostać w Polsce. Nie możemy wrócić do domu, więc po co próbować? Dalej nie chcemy jechać. Mnie się tu podoba.

 

ROZA

Pochodzi z Armenii, urodziła się w Erywanie, ale w wieku 4 lat jej rodzina przeprowadziła się do Gruzji. W ciągu swojego życia mieszkała w Armenii, Gruzji, Rosji i na Ukrainie. Ma dwójkę dzieci: córkę i syna, który założył rodzinę na Ukrainie. W domu mówią po ormiańsku. Mieszkając w Gruzji zajmowała się domem, na Ukrainie pracowała na targu sprzedając ubrania z second handu. W Ośrodku dla Cudzoziemców w Bezwoli rozwinęła swój własny „biznes”, na zamówienie piecze ciasta i pizzę.

Nie pamiętam, dlaczego wyjechaliśmy z Armenii, byłam wtedy malutka, ale moi dziadkowie byli w Gruzji, tam żyli. Dorastałam w Gruzji. Do szkoły chodziłam w Gruzji. Do Armenii tylko w gości przyjeżdżaliśmy i wyjeżdżaliśmy.
Moja mama bardzo dobrze gotowała, bardzo smaczne potrawy przyrządzała, nasze chinkali, chaczapuri. Wracaliśmy głodni ze szkoły, zachodzimy pod dom, a tam już było czuć zapach.

Z mężem sprzedaliśmy dom w Gruzji i kupiliśmy na Ukrainie. Tam, w Gruzji, nie dało się żyć, pracy nie było, nic nie było, ciężko się żyło. Wcześniej wszyscy pracowaliśmy, żyło się dobrze, a potem, po rewolucji, się skończyło. W Tbilisi mieszkaliśmy w bloku na czwartym piętrze, a na Ukrainie kupiliśmy dom jednorodzinny, ale już nie chcemy tam wracać. Jakby to powiedzieć... tam było niebezpiecznie. Blisko nas częściowo toczyła się wojna. Tam strzelają, było słychać wszystkie te odgłosy.

Marzenia o domu są, oczywiście. Jak idę po mieście, po Radzyniu, to tam są takie piękne domy, jak w bajce! Mój mąż mówi: „O, chciałoby się mieć taki dom”. Są naprawdę piękne.

Chcemy zostać. Nie chcemy już tam wracać. Chcemy żyć tutaj.

 

STELLA

Pochodzi z ormiańskiej rodziny (jest córką Rozy). Ma 20 lat. Urodziła się w Wołgogradzie, w Rosji, gdzie przez kilka lat mieszkali jej rodzice. Potem wraz z nimi przeprowadziła się na Ukrainę. Od kilku miesięcy przebywa w Polsce. Ma męża Ormianina, którego poznała przez rosyjski portal społecznościowy. Z zawodu jest fryzjerką.

Urodziłam się w Rosji. Mieszkaliśmy tam przez 3 lata, ale nie pamiętam nic z tego okresu, bo byłam za malutka.

Od półtora roku jestem mężatką. Mój mąż jest z Armenii, poznałam go przez „Odnoklassniki”. Przyjechał z Armenii na Ukrainę, kiedy była wojna. Powiedział: „Ja się nie boję, kocham. Byłem w wojsku, wojnę widziałem, nie boję się, przyjadę”. Mój mąż jest starszy ode mnie, ma 32 lata.

Skończyłam technikum fryzjerskie na Ukrainie. Na Ukrainie uczyłam się 3 lata. Mam dyplom. Chciałabym pracować w Polsce jako fryzjerka.

W ośrodku jest tak, że trzy rodziny mieszkają w trzech pokojach i jest dla nich wspólna łazienka i kuchnia. Pokój oddzielny, wszystko pozostałe wspólne.

Wolność jest wszystkim!

Jeszcze nie wiem, jaki jest mój wymarzony dom.

Moim marzeniem jest zostać tutaj. Mąż też chce zostać.

 

Lublin

Miasto we wschodniej Polsce, stolica województwa lubelskiego, największe miasto w Polsce na wschód od Wisły. W Lublinie, w styczniu 2015 roku, zameldowanych było 3 625 cudzoziemek i cudzoziemców. Kształci się tu ponad 5,5 tys. studentów zagranicznych.

 

ABYOMI

Pochodzi z Nigerii. Ma 47 lat. Jest nauczycielem języka angielskiego w prywatnym liceum i gimnazjum. Jako wolontariusz od czasu do czasu działa przy Teatrze Starym w Lublinie.

Do Polski przyjechałem z Londynu w lipcu 1990 roku. Lublin ma dla mnie duże znaczenie, ponieważ to tutaj studiowałem, tutaj poznałem wielu przyjaciół, a następnie znalazłem pracę w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

W Lublinie ludzie są przyjaźni i otwarci, co sprawia, że lubię to miasto.

Wolność jest ważna, bo nikt nie może ograniczać mojego chodzenia, mogę podróżować od końca świata i z powrotem.

Dom jest tam, gdzie człowiek mieszka i ma możliwość powrotu. Ma cały czas nadzieję, że tam zawsze jest święty spokój.

 

LUIS ALBERTO

Pochodzi z Chile. Ma 42 lata. W Lublinie mieszka prawie od 10 lat. Zajmuje się nauczaniem języków obcych. Ma swoją działalność gospodarczą, uczy języka hiszpańskiego w prywatnym gimnazjum, poza tym zajmuje się pilotażem wycieczek zagranicznych.

Przyjechałem do Lublina, bo ożeniłem się z dziewczyną, która pochodzi spod Lublina, przedtem mieszkałem 3 lata w Warszawie. Pracowałem dla instytucji międzynarodowej i tak wylądowałem tu, w Polsce.

Lubię Lublin, ponieważ nie jest ani za dużym, ani za małym miastem. Wszędzie można się dostać bardzo szybko, jest bezpieczny, dużo tu zielonych stref, po których można spacerować i cieszyć się świeżym powietrzem. Lubię Lublin też dlatego, że mieszka w nim wielu młodych ludzi i to czyni miasto żywszym. Podoba mi się to, że w Lublinie jest coraz więcej obcokrajowców, ponieważ to sprawia, że ludzie są bardziej otwarci na świat, na inne kultury i są bardziej tolerancyjni.

Ludzie tutaj są bardzo gościnni. Gościnni, ale mało przyjacielscy. Może to wynika z jakiegoś faktu historycznego, jaki jeszcze nie minął w tych wszystkich pokoleniach. Młode pokolenie jest bardziej otwarte na poznawanie innych ludzi, innych kultur i języków. Czasami zastanawiam się, dlaczego na przystankach tak często widzę bardzo dużo smutnych twarzy…

W Lublinie żyje się po polsku. Nie ma, na przykład, muzeów czy wystaw przedstawiających historię, czy życie innych kontynentów, czy nawet innych krajów Europy. Nie ma wiadomości w językach obcych (oprócz ukraińskiego w jednym radiu), w niewielu restauracjach kelnerzy mówią po angielsku. Nie ma taksówkarza, który by z pasażerem rozmawiał po angielsku, hiszpańsku czy włosku. Policja czy straż miejska spotykają się służbowo z obcokrajowcem i nawet nie wiedzą, jak mu sprawdzić dokumenty. Urzędnicy w biurach ds. zagranicznych nie posługują się nawet językiem angielskim. Ogólnie nie ma takiego otwartego podejścia (ani oficjalnego, ani spontanicznego), żeby wychodzić z pomocą obcokrajowcom.

Co prawda, coraz więcej obcokrajowców przybywa do Lublina, ale większość z nich to grupa studentów, którzy nie zamieszkają tu na stałe.

Dla mnie wolność to możliwość wypowiadania się, robienia tego, co lubię, szanując wolność drugiego człowieka. Moja wolność, moja możliwość robienia tego, co lubię, kończą się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.

Dom dla mnie jest miejscem ciepła, chodzi mi tu o ludzi. Jak wracam do domu, to nie znaczy, że wracam do jakiegoś budynku, gdzie są drzwi i okna, to znaczy, że wracam do miejsca, gdzie jest moja rodzina. Jeżeli w Lublinie czuję się jak w domu, czuję tak, bo czuję właśnie to ciepło od ludzi, od mieszkańców, od przyjaciół i znajomych.

 

WIKTORIA

Jest Ukrainką. Ma 27 lat. Urodziła się i dorastała w Łucku, a w Lublinie mieszka od 11 lat. Pracuje w Urzędzie Miasta Lublin, gdzie koordynuje projekt Study in Lublin, który dba o to, żeby studenci z zagranicy dowiedzieli się o akademickim życiu Lublina, żeby wybrali nasze miasto na studia, a po przyjeździe czuli się tu bezpiecznie i chcieli tutaj zostać lub wracać do Lublina.

Właściwie to wybrałam Lublin ze względu na bliskość mojego miasta rodzinnego – Łucka. W ogóle Lublin jest bliżej niż myślisz – to hasło mi się bardzo podoba – jest bardzo blisko, bo w każdej chwili można pojechać na weekend do domu, a jednocześnie jest bardzo blisko do zachodniej Europy. Wsiadasz w busa, pociąg, samolot i lecisz, gdzie chcesz, odpoczywasz i wracasz do Lublina. Więc Lublin mi bardzo przypomina moje rodzinne miasto. Myślę, że też dlatego świadomie go wybrałam na studia i do życia.

Skończyłam dziennikarstwo i politologię na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej, a później skończyłam jeszcze studia podyplomowe na Politechnice Lubelskiej z zarządzania. Po studiach Lublin był jeszcze bardziej świadomym wyborem i coraz bardziej się w nim zakochuję. Jest dla mnie złotym środkiem, bo to ani małe, ani duże miasto. Uważam, że w takich miastach ludzie mogą najlepiej realizować siebie.

Wolność to możliwość mówienia tego, co myślę na głos i niewstydzenia się tego.

Dom to tam, gdzie jest twój pies, ale mój pies jest w Łucku. Myślę, że jestem szczęśliwym człowiekiem, bo mam dwa domy – jeden dom w Łucku i jeden dom w Lublinie. Zostało mi do Lublina tylko psa sprowadzić. Ale wydaje mi się, że dom to jest to miejsce, gdzie chce się wracać po pracy.

 

LINO

Jest Portugalczykiem. Ma 43 lata. Pracuje jako wykładowca języka portugalskiego i kultury portugalskiej na UMCS.

16 lat tu mieszkam, mam tutaj rodzinę, żonę, córkę. Raczej to Lublin mnie wybrał niż ja Lublin. Przyjechałem tutaj, bo uczelnia mnie zaprosiła, żebym tutaj pracował. Dobrze mi się tu żyje. Mieszkam bardzo blisko miejsca pracy, mam bardzo dobre i spokojne życie tutaj.

Wolność to nie jest robienie wszystkiego, co chcę, wolność to szanowanie innych i też bycie szanowanym przez innych. Szanować różnice i być szanowanym, to o to chodzi.

Lublin traktuję jako swój drugi dom. Wystarczy krótki spacer po mieście, by usłyszeć wiele różnorodnych języków. Już lublinianie nie patrzą na nas jak na obcych, ale jak na kolejną osobę, która tu mieszka.

Portugalski poeta mówi że: „mój język to moja ojczyzna”, więc tam, gdzie się mówi po portugalsku, tam jest mój dom. W tej chwili tu też jest mój dom, chociaż mój dom zawsze będzie w Portugalii, no sorry Lublin, ale taka jest prawda.

 

MARINA

Urodziła się w Gruzji. Ma 58 lat. Jest filologiem, doktorantką, dziennikarką, terapeutką manualną i współzałożycielką Związku Oświatowo-Kulturowego Polaków w Gruzji.

Mówię o sobie, że jestem słowiańską kroplą w gruzińskim winie. Przyjechałam do Lublina pracować nad doktoratem i teraz jestem taką, w nawiasie mówiąc, najmłodszą doktorantką UMCS w Lublinie.

Jestem jedną z założycielek Polonii gruzińskiej w Tbilisi. Pracowałam nad zagadnieniem nauczania języka polskiego swoich rodaków poza granicami kraju i wszystkich chętnych miłośników Polski, przez polską kulturę i animację. Głównym moim zadaniem, ja bym nawet powiedziała misją, jest rozszerzanie tych kontaktów między Gruzją i Polską, odnowienie więzi polsko-gruzińskich.

Historia Polaków w Gruzji jest wyjątkowa i mało znana. W świecie politycznych zmian w ostatnich latach szybko zmieniają się i rozwijają stosunki pomiędzy naszymi państwami. I to mnie bardzo cieszy, bo łączy nas nie tylko historia, ale i kultura.

Po raz pierwszy przyjechałam do Lublina w 2010 r. na okres lata polonijnego CJiKP UMCS i zakochałam się w mieście od pierwszego wejrzenia. To były moje pierwsze kroki na ziemi przodków. Ten moment był bardzo wzruszający. Od razu poczułam, że jestem w domu, wśród swoich.

Lublin w moim życiu zajmuje bardzo ważne miejsce. Stał się drogą do znalezienia mojej polskiej tożsamości, moich korzeni, mojego odnowienia mentalnego i duchowego, bo przyjechałam z kraju, który leżał w ruinie ciągłych wojen i depresyjnej demokracji. Tu spotkałam szczerych i ciepłych dla mnie ludzi. Dzisiaj jestem w gronie wspaniałych, pięknych, bardzo interesujących i aktywnych przyjaciół. Czuję się małą częścią wielkiego dla mnie miasta, w którego nazwie wybrzmiewa słowo ,,lublu”, co znaczy ,,kocham”.

Lublin jest moją pierwszą miłością, bo drugą jest Kraków. To są dwa miejsca, w których czuję się naprawdę jak w domu. Chyba dlatego, że Lublin jest takim wschodnim miejscem i on jest blisko kulturowo i mentalnie do tej kultury i mentalności, którą mamy w Gruzji.

Wolność to jest wielka odpowiedzialność za to, co robisz, jak myślisz, jak żyjesz.

Dom to jest miejsce, do którego chcesz wracać, to jest miejsce, gdzie nie musisz tłumaczyć kim jesteś, dlaczego jesteś w takim nastroju i nie musisz prosić o pomoc, bo ludzie, którzy są obok ciebie, czują i rozumieją to. Możesz też sam nieść pomoc, kiedy czujesz i widzisz, że to jest potrzebne, nie musisz czekać, kiedy będą o to prosić.

 

NATALIA

Pochodzi z Białorusi. Ma 42 lata. Zajmuje się tłumaczeniem literatury białoruskiej na język polski, tłumaczy też literaturę polską na język białoruski. Od października 2012 zajmuje stanowisko adiunkta w Zakładzie Białorutenistyki Instytutu Filologii Słowiańskiej UMCS.

W 1995 roku przyjechałam na wymianę studencką, później pisałam tu doktorat, a teraz tu pracuję. Wielokulturowości tutaj przede wszystkim szukają ci, którzy nie należą do większości. Czyli ci, którzy znaleźli się w Lublinie z różnych powodów i nieważne, jak długo tu mieszkają. To oni przyjaźnią się między sobą, tworząc takie społeczności wielokulturowe. Tak zawsze jest podczas festiwalu Wielokulturowy Lublin – poznajemy się nawzajem i później przyjaźnimy. Ale też zauważyłam, że dzieci jakichś innych narodowości, jak chodzą do szkoły, to też przyjaźnią się częściej między sobą, przyciągają się nawzajem dzięki tej inności. Pod tym względem na różnych poziomach widać, że ta wielokulturowość Lublina jest. Ona była od zawsze.

Wolność to chyba jest możliwość robienia tego, co uważasz za słuszne, kiedy możesz to robić i nie mieć jakichś przeszkód.

W Lublinie, mogę to już powiedzieć, że tu jest mój dom, tu wychowały się moje dzieci. Niedawno dla siebie sformułowałam to tak, że dom jest tam, gdzie jestem ja. Przez dłuższy czas, jeszcze jako bardzo młoda osoba, mówiłam: „pojadę do domu”, kiedy miałam na myśli wyjazd do rodziców, a teraz już tak nie mówię. Teraz coraz częściej wracam do siebie i wtedy mówię, że jadę do domu, czyli mój dom przez te lata uformował się i jakby wyrósł tutaj. Nie kojarzy się już z rodzicami, tylko z tym miejscem, gdzie jestem ja i moje dzieci. Wydaje mi się, że gdziekolwiek bym się znalazła, tam od razu stworzę swój dom.

 

ADRIAN

Pochodzi z Meksyku. Ma 30 lat. Jest restauratorem i szefem kuchni.

Przyjechałem 6 lat temu. Trafiłem tu przypadkiem, ponieważ podróżowałem po całej Europie i miałem kolegę, który mieszkał w Warszawie. On jest Polakiem, ale kiedyś mieszkał w Meksyku. Pomógł mi znaleźć pracę w Lublinie, w restauracji, gdzie potrzebowali kogoś, kto mówi po hiszpańsku. Pomogli mi załatwić potrzebne dokumenty i mogłem już tutaj zostać.
Teraz zostaję, bo mam z Polką syna – Mateusza, który ma już 3,5 roku. Lubię Lublin, bo jest mały i można się po nim szybko poruszać. Moje miasto jest duże – 23 miliony, a tutaj już po pół godziny można być na drugim końcu miasta. Lublin jest spokojnym miastem, mieszkańcy są bardzo gościnni i to mi się podoba, ale mentalność trochę została z czasów komunistycznych.

Wolność to jest sposób myślenia. Człowiek ma wolną głowę i może robić, co chce i mieć, jakie chce myśli. To jest ta wolność, która znajduje się w nas.

Dom jest tam, gdzie mieszkam. Oczywiście w Meksyku, tam jest moje miasto, w którym się urodziłem, tam mieszkałem 24 lata, ale też mieszkałem w innych częściach świata: Norwegii, byłem trochę na Litwie. Dom jest tam, gdzie jestem ja.

 

ELITSA

Do Polski przyjechała z Bułgarii wraz z mężem i córką. Ma 37 lat. Jest projektantką.

Niecałe 5 lat temu przyjechaliśmy tutaj. Świadomie wybraliśmy Lublin jako nasze miejsce zamieszkania na następnych kilka lat. Jak większość gości Lublina zakochaliśmy się w Starówce. To jest piękne w Lublinie, że dzisiaj rozmawiam z Ukrainką po polsku, a wczoraj mówiłam po bułgarsku z grupą chińskich studentów.

Kiedy przyjechaliśmy do Lublina, moja, wtedy 2-letnia, córka mnie zaskoczyła pytaniem: „Mamo, gdzie jest dom?”. Było mi trudno odpowiedzieć jej od razu. Sama się zastanowiłam nad tym i odpowiedziałam, że dom jest tam, gdzie są mama i tata. Myślę, że dom to miejsce, gdzie są nasi ukochani, gdzie się czujemy dobrze i bezpiecznie.

 

ENRIQUE

Pochodzi z Argentyny. Ma 64 lata. Pracuje jako nauczyciel języka hiszpańskiego. Kiedyś pracował na KUL, teraz ma swoją szkołę językową.

W Argentynie byłem dziennikarzem. Pracowałem tam 7 lat w gazecie. Jak przyjechałem tu, to od razu po krótkim czasie zacząłem mieć pierwsze zajęcia na KUL, a później dostałem tam etat i pracowałem około 30 lat.

Przyjechałem tu, kiedy był koniec socjalizmu i byłem tylko ja i jeszcze kilka osób z zagranicy. Myślę, że dużo z tych cudzoziemców nie ma prawdziwego kontaktu z ludźmi z Polski, chodzi mi o to,  że Polacy trochę boją się obcych. Mają to do dziś.

Wolność to pojęcie relatywne. Człowiek wybiera jedną drogę, albo droga wybiera jego. Później nie ma tyle wolności, aby to zmienić.

Z jednej strony mieszkam tu, mam rodzinę, córkę, wnuki i przyjaciół, i tu jest mój dom. Z drugiej strony jest szerokie pojęcie domu, dotyczy ono języka. Mówię po hiszpańsku. Jak spotkam ludzi, którzy mówią po hiszpańsku, albo mają podobny język i zwyczaje, portugalski na przykład, podobną mentalność, to dla mnie też jest to dom. I kiedy wracam do Argentyny, to też wracam do domu. Ale, kiedy wracam do Polski, do tych pociągów, patrzę przez okno, no to też wracam do domu. Coś tu jest takiego, tu mieszkam ponad połowę życia. Ale mentalność, przyzwyczajenia jeszcze... dużo mam stamtąd.

 

LUIS ALFONSO

Pochodzi z Wenezueli. Ma 70 lat. Jest profesorem i poetą. Ma żonę Polkę.

Wyjechaliśmy z Wenezueli w pewnym sensie z powodów politycznych, kiedy władzę objęli komuniści. Po jakimś czasie wróciliśmy, bo myśleliśmy, że uda się nam tam znów osiedlić, ale reżim nie upadł. Z racji tej, że żona jest Polką, mogłem zamieszkać w Polsce bez problemów, z dokumentacją i pozwoleniami. Lublin jest dobry do spokojnego życia, bez pośpiechu charakterystycznego dla dużych miast. Jest spokojnym miastem, być może bardziej opartym na tradycji niż inne miasta.

Dom jest dla mnie ostoją, tym czym matka. Czymś podstawowym. Mój dom to moje dzieci, moja rodzina.

 

 

BEHNAM

Pochodzi z Iranu. Ma 28 lat. Od dwóch lat mieszka w Lublinie. Pracuje jako mentor międzykulturowy w Centrum Wolontariatu w Lublinie.

Mieszkając w Iranie miałem bardzo duży polityczno-religijny problem i zdecydowałem, że nie mogę zostać w Iranie i uciekłem stamtąd. Mieszkałem 7 miesięcy w Szwecji, ale potem, dlatego, że miałem polską wizę, policja w Szwecji powiedziała mi, że muszę wyjechać do Polski i już tu starać się o status uchodźcy. Na początku mieszkałem w Ośrodku dla Uchodźców, jedną noc w Warszawie i potem dwa tygodnie w Bezwoli. Potem spotkałem wolontariuszy, którzy pracują w Lublinie, w Centrum Wolontariatu i oni mi pomogli. Wtedy w ogóle nie mówiłem po polsku i po angielsku, więc znaleźli jakiegoś mężczyznę z Iranu i mi pomogli przenieść się z Bezwoli do Lublina. Lublin mi się podoba. Uwielbiam Stare Miasto. Bardzo lubię polskie jedzenie, ludzi, kulturę, ale najbardziej podoba mi się pogoda, ponieważ nie ma dużo słońca.

Najpierw byłem wolontariuszem w Centrum Wolontariatu i pomagałem innym ludziom, uchodźcom takim, jak ja, albo bezdomnym. Czasami pracowałem z dziećmi, na przykład w szkole robiłem różne prezentacje. Teraz robię to samo, ale już w roli mentora międzykulturowego.

Może to zabrzmi filozoficznie, ale mój dom jest tam, gdzie serca ludzi, których lubię i którzy lubią mnie.

 

IVO

Jest z Werony. Ma 40 lat. Po raz pierwszy przyjechał do Lublina 6 lat temu. Teraz prowadzi restaurację IVO Italian.

Przyjechałem tutaj, chyba jak każdy Włoch, który przyjeżdża do Polski, za kobietą.

Lublin jest specyficznym miastem, mi się bardzo podoba. Każdy pyta mnie, dlaczego nie pojechałem do jakichś innych miast? Ale mieszkając już na całym świecie w takich miastach, jak Nowy Jork, Dubaj, Londyn, Tokio i tak dalej, chciałem znaleźć taki swój mały zakątek, gdzie mogę spokojnie żyć, więc Lublin właśnie dlatego mi się podoba.

To jest miasto, w którym można zobaczyć coraz więcej multikulturowości, tutaj jest dużo obcokrajowców. Rozwija się pod względem gastronomicznym i kulturowym. W Lublinie spotkałem się z bardzo dużą życzliwością. Bardzo dobrze zostałem przyjęty.

Moja filozofia życia to: żyj i daj żyć innym, nikogo nie osądzaj i bądź zawsze sobą.

Dom jest dla mnie tam, gdzie mam kuchenkę, patelnię i produkty. Jestem osobą, która przez całe życie się kręciła wszędzie po świecie, więc nie mogę powiedzieć, że mam dom. Jestem globtroterem. Dla mnie dom jest tam, gdzie są przyjaciele i dobre jedzenie.

 

ANTONIO

Pochodzi z Hiszpanii. Ma 36 lat. Jest nauczycielem języka hiszpańskiego, pracuje w Gimnazjum i Liceum Sobieskiego i w kilku szkołach językowych.

Przyjechałem tutaj prawie 3 lata temu, ze względu na swoją dziewczynę i pracę.

Bardzo mi się podoba w Lublinie, bo to jest duże miasto, ale nie ma tak dużo budynków, jak np. w stolicy, gdzie mieszkałem. Bardzo lubię w Lublinie to, że ma dużo terenów zielonych – dużo parków, las. Lublinianie są bardzo mili. Nigdy nie miałem z nimi problemów. Kiedy wiedzą, że nie bardzo mówię po polsku, zawszę odnoszą się ze zrozumieniem.

Dom dla mnie, to jest oczywiście miejsce, gdzie mieszkam, ale też, gdzie czuję się jak w domu. Na przykład tutaj w Lublinie jest mój dom, jest mi bardzo dobrze, jestem zrelaksowany, czuję się tu dobrze.

 

GAFYN

Pochodzi z Walii. Ma 37 lat. Jest muzykiem, obecnie koncertuje z projektem muzycznym, który nazywa się The Underground Man. Zajmuje się również nauczaniem języka angielskiego, tłumaczy z polskiego na angielski.

Tak naprawdę muzyka trzyma mnie tutaj. Do Lublina przyjechałem 6 lat temu. Przyjechałem dlatego, że miałem okazję nagrać tutaj swoją solową płytę. Teraz mam projekt muzyczny i mamy dużo koncertów.

Jestem wolny, gdy tańczę na scenie, kiedy jestem z zespołem, kiedy śpiewam, gram na gitarze. Jestem jakby nad ziemią. W normalnym życiu chodzi o wolność wyboru – gdzie mieszkać i pracować. W moim życiu wolność to znaczy, żeby znaleźć swoje miejsce i mieć możliwość to robić.

W Lublinie mam swoją małą rodzinę i może po części to jest mój dom. Jeśli myślę o Walii, to są w niej pewne rzeczy, które chciałbym mieć tutaj. Tam jest dużo zieleni, gór, woda, są otwarte przestrzenie i w tym momencie może tego mi brakuje. Ale mam nadzieję, że to jeszcze przyjdzie. Chciałbym zbudować lub kupić swój dom,  czy to w Polsce, czy to w Lublinie, czy gdzieś w innym miejscu. W tej chwili chyba dom jest tam, gdzie moja rodzina.

 

ASSEF

Pochodzi z Syrii. Ma 40 lat. Jest redaktorem portalu Login Lublin oraz doktorantem na Wydziale Filozofii KUL. Jest również muzykiem, gra i uczy gry na lutni od 20 lat oraz gitarze klasycznej i gitarze flamenco. 

Przyjechaliśmy do Lublina 2,5 roku temu. Moja żona i mój syn Adaś mają polskie obywatelstwo i dlatego po eskalacji konfliktu w Syrii przyjechaliśmy do Polski. Teraz oboje tu pracujemy i studiujemy.

Nie mogę powiedzieć, że lubię Lublin, ja Lublin kocham. Byłem w wielu krajach i miastach świata, bardzo starych, albo całkowicie nowoczesnych, bez duszy. Lublin to wyjątkowa kombinacja nowoczesności i starości: można wąchać pradawną historię w jego uliczkach i jednocześnie żyć w postępowym, nowoczesnym mieście!

Kiedy zabieram syna do parku, często bawi się z hiszpańskimi, ukraińskimi, koreańskimi i innymi dziećmi. Co więcej, ze studiów i z pracy wiem, że są tu tysiące obcokrajowców. Poznałem wielu studentów z Francji (kochają to miasto), Syryjczyków i Arabów, Amerykanów i Afrykańczyków. Szczerze mówiąc i bez przesadnej grzeczności, ludzie tu mają mocno zakorzenioną matrycę wartości i są w stanie nadrobić 5 minut drogi tylko po to, by wskazać cudzoziemcowi miejsce, którego szuka. Myślę, że gdyby cudzoziemcy szanowali to cudowne morale i etykę Lublina, gdyby podchodzili do miasta w sposób spokojny, bez naruszania prawa, z zaskoczeniem odkryliby najspokojniejsze, najbardziej tolerancyjne i żywe miasto, jakie można sobie wyobrazić!

W rzeczywistości o domu możemy mówić z dwóch różnych perspektyw. Osobiście dom dla mnie, mówię tu teraz o pewnym miejscu do życia, to jest to miejsce, w którym można krzyczeć, grać muzykę, wariować. To jest dom dla mnie. Z drugiej strony dom dla mnie jest tam, gdzie znajdujesz godność.
Tam, gdzie jesteś smutny, gdzie twoje marzenia są ściągane w dół, to nie jest dom. Tam, gdzie znajdujesz godność, wsparcie, miłość, to jest dom. Powiem to jednym słowem: dom to miłość!

 

Publikacja Inny Dom

 


Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.