Biurko

małgorzata bielecka-hołda

Nazywam się Małgorzata Bielecka-Hołda. Jestem tak zwanym redaktorem seniorem Gazety Wyborczej, to znaczy byłam przez długie lata sekretarzem redakcji lubelskiej Gazety Wyborczej, potem jej redaktorem naczelnym. No niestety lata robię swoje, czas na to, żeby być seniorem. Jestem lublinianką od urodzenia. Tu się urodziłam, tu wszystkie szczeble, wszystkie stopnie edukacji zdobywałam, ale moja rodzina zjechała się tutaj z różnych stron świata.

 

 

 

 

Biurko ma przypuszczam jakieś sto dziesięć, może trochę więcej, może trochę mniej, lat. To był mebel zakupiony, kiedy ciotka mojego ojca, panna Anna Pisarska, wyszła za mąż za Szczęsnego Gizowskiego. Działo się to w Krakowie, wiele wiele lat temu. Maria Pisarska była córką profesora gimnazjalnego, germanisty, który miał cechę szczególną, mianowicie był pijakiem. Szczęsny Gizowski był chemikiem. Bardzo pięknie zapowiadała się jego kariera naukowa. Wyglądało na to, że będą mieszkali w Krakowie do końca życia. Wynajęli mieszkanie, kupili meble, między innymi biurko i biblioteczkę. Po paru latach jednak, Szczęsny Gizowski tak miał dosyć rodziny swojej żony i tak to wszystko źle rokowało, że zabrał ją ze sobą i przenieśli się do Żywca. Od tamtej pory mieszkali w Żywcu, gdzie on uczył w Liceum. Poza tym, uczył też młodego arcyksięcia Habsburga. Z tamtych czasów i z tamtej rodziny mam biurko, biblioteczkę, przepiękny serwis porcelanowy na dwanaście osób i obrazek namalowany przez arcyksiężną Habsburg. W każdym razie biurko powędrowało do Żywca, tam sobie stało aż do wybuchu wojny. To się tak mniej więcej zbiegło ze śmiercią Szczęsnego Gizowskiego. Potem z powrotem wróciło do Krakowa. Mój ojciec w czasie wojny mieszkał z ciotką, niedaleko Rynku Dębnickiego, tam sobie to biurko stało. W czasie wojny ciotka zmarła, a mój ojciec, po powrocie z Sachsenhausen i Dachau, gdzie trafił po tej wywózce uczonych z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zaangażował się bardzo w podziemne nauczanie na Uniwersytecie. Prowadził dział Nauki Ścisłe i Nauki Przyrodnicze i poznał tam młodą panią Danutę Raszkównę, córkę tego rzeźbiarza Raszki. Skończyło się to małżeństwem. I wtedy mój ojciec z Rynku Dębinickiego przeprowadził się na ulicę Zbrojów w dzielnicy Zwierzyniec czy może Krowodrza. I razem z moim ojcem to biurko. Myślę, że wtedy jeszcze wyglądało świetnie, no bo miało tam zaledwie trzydzieści, trzydzieści parę lat. Potem skończyła się wojna, skończyło się małżeństwo mojego ojca. Ojciec razem z biurkiem, biblioteczką, obrazkiem i serwisem, przeniósł się do Lublina. Tutaj właśnie powstawał Uniwersytet, ojciec tutaj został zatrudniony. Tutaj ojciec się ożenił. Pamiętam je od kiedy pamiętam, bo zawsze stało w ojca pokoju. Kryło jakieś tajemnice. To znaczy, to nie były żadne tam tajemnice, tam były głównie dokumenty, jakieś rękopisy ojca itd. Ale jak tylko za rodzicami zamykały się drzwi, szłyśmy natychmiast z moją młodszą siostrą do tego biurka buszować, bo może coś znajdziemy tam jakiś skarb, jakieś zdjęcie, którego nam nie chcą pokazać, coś takiego. No nigdy to nie miało miejsca niestety. Tak to trwało przez całe lata. Biurko stało w domu na rogu Głowackiego i alei Racławickich, gdzie mieszkaliśmy. No i kiedy ja wyszłam za mąż i kiedy przenosiliśmy się na LSM, ojciec powiedział, żebym zabrała sobie te meble i te wszystkie rzeczy, bo one mi się po starszeństwie należą. Biurko stanęło tym razem w gabinecie, już nie Szczęsnego Gizowskiego, nie mego ojca, ale mego męża. I taką historyjkę pamiętam. Biurko to stało w pokoju. Moja starsza córka nie miała jeszcze wtedy półtora roku, a więc myśmy bardzo starannie przygotowali całe mieszkanie, aby się nic złego nie stało. Przy biurku było krzesło, zawsze odstawione gdzieś daleko, żeby jej nie przyszło do głowy, jak nas nie ma, na to wejść. Siedzieliśmy sobie w kuchni i nagle słyszymy stukot maszyny do pisania. Bo na tym biurku stała jeszcze maszyna do pisania underwood, którą ojciec też przywiózł ze sobą. Popatrzyliśmy na siebie z przerażeniem i pobiegliśmy żeby zobaczyć co się dzieje, a moja córka w jednej ręce trzyma marchewkę, a drugą ręką pisze na maszynie. Jak ona na to weszła, nie mam pojęcia. Tam są szuflady z takimi okuciami wiszącymi. Być może jakoś tam te małe nóżki potrafiła włożyć. Powiedziałam o tym ojcu, a ojciec mówi: „Słuchaj no, nie bała się, bo przecież się trzymała marchewki”. To była taka historia. No i potem, wiele, wiele lat później, siostra mojego męża wyszła za mąż do Krynicy. Jak tam jeździliśmy to bardzo lubiliśmy jeździć na Słowację. Kiedyś pojechaliśmy do Starej Lubowli. Tam jest zamek, który jest częściowo zrujnowany, a częściowo stoi. Ten zamek należał do Hrabiego Zamoyskiego. Więc weszliśmy tam, zwiedzamy. Wchodzę do gabinetu Hrabiego Zamoyskiego i mnie po prostu zamurowało, ponieważ stoi tam identyczne biurko jak to, które ja mam u siebie w domu. I tak to okazało się jak bardzo demokratycznym krajem była taka Austria, gdzie Hrabia Zamoyski, Pan na zamku w Starej Lubowli, miał takie same meble w gabinecie, jak profesor gimnazjalny z Żywca.