Ekspres do kawy

Ewa Solska

Nazywam się Ewa Solska. Jestem Lublinianką z urodzenia i z przeznaczenia, jak sądzę, bo tutaj odbyłam edukację szkolną, wyższą, tu też pracuję. Bardzo do tego miasta jestem przywiązana.

 

 

 

 

 

 

Ekspres włoski nabyłam w Rzymie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam w ogóle co to są te wielkie, wielkoobszarowe sklepy. I to było coś niesamowitego, inny świat, wtedy zupełnie jeszcze inny świat. Ja jeszcze go troszeczkę pamiętam. Dzisiaj, to już nie ma różnicy w ogóle między naszymi krajami. Natomiast ten ekspres rzeczywiście kupiony był w Rzymie i on mi się zawsze będzie kojarzył ze wspomnieniem miejsca, w którym mieszkaliśmy przez te kilka dni. A mianowicie było to mieszkanie na placu Santa Maria di Trastevere. Mieszkanie w zabytkowej kamienicy, należące do Pani Wandy Gawrońskiej. Wanda Gawrońska jest siostrzenicą Pier Giorgio Frasattiego, błogosławionego, dominikanina, który pewną taką inną kulturę chrześcijaństwa młodych wprowadził. Błogosławiony za pontyfikatu Jana Pawła II. Ona się przede wszystkim przyczyniła do popularyzacji postaci wuja zwłaszcza w Polsce. Jest córką pani Lucciani Frasatti Gawrońskiej i Jana Gawrońskiego, dyplomaty polskiego. To niezwykłe mieszkanie było, niezwykły dom, tak jak zresztą Pani Wanda Gawrońska. Ja pamiętam jej postać, takiej wysokiej, postawnej kobiety o pięknych włosach, bardzo takiej szlachetnej urody. Choć pamiętam również, że ubrana była z ogromną prostotą, wręcz nader skromnie. Widziałam ją tylko raz, przy krótkiej rozmowie, bo ona tylko na moment przyjechała do nas. Dwukondygnacyjne mieszkanie z ogromnym tarasem, który miał chyba ze sto metrów. Ogromny naprawdę, zabytkowy taras, większy od całego mieszkania prawdopodobnie. W tym mieszkaniu po raz pierwszy widziałam ukryty pokój, czyli pokój bez okien, za odsuwaną szafą biblioteczną. Ta biblioteka również była imponująca, bo na wszystkich trzech ścianach pokoju. Do dziś pamiętam pewien moment. Było bardzo gorąco, także prawie się nie spało. Raczej należałoby wyjść wtedy, ale tak siedzieliśmy na tym tarasie. Na dole była tawerenka, z której płynął najbardziej znany nam motyw, grany przez jakiegoś grajka na różnych instrumentach, czasem na skrzypcach czasem na harmonii czy też akordeonie. Motyw z Ojca Chrzestnego, kiedy główny bohater kreowany przez Ala Pacino wędruje po Sycylii. No i przy tym zapach tej trochę przypalonej pizzy. To absolutnie jest wspomnienie, które do dzisiaj mam we wszystkich zmysłach. Momenty, które na pewno wychodzą poza czas w moim doświadczeniu i wracają w takiej samej w zasadzie postaci. Także z taką rzeczą się właśnie wiąże takie wspomnienie.